Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział V

W Alvarado okazało się, że nikt niczego nie wie. Podczas ostatniego ze swych krótkich pobytów w Grenadzie don Ángel został znaleziony u stóp marmurowych schodów Casa de la Flecha ze sztyletem w piersi. Rzecz jasna podejrzenia wszystkich skierowały się w stronę Białego Zamku, było to jednak za mało, aby podejmować jakieś kroki odwetowe, więc Álvaro zajął się wyłącznie pogrzebem. Jak słusznie przewidział, Emilio załatwił większość związanych z tym spraw, niemniej najważniejsze decyzje musiał pozostawić synowi zmarłego.

Nie ulegało wątpliwości, że uroczystość ma się odbyć w Grenadzie. Ród Álvarezów posiadał w parafialnym kościele własną kryptę, gdzie od lat dokonywały się pochówki w tradycyjnie wspaniałej rytualnej oprawie. Ostatnią osobą, jaka tam spoczęła, była matka Álvara, której pogrzeb chłopiec zapamiętał głównie od strony niekończących się, pełnych przepychu obrzędów.

Tymczasem ciało starego pana na Alvarado leżało na obstawionym świecami katafalku w największym salonie Casa de la Flecha, o ścianach pozbawionych ozdób i obitych czarną tkaniną. Między oknami zasłoniętymi kirem umieszczono zaimprowizowany ołtarz, przy którym kilku księży nieustannie odprawiało modły. Służba doglądała zmiany świec oraz szybko topniejących od ich ciepła bloków lodu, ukrytych pod katafalkiem. Dom dniem i nocą otwarty był dla wszystkich, którzy chcieli pożegnać don Ángela, toteż przez pokój wciąż przewijali się ludzie; Álvarowi mignęła wysoka postać księcia z Białego Zamku i lodowato niebieskie oczy jego małżonki, pojawiło się także kilkanaście osób z innych miast. Większość gości poprzestawała na modlitwie, niektórzy zbliżali się z kondolencjami do Álvara i należało przynajmniej przez chwilę z nimi porozmawiać, a zamiejscowym zapewnić nocleg. Chłopak był tak zajęty, że tylko w nielicznych chwilach mógł uklęknąć przy zmarłym, aby z roztargnienieniem wyszeptać parę słów pacierza. Poza tym nie docierało jeszcze do niego, że ta sztywna, czarno ubrana postać wysoko na katafalku, na twarzy której śmierć zdążyła już odcisnąć swoje piętno – to naprawdę jego ojciec.

 

***

 

Stratę, jaką poniósł, zrozumiał dopiero po pełnych zamętu dwóch tygodniach, gdy pochowawszy don Ángela i pożegnawszy ostatnich gości, w tym don Estebana z małżonką, wrócił do Alvarado.

Zobaczył swoje rzeczy przeniesione do sypialni ojca.

– Co to ma znaczyć? – huknął na pierwszego sługę, którego zobaczył za drzwiami. Pachołek przezornie się cofnął.

– Ja nic nie wiem. Trza zapytać don Emilia.

– Zabrać to wszystko z powrotem! Albo nie. Niech tu przyjdzie zarządca.

Wezwany Emilio wyjaśnił zwięźle:

– To zawsze był pokój panów na Alvarado.

Odwrócił się i zamierzał wyjść z komnaty, lecz Álvaro wrzasnął za nim:

– Stać! Jeszcze nie skończyłem! Na przyszłość zabraniam wam rządzić się bez mojego pozwolenia! Zrozumieliście?

Emilio wprawdzie się zatrzymał, ale nawet nie odwrócił głowy.

– Wasza miłość zajmiecie teraz ten pokój – rzucił przez ramię tonem nie znoszącym sprzeciwu. – A decyzje dotyczące spraw zamku należą do mnie.

Álvara aż podrzuciło.

– Wy mi nie będziecie dyktować!

Tym razem Emilio zwrócił w jego stronę całą swoją ciężką postać.

I równie ciężkie spojrzenie.

– Owszem, będę – wycedził. – Wasza miłość jesteście jeszcze za młodzi, by rządzić samodzielnie.

„Czy on uważa, że przejął nade mną ojcowską władzę?”

Na to wyglądało.

Álvaro zrozumiał, że jeśli teraz nie zareaguje właściwie na uzurpatorskie zakusy kasztelana, już nie zdoła uzyskać nad nim przewagi. Odetchnął głęboko i pozornie spokojnie powiedział:

– Jak sami wcześniej zauważyliście, jestem teraz panem na Alvarado i mój wiek nie ma nic do rzeczy.

– Don Álvaro…

W głosie Emilia zabrzmiała groźba, ale chłopak nie zamierzał mu pozwolić na dokończenie zdania.

– Dotarło do was czy mam powtórzyć? Od dziś ja rządzę w Alvarado i nie próbujcie mi się sprzeciwiać.

Zarządca poczerwieniał; przez chwilę wydawało się, że wybuchnie gniewem, opanował się jednak i opuścił komnatę ze słowami:

– Niech wasza miłość przemyśli swoje postępowanie.

Álvaro był zanadto wzburzony, aby ponownie wezwać go do powrotu, a ponieważ nie rozebrał się jeszcze z podróżnego stroju, odruchowo zdjął bandolier z szablą, chcąc powiesić go nad łóżkiem.

„Przecież to łóżko ojca”.

Uprzytomnił sobie, że jeśli nie zamieszka w tym pokoju, pozostanie on na zawsze pusty i poczuł skurcz w gardle. Przy łożu stał jeszcze lichtarz z niedopaloną świecą, która przyświecała nocnej lekturze cierpiącego na bezsenność don Ángela, a obok leżała książka założona starym kwitem od dostawcy siana. Álvaro odruchowo sprawdził jej tytuł. Był to traktat dotyczący hodowli koni, zawierający na marginesach notatki uczynione spiczastym, staroświeckim charakterem pisma. To samo pismo widniało na papierach pokrywających biurko. Pedantycznie przycięte gęsie pióro ze śladami inkaustu leżało wśród nich tak, jak odłożył je właściciel.

Drzwi do komnaty zaczęły się uchylać. Nie stanął w nich jednak powracający Emilio, lecz Miguel Bermudez, który przed chwilą przyjechał z Araceny. Choć spotkał się z Álvarem podczas pogrzebu, teraz uświadomił sobie nowość sytuacji: w Alvarado po raz pierwszy obydwaj byli całkowicie niezależni od osób trzecich. Dotychczas Miguel musiał liczyć się zarówno z don Ángelem, jak i z bardzo nieprzychylnym mu Emiliem, a że wszelkie kontakty Álvara z Araceną były od długiego czasu źle widziane, starał się przyjeżdżać jak najrzadziej.

Ujrzawszy przyjaciela siedzącego na skraju łoża z twarzą ukrytą w dłoniach, bez słowa usiadł obok i objął go ramieniem. Przez jakiś czas trwali w milczeniu, które wreszcie przerwał Álvaro:

– Jak myślisz, kto zabił mojego ojca?

– Najpewniej morderca wynajęty przez księżną Elvirę.

– Wszyscy tak uważają, ale jak do tego doszło? Ojciec był doświadczonym żołnierzem, nie pozwoliłby się zaskoczyć.

– Może na chwilę stracił czujność… To stało się przecież w domu, nie na ulicy, prawda?

– Tak, chyba na schodach.

Czy mógł się tam wkraść ktoś obcy?
– Raczej nie. Juan de Las Posadas wysunął przypuszczenie, że przekupiono kogoś ze służby.

– Kto byłby taki podły? – przejął się Miguel. – Podejrzewacie kogoś?

– To mógł być prawie każdy.

– Przecież nie zrobiła tego kobieta?

– Mogła po cichu wpuścić mordercę. Zastanawiałem się, czy nie oddalić wszystkich, którzy tam pracują, ale nawet gdyby rzeczywiście był wśród nich winny, ojcu nie wróciłoby to życia.

– A Biały Zamek? Próbowaliście się czegoś dowiedzieć?

– Czego i w jaki sposób? Elvira na pewno działała w tajemnicy. Zresztą nie mamy pewności, czy to rzeczywiście ona. Ja mało wiedziałem o ojcu, weteranom też się nie zwierzał, więc mógł się objawić jakiś dawny nieprzyjaciel, o którym nigdy nie słyszeliśmy. Nie mówmy już o tym. Dobrze że przyjechałeś, bo chciałem ci zaproponować mój pokój, żebyś mógł w nim nocować, kiedy będziesz miał ochotę. Ja przenoszę się tutaj.

– A ja chciałem ci zaproponować coś innego. Przysłał mnie z tym ojciec. Jedź ze mną do Araceny.

Álvarowi z wrażenia zabrakło tchu. Przejęty śmiercią don Ángela i bez reszty pochłonięty pogrzebem ani przez chwilę nie pomyślał, że runął wreszcie mur dzielący go od ukochanej.

Będzie mógł zobaczyć Rositę!

I spędzić tę pierwszą, najtrudniejszą noc nie w ponurej komnacie pełnej jeszcze śladów obecności ojca, a pod przyjaznym dachem wśród życzliwych sobie ludzi.

Bez namysłu zerwał się z łoża, założył z powrotem bandolier i zawołał na pachołka, aby kazał stajennym ponownie siodłać Alada.

Gdy mieli dosiadać koni, pojawił się Emilio. Na jego posępnej twarzy malowała się wściekłość, mimo to powiedział nie podnosząc głosu:

– Don Álvaro, jeżeli wasza miłość wybiera się do Araceny, to przypominam, że nie wolno wam tego robić.

– Do Araceny czy do Rzymu – odrzucił Álvaro – to moja sprawa, a wam nic do tego.

Emilio był zbyt przejęty swoją misją, aby ustąpić. Wierny aż poza grób uwielbianemu dowódcy, chciał realizować jego zamierzenia, ponadto wciąż miał nadzieję na małżeństwo Álvara z Sibillą i połączenie obydwóch majątków, przez co wzrosłaby jego własna pozycja jako kasztelana Alvarado.

– Proszę wracać do komnat.

– Ani mi się śni.

– Don Álvaro, powtarzam po raz ostatni!

Chłopak zignorowawszy jego słowa ostentacyjnie wsunął nogę w strzemię. Zarządca zrobił ruch, jakby chciał chwycić wodze, nie odważył się jednak zbliżyć do groźnego ogiera – zamiast tego wykonał rozkazujący gest w stronę bramy. Álvaro zobaczył, że czuwający tam jak zwykle wartownicy z ociąganiem ustawiają się w ten sposób, by zasłonić sobą obydwa jej skrzydła, więc poprawił się w siodle i ruszył w ich kierunku. Obok niego jechał Miguel. Wartownicy uczynili kilka kroków w tył przed napierającym rumakiem, ale przy bramie nieoczekiwanie pojawiło się więcej żołnierzy. Ponieważ ogier zaczął szczerzyć zęby i bić kopytami, Álvaro zmusił go do wycofania się na wolną przestrzeń w obawie, że zrobi komuś krzywdę. Stał teraz przed zamkniętą bramą i grupą starych wojaków, nie bardzo wiedząc, jak powinien postąpić.

Sytuację uratował Miguel.

Chwycił prawą dłoń Álvara i wyciągnął ją do przodu w geście demonstracji. Wszyscy ujrzeli połyskujący matowo na serdecznym palcu żelazny pierścień ze strzałą.

Oznakę pana zamku.

Brama otworzyła się natychmiast, dając wolny wjazd na most, wzdłuż którego weterani z dawną bojową sprawnością spontanicznie utworzyli szpaler. Álvaro, choć rozsadzała go radość ze zwycięstwa, świadomie wstrzymywał konia, powoli jadąc między wyprostowanymi mężczyznami. Czuł się jak dowódca na przeglądzie wojsk i tak też – niczym w zapowiedzi przyszłości – był postrzegany.

Dopiero gdy obydwaj z Miguelem znaleźli się za pierwszym zakrętem górskiej drogi, Álvaro dał wyraz przepełniającym go emocjom. Dźgnął wierzchowca ostrogami i pochylony w siodle poleciał ku Aracenie jak strzała wypuszczona z łuku. Ochłonął  dopiero na widok zarysu budynków, w samą porę uświadomiwszy sobie, że żałoba po ojcu nie powinna się objawiać szaleńczą jazdą ani manifestacją radości, choćby nawet jej przyczyną miało być spotkanie z ukochaną kobietą. Zwolniwszy do stępa otrzepał się z kurzu, poprawił ubranie i przygładził włosy oraz z pewnym trudem przywołał na twarz wyraz powagi.

Gdy znalazł się w mocnym, krótkim uścisku don Dominga, a następnie całował ręce Rosity, poczuł, że dotarł wreszcie do domu.

 

***

 

Przejąwszy władzę na zamku przejął ją także we wszystkich odziedziczonych posiadłościach. W asyście don Dominga dokonał ich oficjalnego objazdu, co zajęło mu kilkanaście dni, a gdy wrócił do Alvarado, nie zastał już Emilia.

– Zabrał się i pojechał – zameldowała ochmistrzyni nie kryjąc satysfakcji. Jako dawna niania Álvara była do niego głęboko przywiązana, toteż nie cierpiała zarządcy za bezwzględne wprowadzanie w czyn metod wychowawczych don Ángela.

– Nawet się z nikim nie pożegnał. I jakoś nikt tu po nim nie płakał. Jeno że nie wiemy, kto ma być teraz kasztelanem. Wy, don Álvaro, będziecie pewnikiem więcej siedzieć w Aracenie, trzeba, żeby ktoś trzymał tutaj komendę.

– A to może wy, pani gospodyni? – uśmiechnął się Álvaro, gdyż klucznica mimo zaawansowanego wieku słynęła z energii.

– Mało mam roboty? – fuknęła, lecz zauważył, że propozycja, choć żartobliwa, sprawiła jej przyjemność. Nowym zarządcą został najbardziej zasłużony z wiarusów don Ángela, Juan de Las Posadas, dobiegający sześćdziesiątki twardy Aragończyk, który dowodził oddziałem weteranów. Pomimo nieobecności don Emilia liczebność załogi Alvarado chwilowo nie uległa zmianie, przybyła bowiem jeszcze jedna osoba.

Szesnastoletni Liberio Pérez Dávila mieszkał z rodzicami w Grenadzie i znał Álvara od najwcześniejszego dzieciństwa. Jako mali chłopcy bawili się razem czy to w Casa de la Flecha, czy w Casa Verde – domu rodziny Pérezów; gdy Liberio był starszy, przyjeżdżał do Alvarado, gdzie uważano go bez mała za domownika. Znali się i lubili z Miguelem, a nawet surowy don Ángel nie miał nic przeciwko tym wizytom, choć podczas ostatnich miesięcy z różnych względów musiały one ulec zawieszeniu.

Teraz Liberio postanowił zrobić przyjacielowi niespodziankę i bez uprzedzenia zjawił się w górskiej warowni. Uradowany Álvaro wyściskał go serdecznie, pytając o wiadomości z miasta. Zaczęli rozmawiać o wspólnych znajomych, co dało Liberiowi okazję, by nawiązać do Białego Zamku.

– Cała okolica mówi, że największym wrogiem twojego ojca była księżna de Las Sierras.

– Myślisz, że o tym nie wiem? Też podejrzewam, że zleciła morderstwo, ale jak miałbym jej to udowodnić?

– Nie o to chodzi, Alvaro. Teraz ty musisz mieć się na baczności.

– Przecież ona mnie prawie nie zna, nawet nigdy nie widziała mnie z bliska, tyle tylko, co na ulicy albo w kościele. Z pewnością jestem jej obojętny.

– Skoro rości sobie prawo do Araceny, będzie próbowała ci ją odebrać.

– Jeżeli ojciec nie oddał jej wsi, ja tym bardziej nie oddam. A jeśli już mówimy o Aracenie, czy wiesz, że jestem zaręczony?

Poznawszy bowiem z grubsza sprawy majątku Álvaro mógł zająć się życiem osobistym. Przede wszystkim więc oficjalnie poprosił o rękę Rosity i został przyjęty, choć jeszcze nie mogło być mowy o ślubie. Nie tylko ze względu na świeżą żałobę. Istniał dodatkowy powód, którego Álvaro nie wyjawił Bermudezom.

Pojedynek.

„Jeśli mam zginąć, lepiej, żeby Rosita została panną niż wdową”.

Wtajemniczył jedynie Liberia, który na wypadek jego śmierci miał powtórzyć to w Aracenie, po czym pojechał do Madrytu.

  Zatrzymawszy się w gościnnym domu don Estebana, już pierwszego dnia wysłał don Fernandowi Puertocarrero list z oznajmieniem pełnej gotowości do orężnego spotkania. Posłaniec wrócił z ustną odpowiedzią: „Jutro w południe, przy murach miejskich tam, gdzie zwykle”. Ostatnie słowa oznaczały miejsce najczęściej wykorzystywane do pojedynków. Gdy Álvaro nazajutrz zakładał bandolier z szablą, towarzyszący mu w przygotowaniach don Esteban oznajmił:

– Pojadę z tobą.

– Wasza miłość, czy zamierzacie asystować mi przy pojedynku?

– To mój obowiązek. Ponadto uważam, że musi być choć jeden wiarygodny świadek w razie gdyby… gdyby coś poszło nie tak.

„Jednym słowem na wypadek śmierci któregoś z nas”.

Álvaro dopiero teraz uświadomił sobie, że być może niedługo po raz pierwszy w życiu zabije człowieka. Przeraziło go to bardziej niż perspektywa własnej śmierci. Kastylijczyk zauważył jego wzburzenie, a wytłumaczywszy je sobie obawą przed pojedynkiem przypomniał pocieszająco:

– Przecież nie pierwszy raz stajesz na placu.

– Ale don Fernando odgrażał się, że mnie zabije. Jeżeli nadal ma taki zamiar, będę musiał się bronić i być może zabić jego. A przecież tego nie chcę.

Starszy mężczyzna nie powstrzymał się przed cierpką uwagą:

– Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej, zanim wdałeś się w romans z mężatką, teraz nie pora na duchowe rozterki.

Chłopak westchnął i już nic nie powiedział. W umówionym miejscu stawili się punktualnie, lecz don Fernanda jeszcze nie było. Słońce stało w zenicie, na szczęście dzień należał do chłodnych.

„Madryt”, pomyślał Álvaro. „W Sewilli o tej porze dnia i roku byłoby nie do wytrzymania. Słońce w górze, to też dobrze – nie będzie świecić w oczy”.

Zacisnął dłoń na rękojeści szabli. Dotyk ulubionej broni uspokoił go, więc bez zniecierpliwienia znosił przedłużające się oczekiwanie na przeciwnika.

– Musiało się coś stać – powiedział wreszcie don Esteban. – Cokolwiek by nie powiedzieć o Fernandzie Puertocarrero, nikt nigdy nie nazwał go tchórzem. Skoro nie przybywa o godzinie, którą sam wyznaczył, to widać nie może. Chyba nie mamy na co czekać.

– Jeszcze chwilę, wasza miłość – poprosił chłopak. – Bo jeżeli nadjedzie, a nas nie będzie, gotów pomyśleć, że się go zląkłem.

– A nie boisz się, Álvaro? Powiedz szczerze.

– Nie chcę go zabijać.

Nie zdążył dodać nic więcej, gdyż na drodze przed nimi podniósł się obłok kurzu. Zaraz też zobaczyli spoconych jeźdźców. Przodem galopował don Fernando z twarzą poznaczoną krwawymi krechami i furią w oczach.

– Wybaczcie spóźnienie! – zawołał z daleka. – Moja małżonka wyimaginowała sobie, że zdoła mnie powstrzymać przed usunięciem jej amanta z tego świata! Niestety była w błędzie, ale przekonanie jej o tym zajęło mi trochę czasu.

Znacząco świsnął harapem, którym poganiał konia i zeskoczył z siodła. Álvarezowi wściekłość odebrała oddech, więc don Esteban trącił go silnie w bok, sam pełen niesmaku.

– Panuj nad sobą – szepnął. – Wykorzystaj to, że on jest wytrącony z równowagi. Musieli się pobić z żoną, ta Elena to wściekła kocica.

Álvaro był skłonny widzieć swoją kochankę wyłącznie w roli katowanej ofiary, choć ten wizerunek psuły ewidentne ślady paznokci na twarzy don Fernanda i sińce na jego czole, pochodzące od celnie ciśniętej alabastrowej figurki. W rzeczywistości pandemonium, które tuż przed południem zakończyło się w domu małżonków Puertocarrero, rozpętała kobieta; jak opowiadała później zgorszona służba, niewiele brakowało, by don Fernando rozstał się z życiem parę godzin wcześniej niż mu było pisane.

Miał bowiem zginąć w pojedynku.

Stało się to szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuścić. Już po kilku złożeniach Álvaro, wykorzystując lukę w osłonie, zadał wielokrotnie ćwiczony pod okiem Vazqueza morderczy cios od dołu. Wąska końcówka sztychu w mgnieniu oka rozpłatała brzuch don Fernanda niczym patroszoną rybę. Choć wydawałoby się to niemożliwe, ranny w pierwszej chwili niczego nie poczuł, lecz gdy z niedowierzaniem spojrzał po sobie, ugięły się pod nim nogi. Upadł na bok, z dłońmi kurczowo przyciśniętymi do rozległej rany, jakby chciał powstrzymać wypływające z niej wnętrzności.

Álvaro, coraz bledszy, stał nad nim wpatrzony w dymiące parą kłęby jelit, dopóki don Esteban nie szarpnął go za ramię ze słowami:

– Nie mamy po co tu tkwić!

Powiedział to umyślnie szorstko, bał się bowiem, że chłopak zemdleje albo zwymiotuje. Jeden z towarzyszy don Fernanda odłączył się od wzburzonej gromadki stojącej z drugiej strony zabitego i okrążywszy go stanął przed Álvarem.

– To była czysta walka – wycedził – wszelako radzimy waszmości zaraz wyjechać z Madrytu. I więcej tu nie wracać.

Álvaro podniósł głowę, a w jego oczach pojawił się nowy, groźny wyraz.

– Wyjadę. Ale nie chciałbym zostawiać nikogo z poczuciem niedosytu. Czy może któryś z waszmościów chciałby… pożegnać się ze mną?

Ostatnie słowa wyrzekł przez zęby, z tak czytelnym ostrzeżeniem, że madrytczyk skłonił się tylko i pospiesznie wycofał do swoich. Don Esteban również spojrzał nań tak, jakby zobaczył go po raz pierwszy.

 

***

 

– No cóż, Álvaro – zauważył, gdy wracali do domu – stałeś się niebezpiecznym przeciwnikiem.

– Wiem – odpowiedział chłopak bez fałszywej skromności – ale wolałbym, żeby do tego nie doszło.

– Sądzę, iż rzeczywiście powinieneś posłuchać rady tamtego szlachcica.

– A Elena? Nie mogę jej tak zostawić. Przecież zabiłem jej męża.

– Równie dobrze ty mogłeś zginąć. To, co się stało, jest w dużej mierze jej zasługą. Niech teraz sama sobie radzi. Wracaj do swojej Rosity i nie myśl więcej o innych kobietach.

Álvaro zaczerwienił się w niejakim poczuciu winy, lecz po chwili zapytał cicho:

– Wybaczcie śmiałość, wszelako czy wy, don Estebanie, nigdy nie dopuściliście się zdrady małżeńskiej?

– Nigdy – skłamał z powagą starszy mężczyzna, mając na względzie działanie wychowawcze. – Ale ty jeszcze nie jesteś żonaty.

Chłopak uśmiechnął się chyba po raz pierwszy tego dnia.

– Już się oświadczyłem. Czekamy ze ślubem ze względu na żałobę po moim ojcu. Nie przyznałem się w Aracenie, dokąd jadę i po co, ale teraz zacznę nowe życie.

– Daj ci Boże jak najlepiej. I twojej narzeczonej. Myślę, że będziecie dobrym małżeństwem.

– Na pewno! Przecież znamy się od dziecka.

Minąwszy jasny, efektowny budynek niedawno wzniesionego kościoła wjeżdżali już w ulicę prowadzącą do domu don Estebana, gdy u jej wylotu ukazała się znajoma postać: zaufany stary lokaj. Zobaczywszy jeźdźców wzniósł oczy i ręce do nieba w klasycznym geście dziękczynnym.

– Czy coś się stało? – zapytał don Esteban, kiedy się z nim zrównali.

– Żeby to nie! Wielmożna pani mnie wysłała, jako że od dwóch godzin odchodzi od zmysłów.

– Przecież nie mówiłem jej, po co wyjeżdżamy.

– Ano nie, tyle że zaraz po wyjeździe waszych miłości przyleciał pachołek od señory Puertocarrero, żeby wielmożna pani nie wypuszczała don Álvara z domu, bo don Fernando chce go zabić. Szczęściem widać nie odnalazł waszych miłości.

– Don Fernando nie żyje. Idź, stary, przodem i powiedz pani, że z nami wszystko w porządku.

– Chwała Bogu.

Lokaj poczłapał w kierunku domu, lecz po paru krokach odwrócił się i dodał flegmatycznie:

– A do młodego wielmożnego pana jakiś gość przyjechał. Prosili my go, żeby poczekał, więc siedzi w tym pokoju, gdzie cztery okna.

– Gość? Do mnie? – spytał zaskoczony Álvaro. – Młody czy stary?

– Młody i nawet porządnie odziany, ale źle mu z oczu patrzy.

– Czy nie w sprawie nowego pojedynku? – wystraszył się nie na żarty don Esteban. Álvaro, nie mogąc potwierdzić ani zaprzeczyć, po wejściu na schody od razu skierował kroki do salonu, w którym roztrzęsiona pani domu usiłowała zabawiać rozmową mocno zbudowanego ciemnowłosego młodzieńca o prostackiej, grubo ciosanej twarzy. „Porządna odzież”, o której wspomniał stary sługa, była rzeczywiście dobrze skrojona i w najlepszym gatunku, ale nosiła aż nazbyt widoczne ślady niedbałego użytkowania, czyli naddarcia i plamy, głównie od wina. Długie hiszpańskie ostrogi u jeździeckich butów były pokryte zaschniętą krwią.

Ujrzawszy, kto stanął w drzwiach, gość zerwał się z krzesła, otworzył ramiona i zawołał o wiele za głośno:

– Álvarito!

– Chavo!

Uściskali się, po czym Álvaro objaśnił nieco zaskoczonej doñi Leonor:

– To mój przyjaciel z dzieciństwa.

 

***

 

Salvador Gonzales de la Nieta pochodził z Sewilli i właśnie w tym mieście narodziła się ich przyjaźń. O dwa lata starszy od Álvara, z dobrej rodziny, wychowywany przez matkę i pięć dorosłych sióstr, wydawał się doskonałym towarzyszem dla osieroconego chłopca z dalekiej górskiej warowni. Tak przynajmniej  sądziła ciotka Álvara, dystyngowana dama, której brat powierzył w opiekę jedynaka, zanim odjechał na wojnę. Nigdy nie dowiedziała się o swojej pomyłce.

W pewnym sensie nie była to zresztą pomyłka. Przy Salvadorze, od najwcześniejszego dzieciństwa mającym pociąg do nizin społecznych, bójek i dzikich awantur, nie sposób było się nudzić. Włócząc się z nim po mieście tylko w towarzystwie dwóch przydanych dla opieki młodych służących Álvaro poznawał ocierający się o środowisko przestępcze świat tanich spelunek, szulerni oraz burdeli. Nieobce mu były sławne na całą Andaluzję dziedzińce leżące po obu stronach katedry: Corral de Los Olmos i Corral de Los Naranjos, gdzie na mocy tak zwanego prawa azylu znajdowali schronienie przestępcy ścigani przez wymiar sprawiedliwości. Zaglądał z Gonzalesem na równie niebezpieczne plaże nad rzeką Gwadalkwiwir, w której obaj uczyli się pływać; zawierali przyjaźń z miejskimi łotrzykami, wspólnie korzystali z wdzięków sprzedajnych dziewek, grywali w karty z ulicznikami i stoczyli niejedną walkę na pięści lub noże. Służący, zachwyceni nadarzającą się co i rusz rozrywką, byli jak najdalsi od zdradzania czegokolwiek rodzinom swoich młodych panów, skutecznie też powstrzymywały ich od tego hojne pieniężne datki.

Dzięki latom spędzonym u boku Salvadora, zdrobniale nazywanego Chavem, czternastoletni Álvaro powracający z ojcem do Nevady mógł się pochwalić większą ilością doświadczeń życiowych niż niejeden dorosły mężczyzna. Nie zdołały mu one jednak zepsuć charakteru.

Co innego Gonzales. Zepsucie leżało u podstaw jego natury. Nie panował nad złymi emocjami, był brutalny, gwałtowny, okrutny dla zwierząt i ludzi, więc tylko matka i uwielbiające go siostry nie dostrzegały w nim żadnej skazy. Ciekawe, że jedyną osobą, wobec której okazywał posłuch, był Álvaro. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach młodszy chłopak zdobył tak znaczącą przewagę nad starszym – może przyczyniła się do tego wyższość intelektualna, a może Álvaro odziedziczył jakieś cechy po umiejącym wzbudzić respekt don Ángelu.

Obaj młodzieńcy oglądali się teraz nawzajem, sprawdzając, jakie zmiany wniosły do ich prezencji minione lata.

–  Pewnie niedługo dogonisz mnie wzrostem – zauważył Salvador, a w jego ochrypłym głosie dało się słyszeć coś na kształt braterskiej dumy. Nagle przypomniał sobie, skąd wraca jego przyjaciel.

– Powiedz, co z don Fernandem? Pogodziliście się?

– Jak mogliśmy się pogodzić? Zabiłem go – wyjaśnił krótko Álvaro.

Gonzales otworzył usta.

– Fernanda Puertocarrero? Jak to?

– Zwyczajnie.

– Dałeś mu radę?

– Chavo, zmieńmy temat. Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam?

– Przecież o waszym pojedynku gadało całe miasto! Przyjechałem do Madrytu dopiero wczoraj, a już zdążyłem się nasłuchać. Dobrze, żeśmy się spotkali, będziemy się trzymać razem. Jak w Sewilli, pamiętasz?

– Muszę wracać do domu.

– Tak zaraz? – rozczarował się Gonzales, ale natychmiast poweselał:

– Jadę z tobą!

Álvaro ucieszył się z niespodzianego towarzystwa, gdyż nie mógł przewidzieć, że decyzja o kontynuowaniu dawnej przyjaźni zaważy na całym jego życiu.

Drogę powrotną wypełniły im wspomnienia wspólnych eskapad oraz relacje z niedawnej przeszłości. Więcej do opowiadania miał Gonzales, któremu marzyła się kariera wojskowa – istotnie najlepszy sposób na życie dla takich jak on awanturników – lecz jako jedynak musiał dać matce słowo, iż nie będzie się narażał.

– I obiecałeś? – zapytał zaciekawiony Álvaro. Przyjaciel przytaknął z westchnieniem:

– Obiecałem. Odtąd wojenka nie dla mnie, a szkoda, pohulałoby się!

Znów westchnął, tym razem marząco.

– Więc hulam tutaj, co począć…

– Masz na to pieniądze? – wtrącił Álvaro z właściwą sobie rzeczowością. Gonzales zarechotał beztrosko:

– Matka daje, ile zechcę, siostry dają, jedna w tajemnicy przed drugą, a wszystkie w tajemnicy przed mężami, do tego mam przecież kapitał po ojcu. Nie martw się, złota mi nie zabraknie!

Ten rozdział ma 1 komentarz
Arael Zurli
10 lutego 2020, 15:08

Specjalnie dla Pań czytających moją książkę kolejny odcinek – poświęcony miłości – ukaże się w Walentynki.

Odpowiedź dla Arael Zurli

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli