Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział VII

Tegoroczny przegląd stadniny w Corrales miał należeć do Álvara i Miguela, ponieważ don Domingo uznał, że nadeszła pora, aby zaczęli wdrażać się do samodzielnego zarządzania gospodarstwem. Przegląd wyznaczono na dwudziestego czwartego marca z zamiarem ukończenia go w jeden dzień, bowiem nazajutrz przypadało święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny1. Już dwudziestego drugiego do Corrales pojechała grupa mężczyzn z Alvarado pod przewodnictwem Salvadora Gonzalesa oraz kilka kobiet z Araceny, które miały przygotowywać dla nich jedzenie. W Aracenie zostawał tylko don Domingo z Rositą i kilku pracowników niezbędnych dla dopilnowania tamtejszej stadniny. Niania Serafina od tygodnia przebywała u swojej  chorej siostry w Palos.

Wyjeżdżano o świcie, więc Álvaro wstawał z łoża najostrożniej jak umiał, aby nie zbudzić żony. Ubierając się w mętnej szarości nadchodzącego dnia patrzył na jej  twarz okoloną rozsypanymi po poduszce włosami, których pasemko opadło na zarumieniony od snu policzek. Powstrzymał się przed jego odruchowym  odgarnięciem, lecz gdy opuszczał sypialnię, młoda kobieta otworzyła oczy. 

– Obudziłem cię? – zmartwił się Álvaro, walcząc z pokusą podejścia do łóżka, wiedział bowiem, że trudno mu byłoby od niego się oddalić. Rosita szybko usiadła w pościeli i chwyciła suknię przewieszoną przez krzesło.

– Zejdź na dół, ja tylko coś na siebie narzucę.

Wkrótce stała przy nim na patio, lekko drżąc od porannego chłodu, więc powiedział:

– Przeziębisz się, wracaj do łóżka.

– Już nie warto, zaraz wyjdzie słońce. Czy przyjedziecie na wieczerzę?

– Na pewno nie. Nie czekajcie na nas. Jak dobrze pójdzie, zdążymy przed nocą. Za to w nocy już będę przy tobie.

Ostatnie słowa wszeptał jej do ucha, skorzystawszy z okazji, by pocałować ciepłą szyję.

– Wracajcie jak najszybciej. Jestem dziwnie niespokojna – poskarżyła się, kładąc mu głowę na ramieniu. Ucałował jej usta, a wtedy od progu rozległ się głos don Dominga:

– Mieliście na to całą noc! Rosito, puśćże go wreszcie, konie czekają!

Jakby na potwierdzenie zaraz usłyszeli zniecierpliwione parsknięcie Alada, więc chłopak raz jeszcze uścisnął żonę i wskoczył na siodło.

– Ruszać! – krzyknął dzierżawca i dał znak, by odsunięto się od bramy. Kawalkada wyjechała z podworca. Rosita, owinąwszy się szalem, długo patrzyła na tuman czerwonego kurzu, który zakrył ostatnich jeźdźców. Nie wiedziała, dlaczego ma wrażenie, że rozmawiała z Álvarem po raz ostatni.

 

***

 

Książę Sergio de Las Sierras śnił w tym czasie sen sprzed roku; sen o domu broniącym się przed napadem. Tym razem nie był niewidzialnym świadkiem wydarzeń, lecz stał obok swej pięknej ciemnookiej żony, która trzymała w ramionach najmłodszego synka. Trójka starszych dzieci tuliła się do ojca, z lękiem pytając, jak długo wytrzymają drzwi rąbane od zewnątrz toporami. W tym właśnie momencie napastnicy z tryumfalnym okrzykiem wdarli się do komnaty.

Następna scena snu była zupełnie inna: znajdował się w ogrodzie na tyłach dworu, walcząc na szable z jakimś młodym mężczyzną, którego twarzy mimo wysiłków nie udawało mu się dostrzec. A z małego okienka w ścianie z modrzewiowych bali spoglądała na niego… Elvira. 

Wtem poczuł przeraźliwy ból w piersi i obudził się zlany zimnym potem. Miejsce w łożu obok niego było puste, zupełnie jakby hiszpańska żona pozostała w domu ze snu. 

– Elviro! – zawołał niegłośno, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Choć księżna zawsze budziła się później niż on, tym razem już opuściła sypialnię. 

„Może jest u Sibilli?”.

Pełen dziwnego lęku przed ponownym zaśnięciem ubrał się i poszedł do pokoju córki. Elviry tam nie było, a księżniczka spała z lekkim uśmiechem na ustach, nieświadoma, że nadchodzący dzień będzie ostatnim dniem jej dzieciństwa. Długie włosy miała jak zwykle zaplecione na noc w dwa warkocze, które pod własnym ciężarem zsuwały się z łoża na kobierzec pokrywający posadzkę. Książę uświadomił sobie, że mają tę samą barwę, co loki jego pierworodnego syna. Zamknąwszy drzwi zanucił cicho piosenkę z rodzinnych stron:

 

Aż do kolan warkocz sięga,

W barwnych taśmach, w długich wstęgach.

Nie wiem, jaka wartość jego:

Worek złota brzęczącego?

Sto par koni rozhukanych?

Tysiąc sanek malowanych?

 

Ławkę na podeście schodów jak zwykle zajmowało dwóch lokajów oczekujących poleceń, którzy wyjaśnili, że księżna przed godziną zeszła na dół, aby gdzieś wysłać swojego ulubionego sługę Veleza. Książę nie przepadał za owym młodym człowiekiem, będąc zdania, że nie najlepiej wywiązuje się on ze swoich obowiązków, lecz Elvira uważała go za niezastąpionego. 

Zobaczył ją dopiero na dziedzińcu. Rozmawiała z jakimś obcym mężczyzną w skórzanym napierśniku, chyba zaaferowana udzielaniem mu poleceń, ponieważ nadchodzącego Sergia zauważyła po dłuższej chwili. Jej niebieskie oczy stały się jeszcze bardziej lodowate.

– Czy jestem ci teraz potrzebna? – zapytała głosem niewiele cieplejszym od spojrzenia.

– Zaniepokoiłem się tylko, dlaczego tak wcześnie wstałaś. Skończ z tym posłańcem, nie będę ci przeszkadzał.

Gdy odchodził, usłyszał fragment rozmowy, na który nie zwróciłby uwagi, gdyby nie padło nazwisko Veleza: obcy mężczyzna upewniał się, czy dostanie od niego pieniądze. Księżna odpowiedziała przyciszonym głosem:

– Gdy już będzie po wszystkim, Velez zapłaci wam w Grenadzie. 

„Nie powierzyłbym Velezowi nawet garści miedziaków”, pomyślał książę z niechęcią, bo wiedział, że młodzieniec namiętnie lubi grać w karty. Spodziewał się, że za chwilę usłyszy wyjaśnienie, lecz Elvira, dogoniwszy go w drzwiach pałacu, rozpoczęła rozmowę o zbliżającej się Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. 

 

***

 

  Choć słońce było jeszcze całkiem nisko, w Corrales wrzała praca. Spędzano konie do zagród, rozdzielając je i grupując, wszędzie kręcili się zaaferowani ludzie, rozbrzmiewały kłótnie i przekleństwa, a nad wszystkim górował ochrypły głos Gonzalesa. Álvaro szybko zaprowadził porządek, po czym kazał prezentować sobie kolejne rumaki.

Musiał przyznać, że załoga Corrales do przeglądu przygotowała się wzorowo: konie były nienagannie wyczyszczone, a ich lśniąca sierść świadczyła o dobrym odżywianiu i troskliwej pielęgnacji. Prawie wszystkie kare, wszystkie – w myśl starej tradycji Álvarezów – o imionach zaczynających się na A, wszystkie szlachetnej rasy iberyjskiej.

W epoce, gdy coraz większe zastosowanie zdobywała broń palna, ciężkie rycerskie zbroje stopniowo traciły przydatność. Zmieniał się styl walki i sposób prowadzenia wojen, a co za tym idzie – rezygnowano z potężnych rumaków, zdolnych do dźwigania jeźdźców zakutych w stal. Prym w armii wiodła teraz piechota.

Ale kawaleria bynajmniej nie odchodziła jeszcze w przeszłość. Konie wciąż były potrzebne, jednakże stawiano przed nimi inne wymagania: musiały to być lekkie, ścigłe wierzchowce, zdolne do pokonywania długich tras i wytrzymałe na trudy pochodu. Nie mogły się lękać odgłosów bitwy, szczególnie huku dział, musiały umieć współpracować z człowiekiem i do pewnego stopnia z innymi końmi, ponieważ od sprawności i szybkości wykonania manewru przez oddział mogły zależeć losy całej bitwy.

Konie iberyjskie znakomicie się do tych celów nadawały.

Pochodzenie rasy wywodzono od koni Rzymian, którzy przed wiekami dotarli na Półwysep Iberyjski oraz od gorącokrwistych rumaków orientalnych. Hodowane później w stadninach przyklasztornych dały początek wspaniałej rasie andaluzyjskiej, niezwykle cenionej w całej Europie. Obecna zamożność i znaczenie rodu Álvarezów z Alvarado powstały na gruncie wieloletniej hodowli rzadko spotykanych karych andaluzów o silnej domieszce cech koni arabskich i cierpliwego rozwijania zalet tych dwóch ras.

Jednym z najpiękniejszych ich przedstawicieli był defilujący właśnie przed Álvarem Alazán. 

Kasztanowaty2 ogier wolno szedł za prowadzącym go Manuelem Ortegą, zarządcą Corrales i wyglądał jak okaz zdrowia, mimo to uważnemu spojrzeniu Álvara nie umknęła pewna nieprawidłowość w jego chodzie. Zawołał do zarządcy:

– Zawróćcie, don Manuelu!

Ortega ponownie przeprowadził rumaka, po czym oznajmił zatroskanym głosem:

– Ciągnie zadem, prawda? Jużem się wcześniej spostrzegł, alem nie chciał waszej miłości niczego podpowiadać.

– Liczyliście na to, że nikt nie zauważy, co? – warknął Gonzales. Álvaro uciszył go niecierpliwie:

– Chavo, daj spokój.

Uczciwości Manuela Ortegi był absolutnie pewny, gdyż podobnie jak Domingo Bermudez należał on do byłych podkomendnych jego ojca.

Podszedł do Alazána, zastanawiając się, co może mu dolegać; w grę wchodziło zaburzenie w obrębie tylnych nóg albo grzbietu. Gdy schylił się, by obejrzeć pęciny, Ortega powiedział:

– Nogi są w porządku, bom sprawdzał nawet ślad kopyt na piasku, ale niech wasza miłość obmaca mu grzbiet.

Álvaro wiedział, że w miejscu, gdzie naturalnie falujące wznoszenie się i opadanie grzbietu jest przerwane, zwykle znajduje się źródło bólu zwierzęcia. Ostrożnie naciskając, zaczął wodzić dłonią wzdłuż linii kręgosłupa ogiera. Już po chwili koń gwałtownie zadygotał i uchylił się przed dotykiem.

– Ano właśnie – westchnął Ortega.

– Musimy zoba… – zaczął Álvaro i przerwał wpół słowa, bo od strony zagród położonych najbliżej drogi dało się słyszeć nagłe zamieszanie i okrzyki. Chłopak natychmiast ruszył w tamtą stronę, przekonany, że doszło do bójki między koniuchami, ale nim wydostał się z gąszczu grzyw, zadów, grzbietów i ogonów, podbiegł doń jeden z masztalerzy, wołając: 

– Wasza miłość, prędko! Coś się stało w Aracenie!

Na skraju drogi kilku mężczyzn pochylało się nad leżącą małą postacią, jakby próbując jej pomóc, obok ktoś uspokajał pokrytego pianą wierzchowca, a nad corralami niosło się gromkie wezwanie Juana de Las Posadas:

– Siodłać konie!

Alvaro bez tchu padł na kolana przy leżącym. Był to Jorgito, pachołek Bermudezów, z twarzą zalaną krwią płynącą z rany na głowie. Z jego ust wydobył się gasnący szept:

– Pan… zabity…

– Dlaczego? Co się stało?

Chłopiec poruszył wargami, lecz zamiast odpowiedzi Alvaro usłyszał tylko przedśmiertne charczenie. Podniósł oczy na stojących wokół ludzi.

– Nie powiedział nic więcej?

– Że napadnięto na dom.

– Chryste!

 

***

 

W następnej chwili już pędził w stronę Araceny. Prawie leżąc na szyi Alada nie przestawał dźgać jego boków ostrogami, mimo że rumak w szaleńczym cwale niemal unosił się nad ziemią. Śmigające kopyta wzbijały kłęby czerwonego pyłu, w uszach konia i jeźdźca gwizdał wiatr, a z tyłu gnali Bermudez, Gonzales, weterani don Ángela i kilku pracowników stadniny.

W pełnym biegu skręcili na drogę wiodącą do zabudowań i wpadli za bramę. 

Dziedziniec był pusty.

Álvaro kątem oka dostrzegł pod studnią nieruchome ciało jednego ze stajennych, lecz zeskoczywszy ze zwalniającego konia skierował się prosto na patio. Łomocząc butami po turkusowo-żółtych kafelkach z dobytą szablą wbiegł do domu, nie zważając, że może w nim spotkać  napastników.

W sieni nie było nikogo i wszędzie panowała absolutna cisza. Na płótnie pokrywającym bielone wapnem ściany gdzieniegdzie widniały krwawe rozbryzgi.

Wiedząc już, co zobaczy, chłopak powoli wszedł do głównego pomieszczenia.

Rozrzucone sprzęty. Połamana barierka odgradzająca miejsce dla kobiet. Kałuże krwi. W rogu pokryte ranami zwłoki don Dominga, obok – upuszczony rapier.

„Walczył do samego końca”.

Rositę zauważył dopiero po chwili.

Leżała zwinięta w kłębek za ojcem, częściowo zasłonięta jego ciałem. Twarz zakrywały rozrzucone włosy, a na jasnej sukience nie było śladów krwi, więc Álvarowi błysnęła absurdalna nadzieja, iż dziewczyna tylko zemdlała. Gdy uniósł ją z podłogi, ujrzał dłonie zaciśnięte na małym sztylecie wbitym w serce. Od razu rozpoznał czarujące cacko.

Ten sztylecik, przypominający zabawkę, podarował jej na pożegnanie, gdy dwa lata temu wyjeżdżała do klasztoru. Nawet nie wiedział, że jeszcze go miała. Była to typowo kobieca broń, wykwintnie  zdobiona masą perłową, ale ostra jak brzytwa i łatwa do ukrycia we włosach czy za stanikiem.

„Dlaczego to zrobiłaś?…”

Wiedział, dlaczego.

 

***

 

Równocześnie z narastającą rozpaczą czuł wznoszącą się falę wściekłości. Z jeszcze ciepłym ciałem żony w ramionach rozejrzał się po izbie, jakby szukając czegoś, co mogłoby go naprowadzić na trop zabójców. W tej samej chwili z patio dobiegł słaby jęk. 

„Pożegnam się z tobą później”.

Ostrożnie złożył Rositę na posadzce i wybiegł z izby, starając się umiejscowić usłyszany odgłos. Zrobił to trafnie – pod arkadami, oparty o drzwi wiodące do pomieszczeń dla służby, siedział stary masztalerz Eusebio. Spod palców, którymi uciskał udo, płynęła krew, był jednak przytomny, bo uniósł głowę na dźwięk kroków Álvara. Powiedział prędko:

– To byli najemnicy. Przed chwilą odjechali w stronę Grenady.

– Skąd wiesz?

– Mówili o pieniądzach. Że odbiorą zapłatę w mieście.

– Jak wyglądali?

– Jeden miał złamany nos. I bliznę na podbródku. To on mnie zranił. Przyjechali zabić pana… Wołali, żeby oszczędzić panienkę, ale… wiecie po co, wasza miłość. Pan jej bronił.

– Obroniła się sama – przerwał Álvaro, do bólu zacisnąwszy dłoń na rękojeści szabli. – Oboje nie żyją. Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie.

Gdy biegł do pozostawionego na dziedzińcu Alada, omal nie zderzył się z  wypadającym z domu Miguelem. Bermudez zobaczywszy jego twarz nie zadawał żadnych pytań.

– Idziemy w pościg, ty zostań tutaj – rzucił pospiesznie Álvaro. – Zostawię ci paru ludzi. Tam jest Eusebio, ranny, niech ktoś się nim zajmie.

Wymienili krótki uścisk i w chwilę później oddział cwałował w stronę miejskiego traktu.

 

***

 

Mordercy byli tak głupi albo tak bezczelni, że wcale się nie spieszyli. Kilkunastu mężczyzn, z których niejeden nosił ślady niedawnej walki, wlokło się na koniach i mułach samym środkiem gościńca, głośno przy tym gadając. Tętent pogoni usłyszeli za późno: nim zdążyli poderwać wierzchowce do ucieczki, zostali okrążeni przez doświadczonych wojowników. Rzut oka na twarze potwierdził obserwację Eusebia i zbir ze złamanym nosem padł jako pierwszy. Na gościńcu wszczął się wrzask i kotłowanina, ale wtedy uniesiony żądzą zemsty Álvaro popełnił błąd. Sam tnąc szablą na prawo i lewo pozwolił, by wybito niemal wszystkich bandytów, a gdy opamiętawszy się zawołał: „Brać żywych!”, sprowokował jeszcze zawziętszą obronę. Mordercy zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka, woleli więc ginąć w walce i na koniec przy życiu pozostał tylko jeden: barczysty brodacz w napierśniku z byczej skóry. Chwycony przez kilka par rąk niespokojnie obejrzał się na stojącego z boku Álvara, trafnie odgadłszy w nim dowódcę, jednakże indagację rozpoczął Gonzales.

– Kto wam zlecił napad?  

Ponieważ bandyta milczał, Gonzales podniesionym głosem ponowił pytanie. Gdy i tym razem nie doczekał się odpowiedzi, ryknął:

– Zaraz poprawię ci słuch, świński pomiocie!

Álvaro nie zwracał na to uwagi. Spoglądał z wysokości siodła na trakt wiodący ku Aracenie i myślał, że gdy tam wróci, nic już nie będzie takie, jak było. 

Nawet nie potrafiłby powiedzieć, co czuje. 

Nie docierały do niego słowa Salvadora, który trzymając w prawej dłoni nóż, a w lewej ociekające krwią ucho odcięte bandycie, groził głosem jeszcze bardziej ochrypłym niż zwykle:

– Jak nie zaczniesz mówić, skurwysynu, utnę ci drugie, potem nos, potem jaja, a na koniec wypruję flaki.

Cisnął ucho na ziemię i zrobił ostrzem jednoznaczny gest, więc brodacz zdecydował się na ustępstwo. 

– Ja tylko wykonywałem rozkazy… Jeżeli powiem, kto je wydał, puścicie mnie wolno?

Odpowiedzią był ponury śmiech wszystkich zebranych wokół mężczyzn, a zaraz potem w pył gościńca upadło drugie ucho. 

Dopiero gdy Alado rzucił łbem i zachrapał, poczuwszy świeżego trupa – jeździec oprzytomniał. Zapytał, mając wrażenie, jakby powracał z dalekiej podróży:

– Dowiedzieliście się czegoś?

Gonzales ogłosił z upiornym uśmiechem, jaki wywoływał u niego widok krwi i cierpienia:

– Elvira de Las Sierras!

  1. Nazwa według mszału z r. 1570, obecnie za mszałem papieża Pawła VI używa się określenia „uroczystość Zwiastowania Pańskiego.”
  2. Alazán znaczy po hiszpańsku właśnie kasztan. Źrebięta tej maści mogą przyjść na świat ze związku karych rodziców, jeśli nie są oni homozygotyczni.
Ten rozdział ma 3 komentarze
T.B.
20 marca 2020, 11:10

Czy nazwisko rodziny de Las Sierras ma może jakiś związek z nowelą Nodiera „Ines de Las Sierras”?

Arael Zurli
20 marca 2020, 12:59

Ma, choć nie bezpośredni. Zdarzyło mi się kiedyś przełożyć z francuskiego wiersz Teofila Gautiera nawiązujący do tej noweli i tak samo zatytułowany. Dedykowany jest hiszpańskiej tancerce Petrze Camara, która wystąpiła w roli Inez na scenie paryskiego Gymnase. Mam do niego sentyment, stąd zapożyczenie nazwiska. Oto on:

Francuskich trzech oficerów –
Napisał o tym Nodier –
Szukało niegdyś kwatery
W hiszpańskiej nocnej mgle.

Zamek za miastem stoi
Z Anne Radcliffe książki kart,
Pełen, jak w sztychach Goyi,
Nietoperzowych wart.

Sekret przeszłości tu rządzi,
W komnatach pustka i żal.
Sam Piranesi by zbłądził
Wśród niezliczonych sal.

Wieczerzy towarzyszył
Portretów starych szyk,
Lecz nagle zabrzmiał w ciszy
Daleki płacz lub krzyk.

Poprzez korytarz w ruinie,
Pełen księżyca lśnień,
Raz w blasku, raz w mroku płynie
Czyjś czarujący cień.

We włosach wysoki grzebień,
Z dwubarwnych falban tren.
To w tańcu mknie przed siebie,
To znika znów jak sen.

W złowrogiej ją piękności
Ukazał portal drzwi;
Do grzechu wiedzie gości,
Pokusą rozum ćmi.

Zamiast klejnotów – szkiełka,
Grobem zawiewa strój,
Blaszane świecidełka,
Zgasłych cekinów rój.

Targana uczuć burzą,
Drżeniem nerwowych trwóg,
Ze skroni zwiędłe róże
Spadają jej do nóg.

Na szyi ślad puginału;
Zakrzepła niegdyś krew
Od skóry mlecznobiałej
Odcina się jak szew.

Ramiona kreślą sylwety,
Mdlejąc wśród tańca póz,
A w palcach kastaniety
Dzwonią jak zęby w mróz.

Impet kaczuczy nią miota,
Posępny rzuca czar,
Niesie bachiczna pieszczota
Piekielnych ogni żar.

Spłoszone czymś ptaszęta –
Rzęs czarnych skrzydła drżą,
A usta w łuk wygięte
Do pocałunków zwą.

Gdy wzwyż falbany lecą,
Sukni unosząc brzeg,
Przez jedwab pończoch świecą
Dwie nóżki niczym śnieg.

Schyliwszy się od niechcenia – 
Sama zalotność i wdzięk –
Zebrała męskie pragnienia,
Jak z klombu kwiatów pęk.

Czy ona jest rzeczywista?
Jak płomień każdy ruch,
Piękność jak wir porywisty.
Kobieta to, czy duch?

Drżą blaszki drobnym dreszczem,
Baskijski bębenek grzmi,
Wstaje z fantazji złowieszczej
Hiszpania dawnych dni.

Wtem zatętniło bolero,
Falbany srebrem lśnią,
To zakochany torero
Ozdobił je wstęgą swą.

A blizna się czerwieni –
Minionych wieków głos,
Gdy nowe im pokolenie
Litości zada cios.

Publiczność w krzesłach zamarła,
Kiedy na scenie Gymnase
Stanęła Petra Camara
W obłoku lekkich gaz.

Namiętna, nieubłagana,
Tańczy, ściągnąwszy brwi,
Jak Inez zamordowana
Nożem, co w sercu tkwi.

Napoleońscy oficerowie z noweli zanocowali w ruinach starej siedziby rodu de Las Sierras, gdzie trzysta lat wcześniej kochanek zasztyletował piękną Inez. Zgodnie z miejscową legendą ukazał im się jej duch, ale zakończenie wyjaśnia, że była to żyjąca, choć obłąkana tancerka, która w wyniku splotu okoliczności naprawdę nazywała się Inez de Las Sierras. „Blaszane świecidełka” z wiersza oznaczają jej sceniczny strój – a zarazem kostium grającej jej rolę Petry Camary.

T.B.
21 marca 2020, 16:14

Dziękuję za odpowiedź i piękny przekład, nie znałem oryginału, ale na pewno się zapoznam

Odpowiedź dla T.B.

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli