Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział I

Dom był otoczony. Z dziedzińca dochodziły coraz słabsze odgłosy walki, a kilkunastu mężczyzn na zmianę rozbijało toporami masywne dębowe drzwi, które mimo żelaznych okuć powoli zaczynały ustępować. Za progiem czekała gromada zbrojnych – ostatnia nadzieja pięknej kobiety z niemowlęciem w ramionach i dwiema małymi córeczkami uczepionymi spódnicy. 

Jej postać widniała na końcu amfilady bogato zdobionych komnat, oświetlona ogniem z kominka. Błyski płomieni odbijały się w klejnotach przystrajających jej głowę, w złocistych haftach stanika i w ciemnych oczach pełnych trwogi. 

Siedmioletni chłopiec o jasnych włosach podjął decyzję. Nie było czasu na pożegnania: rzuciwszy ostatnie spojrzenie na matkę i rodzeństwo pobiegł ku gospodarczej części domu, do małego okienka, przez które nie przedostałby się żaden dorosły człowiek. Gdyby udało mu się niepostrzeżenie przez nie przecisnąć, może zdołałby wezwać pomoc?

Wiedział, że ludzie ojca znajdują się w sąsiedniej wsi. 

 

***

 

Przebudziwszy się nagle, Sergio de Las Sierras ścigał myślą resztki dziwnego snu o wydarzeniach, w których nie brał udziału, lecz które odmieniły mu życie. Obok spokojnie spała jego hiszpańska żona Elvira, wysrebrzona wpadającą przez niedomknięte okiennice poświatą księżycowej nocy. Książę podniósł się z pościeli, żeby boso przejść przez komnatę, bo choć posadzka ziębiła stopy, jej chłód ułatwiał powrót do rzeczywistości. Gdy otworzył okno, uderzył go w twarz świszczący lodowaty podmuch. Zawirowały płatki śniegu. Spoglądając na ich taniec wspominał kraj, z którego uciekł osiemnaście lat temu – na drugi kraniec Europy.  

Teraz wśród skał Sierra Nevada dobiegał końca marzec 1578 roku. 

A tak niewiele się zmieniło.

I tu, i tam niedawno zrzucone zwierzchnictwo Półksiężyca. Potężny, fanatyczny władca. Ludzie żyjący w nieustannym poczuciu zagrożenia. Wypędzanie tysięcy mieszkańców z ich odwiecznych siedzib. I nawet śnieg.

Kto by pomyślał, że tyle go tutaj będzie.

Gładka powierzchnia dziedzińca iskrzyła się niepokalaną bielą. Na niej wśród zamieci stały lekkie, niewysokie oficyny pałacu zwanego Białym Zamkiem. 

Ani pałac, ani przynależące do niego dobra, ani nawet nazwisko nie stanowiły własności księcia. Prawie nic tutaj nie było jego. Ma się rozumieć – poza Sibillą. 

Z jedyną córką wiązał plany, które miał nadzieję niedługo wprowadzić w życie, ale tymczasem wybierał się do Grenady, gdzie czekał na niego list z Francji. Choć nie musiałby odbierać go osobiście, chciał od razu przekazać odpowiedź, więc rankiem przywołał rękodajnego, by przygotował wszystko do niedalekiej podróży. Sibilla, zobaczywszy przez okno czekające na dziedzińcu osiodłane wierzchowce, zapragnęła dotrzymać ojcu towarzystwa, jednakże książę nie chciał narażać czternastolatki na męczącą konną jazdę w tak zimny dzień. 

– Może innym razem, gdy trochę się ociepli. Dzisiaj, jeżeli masz ochotę, pojedziemy obejrzeć wodospad. Powinien być jeszcze zamarznięty.

Dziewczynka aż zaklaskała w ręce z radości.

– A potem grzecznie wrócisz do domu – dokończył książę.

By dotrzeć do wodospadu, należało za Białym Zamkiem skręcić w lewo i pojechać drogą wiodącą pod górę do starej warowni Alvarado, prawem kontrastu zwanej przez całą okolicę Czarnym Zamkiem. Zwykle już z daleka słyszało się huk wody spadającej z wysokich skał, lecz zimą cichła, skuta mrozem, milcząc aż do wiosny. Widok był za to olśniewający: zamarznięta na całej długości kaskada znieruchomiałych w biegu, zespolonych ze sobą rozbryzgów o różnorodnej przejrzystości i barwie. Wyglądały jak stos potłuczonych kryształowych szkiełek z weneckiego żyrandola, gdyż podobnie jak kryształ nie miały jednolicie białego koloru – kawałki lodu w zależności od kąta padania światła mieniły się wieloma odcieniami pastelowych barw, od chłodnego błękitu po morską zieleń. Błyski zapalane przez słońce w szklistych załomkach migotały niczym diamenty, szmaragdy i szafiry, topiący się lód skapywał kroplami dźwięcznymi jak rozsypane perełki. 

Ojciec i córka przez długą chwilę trwali na skraju przepaści, w którą spływała lodowa wstęga, bo choć owo zjawisko powtarzało się co roku, zawsze zachwycało z jednakową siłą. Sibilla, przechyliwszy główkę w futrzanym toczku, łowiła słuchem tony wydawane przez lód, próbując dobrać do nich jakąś znaną sobie melodię. Zabawa została przerwana przez parsknięcie siwej andaluzyjskiej klaczy, zniecierpliwionej przedłużającym się staniem na zimnie. Księżniczka pogładziła ją po szyi.

– Spokojnie, Perla, zaraz wracamy.

Odprowadziwszy córkę pod bramę Białego Zamku Sergio zawrócił, skręcił w prawo i zaczął zjeżdżać w dół, lecz zanim dotarł do ostatniego odcinka górskiej drogi, która przechodziła następnie w szeroki trakt wiodący do miasta, usłyszał krzyki, rżenie koni i odgłos uderzeń żelaza o żelazo. Za zakrętem toczyła się walka. Bez namysłu dobył szabli i pchnąwszy konia ostrogą pokłusował w tamtym kierunku tak szybko, jak tylko pozwalał na to głęboki śnieg. To samo uczynił towarzyszący mu młody rękodajny.

Przyparci do zbocza skały trzej jeźdźcy na karych rumakach bronili się przed grupą zbrojnych, otaczającą ich kręgiem tak ciasnym, że ścisk utrudniał jakikolwiek manewr. Wśród napadniętych książę rozpoznał sąsiada – don Ángela Álvareza z Czarnego Zamku. Doświadczony stary żołnierz skutecznie odpierał atak, jego towarzysze walczyli równie dzielnie, umiejętnie wykorzystując przewagę wysokości nad pieszymi napastnikami. Niestety tamtych było dużo więcej, toteż starcie musiało się skończyć ich zwycięstwem. Nadciągnęli chyba od strony miasta i niewątpliwie byli zawodowcami, skoro na miejsce zasadzki wybrali ostry zakręt u samego końca górskiej drogi, gdzie skały były już niskie, ale stanowiły doskonałą osłonę. 

Książę rzecz jasna o tym wszystkim nie myślał. Jednym zamachem krzywej szabli powalił dwóch piechurów, a że trzeciego zranił rękodajny, w grupie powstało zamieszanie, które natychmiast wykorzystał don Ángel i jego ludzie. Pod skalną ścianą zrobiło się tak ciasno, że konie zaczęły gryźć i kopać, potęgując kotłowaninę. Choć jeden z jeźdźców, chlaśnięty przez twarz rapierem, zalał się krwią i zsunął z siodła, napastników wkrótce zostało tylko trzech. Książę zeskoczył z konia, gestem nakazawszy rękodajnemu powstrzymanie się od walki. 

Zarówno don Ángel, jak i jeździec, który przy nim pozostał, wiedzieli, co to oznacza i z ciekawością oczekiwali dalszego ciągu, bowiem Sergio de Las Sierras był  powszechnie uznawany za najlepszego szermierza Andaluzji.

Nie pozwolił otoczyć się przeciwnikom, żeby uniknąć sytuacji, w której dwóch blokowałoby jego obronę po to, by trzeci mógł swobodnie zaatakować. Uderzył pierwszy, a choć krzywa klinga wykonała pozornie niewielki ruch, na drogę trysnął strumień krwi z przeciętej tętnicy. Wtedy wtargnął między pozostałe dwa ostrza.

I niemal natychmiast obydwa wyleciały w powietrze. Piechur z prawej strony zdążył wyrwać zza pasa pistolet, lecz zaraz zginął, trafiony śmiertelnym ciosem o niebywałej precyzji. Stojący obok nie czekał, aż przyjdzie jego kolej: odrzuciwszy broń padł na kolana w geście poddania. Książę sięgnął ku niemu szablą, ale tylko po to, by obetrzeć głownię z krwi, po czym wsunął ją do pochwy i podszedł do uratowanych.

– Piękna walka – podsumował z podziwem gwardzista. Don Ángel wyciągnął rękę do księcia.

– Przyjmijcie wasza wysokość podziękowanie za ratunek. 

Uścisnąwszy sobie dłonie spojrzeli na pobojowisko, po którym chodził towarzysz księcia, fachowo oceniając stopień żywotności każdego z napastników. Gwardzista nachylił się nad rannym towarzyszem. 

– Żyjesz?

– Nie takie rzeczy się przeżyło. Nie szarp mnie, sam wstanę, pomóż mi tylko wleźć na kulbakę. 

– Pięciu rannych, trzy trupy – zameldował jednocześnie rękodajny księcia. – Co teraz robimy, wasza wysokość?

– Cztery trupy – poprawił Sergio, bo leżący na samym środku drogi mężczyzna z rozrąbaną klatką piersiową wyprężył się i znieruchomiał, a na usta wystąpiła mu krwawa piana. 

– Co robimy z rannymi? – zapytał ponownie rękodajny. Odpowiedzi udzielił mu Ángel Álvarez.

– Zabierzemy do Alvarado i dowiemy się, kim są. 

– Może to zwykli zbójcy? – podsunął książę.

– Nie. Tutaj nie ma zbójców, a im nie chodziło o rabunek, od razu chcieli nas zabić. Poza tym spójrzcie wasza wysokość na ich odzież i uzbrojenie…

– Zauważyłem. Byli kiedyś w wojsku. Ale myślałem, że to nie wyklucza dorabiania sobie grabieżą na gościńcach. 

– Myślę, że sami się przyznają – powtórzył Álvarez. Z pobojowiska dobiegł rozpaczliwy jęk:

– Kazali nam, my nie z własnej woli!

– Kto wam kazał?

– Ten, co tam leży, on nami dowodził i on zbierał zlecenia – ranny z wysiłkiem uniósł głowę i wskazał wzrokiem rozrąbanego – ino że już chyba wyzionął ducha.

– Dobrze o tym wiesz, nędzniku – warknął książę. – Zawsze zwala się winę na nieżyjących. A wam, don Ángelu, żaden z nich nie wydaje się znajomy?

– Widzę ich pierwszy raz w życiu.

– Czyli najemnicy – rozstrzygnął rękodajny. – Dokończyć ich?

Książę wzruszył ramionami.

– Nie byłoby wielkiej straty, ale sądzę, że w tym wypadku należy ich oddać w ręce sprawiedliwości. Może wyśpiewają, kto ich nasłał.

Don Ángel lepiej znał miejscowe stosunki i nie podzielał jego opinii. Najemni mordercy działający na czyjś rozkaz wiedzieli zazwyczaj, kogo mają zabić i nic ponadto. Ze zleceniodawcami pozostawał w kontakcie jedynie przywódca, on też odbierał wynagrodzenie, które następnie dzielił między pozostałych. Ale czy istotnie przywódcą był wskazany mężczyzna?

Mimo tych wątpliwości zwrócił się do gwardzisty i polecił:

– Odstawimy ich do Grenady, więc jedź do Alvarado powiedzieć, żeby przysłali jakiś wóz i paru ludzi. Może się przekopią przez ten śnieg.

– Do Białego Zamku jest bliżej – powstrzymał go książę, a jego towarzysz skinął głową i bez słowa skierował wierzchowca w górę drogi. Warownia Alvarado leżała prawie pod samą przełęczą Puerta del Lobo, czyli Bramą Wilka, choć jedynym spotykanym na tej wysokości czworonożnym zwierzęciem był koziorożec. Dalszy szlak, możliwy do przebycia po ustąpieniu zimowych mrozów, prowadził na drugą stronę gór, do Alpuhary, krainy, która długo dawała schronienie walczącym wyznawcom Allacha. Od ostatniego powstania morysków1 minęło zaledwie kilka lat; krwawo stłumione i zakończone masowym wysiedleniem ludności muzułmańskiej, pozostawiło po sobie tragiczną pamięć także wśród chrześcijan.

Zaś ród Álvarezów z Nevady wydał i jednych, i drugich. Wprawne oko byłoby w stanie odczytać to z ciemnej twarzy i nieco arabskich rysów don Ángela, jednakże książę jako cudzoziemiec nie przywiązywał do tych spraw żadnej wagi. Klepał teraz po karku swego masywnego gniadego rumaka, a jego uśmiech świadczył o zadowoleniu z udanej interwencji, natomiast w Álvarezie zaczynało narastać podejrzenie co do osoby zleceniodawcy napadu. Niestety książę był ostatnim człowiekiem, z którym mógłby podzielić się swymi domysłami. 

Ranny gwardzista nie bez trudu pozbierał się z ziemi, przy pomocy towarzysza wsiadł na konia, po czym zapytał don Ángela:

– Czy wasza miłość zezwoli, abym wrócił do domu? 

– Jedźcie obydwaj, a ja zaczekam na eskortę.

Gdy starzy żołnierze zniknęli za zakrętem, Sergio de Las Sierras zaproponował Álvarezowi, by po przybyciu wozu i strażników z Białego Zamku we dwóch udali się do miasta.

– Skoro i tak się tam wybieraliśmy, nie musimy wlec się z eskortą, pojedzie za nami, a my wstąpimy gdzieś na wino. Należy się nam po tylu wrażeniach.

– Ja zapraszam – podchwycił don Ángel, lecz książę zaprotestował wesoło:

– Spóźniliście się, wasza miłość! Zaprasza ten, kto pierwszy rzucił propozycję. Znam pewne miejsce, gdzie mają napitki godne królewskiego dworu.

 

***

 

Właściciel eleganckiej winiarni uniżenie pokłonił się księciu, lecz na widok wchodzącego za nim don Ángela dosłownie zaniemówił. Álvarez wiedział, z jakiego powodu.

Oberżysta nie spodziewał się ujrzeć obecnego małżonka Elviry de Las Sierras w towarzystwie jej dawnego kochanka. 

O tym, co łączyło owdowiałą po pierwszym mężu Elvirę z dawno owdowiałym panem na Alvarado, wiedziało całe miasto – i całe miasto było przekonane, że romans zakończy się przed ołtarzem. Jednakże don Ángel nieoczekiwanie poślubił szesnastoletnią Mauretankę, a niedługo potem Elvira poznała przystojnego cudzoziemca bez majątku, za to z książęcym tytułem. Jak powiadali złośliwi, właśnie ów tytuł przesądził o ich małżeństwie, jeśli pominąć fakt zapotrzebowania na mężczyznę do pomocy w zarządzaniu licznymi dobrami. Znawcy kobiecej natury dodawali, że nie bez znaczenia była także chęć zemsty na niewiernym Ángelu.

Gdyby Elvira w istocie tak myślała, spotkałoby ją rozczarowanie. Don Ángel bez reszty o niej zapomniał, gorąco zakochany w młodziutkiej żonie, która po roku obdarzyła go synem. Przez jakiś czas między dwoma zamkami panował rozejm, tym bardziej, iż księstwu urodziła się córka, a późniejszy wybuch powstania morysków spowodował, że wyjechali do bezpiecznego Toledo, gdzie Elvira posiadała dom po rodzicach. Ángel już wcześniej wyruszył pod sztandary księcia Alby do zbuntowanych Niderlandów2, zaś powodem tej decyzji stała się według powszechnej opinii rozpacz po śmierci umiłowanej drugiej małżonki. Siedmioletniego syna Álvara zostawił pod opieką swojej siostry w Sewilli, daleko od terenów objętych powstaniem. Wrócił na krótko w chwili, gdy już upadało i dopiero zimą 1574 roku obydwaj ponownie zamieszkali w Czarnym Zamku. 

Był to początek wydarzeń, które miały doprowadzić do tragedii obydwóch rodzin. 

– Prowadź na górę – polecił książę oberżyście – chcemy mieć spokój.

W obszernej parterowej sali siedziało wprawdzie tylko czterech klientów, lecz książę należał do stałych gości, dla których przeznaczono kilka położonych w amfiladzie, zacisznych komnatek na piętrze. Choć były oddzielone od siebie jedynie ozdobnymi mauretańskimi łukami, dawały możliwość przeprowadzenia poufnej rozmowy.

Oberżysta z głębokim ukłonem wskazał obydwóm mężczyznom poduszki przy niskim rzeźbionym stoliku – umeblowanie było typowe dla tych okolic, czyli również mauretańskie – po czym zaczął przyjmować zamówienie. Don Ángel wykorzystał ten moment, aby dyskretnie się przyjrzeć rzadko przezeń spotykanemu panu na Białym Zamku. 

Sergio de Las Sierras był tylko kilka lat młodszy od niego, lecz zachowywał się znacznie swobodniej, na co mogła wpływać także wysoka pozycja. Miał wesołe szaroniebieskie oczy, jasne włosy i takiż zarost, przystrzyżony na sposób hiszpański. Jedyny cudzoziemski element jego ubioru stanowiła szabla, z pewnością wschodnia, choć nie arabska, zawieszona przy lewym boku w pochwie lśniącej od drogich kamieni. 

Tak chwalone przez niego tutejsze wino naprawdę mogłoby się znaleźć na królewskim stole, lecz Álvareza zdziwił przyjęty przezeń sposób picia. On sam – jak większość Hiszpanów w tej epoce – prawie nie używał alkoholu, do wina dolewał dużo wody, pijaństwo znał tylko ze słyszenia, tymczasem książę wychylał jeden pucharek po drugim, bezustannie zachęcając swego gościa, aby go naśladował. Co ciekawe, zupełnie nie sprawiał wrażenia podochoconego. 

„Musi mieć piekielnie mocną głowę”, pomyślał don Ángel i jakby na potwierdzenie usłyszał:

– Nie myślcie, że za chwilę będę pijany. Nawykłem do znacznie mocniejszych trunków, w moim kraju uczty wyglądają inaczej niż tutaj. Wino ośmiela… a ja chciałem z wami szczerze pomówić.

„Czyżby o Elvirze?”

Istotnie rozmowa pośrednio dotyczyła księżnej Elviry. Ściślej – jej pretensji o Aracenę, wiejski majątek Álvarezów, w którym znajdowała się prowadzona przez nich stadnina. Elvira de Las Sierras po długich poszukiwaniach znalazła w dokumentach dowody, że Aracena niegdyś należała do jej pierwszego męża, który sprzedając wieś Álvarezowi nie dopełnił pewnych istotnych formalności, przez co akt przejęcia był z punktu widzenia prawa nieważny.

– Wiem, że moja żona chciałaby unieważnić sprzedaż i odzyskać tę wieś, a wy nie po  to ją kupowaliście, żeby teraz zwracać i że ten spór ciągnie się między wami od dawna.

„Nie tyle od dawna, ile od chwili, gdy ożeniłem się z Maríą”, pomyślał Álvarez. Sergio znów sięgnął po kielich, a wypiwszy parę łyków kontynuował:

– Znalazłby się sposób, by go zakończyć, pod warunkiem, że doszlibyśmy do porozumienia. 

– Jaki to sposób, wasza wysokość?

– Czynią tak po królewskich dworach, by stworzyć alians pomiędzy państwami, zatem i my możemy spróbować. Mam piękną córkę, wasz syn nie ustępuje jej urodą… Może by ich pożenić?

Ángel uprzejmie się uśmiechnął, przekonany, że propozycja miała charakter dowcipu, wszelako widząc oczekiwanie na odpowiedź rzekł ze zdziwieniem:

– Wasza wysokość raczy żartować. Mój syn nie sięgnie po księżniczkę, jesteśmy przecież zwykłą szlachtą.

– Nie bądźcie tacy zasadniczy, don Ángelu. I nie musicie mnie tytułować. Między nami mówiąc, w moim kraju słowo „książę” nie ma takiego jak u was znaczenia, stosuje się raczej do kogoś, kto posiada dużo ziemi i dowodzi własną armią. Korzystałem z tego tytułu, gdy przyjechałem z poselstwem do Francji, żeby wzbudzić respekt wśród żabojadów, a teraz robię to głównie ze względu na żonę. Elvirze imponują takie rzeczy. Wracając do naszych planów… 

– Nie wiem, czy wasza wysokość… czy zdajecie sobie sprawę, że Álvaro nie jest czystego pochodzenia? – przerwał pospiesznie Ángel. – Jego matka była Mauretanką.

– Ale ponoć wyznawała Chrystusa? Więc co w tym złego?

– Jak to, przecież…

Tym razem przerwał książę.

– Ja również miałem matkę innej nacji. Do tego była obcej wiary, a nikt mi tego nie wypominał, więc dlaczego miałaby mi przeszkadzać Saracenka w rodzie? Wasz syn pewnie po niej odziedziczył te piękne czarne oczy? A że moja Sibilla przypomina anioła z obrazu, wyobraźcie sobie, jak wspaniałe moglibyśmy mieć wnuki!

Rozjaśnił się na tę myśl, ale zaraz westchnął:

– Gdybym nie stracił całej rodziny w ojczystym kraju, niezawodnie byłbym już dziadkiem. Mój najstarszy syn miałby dziś dwadzieścia cztery lata. A najmłodszy siedemnaście. 

– To tyle, co mój Álvaro.

– Sibilla skończy w październiku piętnaście lat. Niespieszno mi wydawać ją za mąż, ale mielibyśmy ją, ja i Elvira, blisko siebie. A przede wszystkim ucięłoby się te niesnaski. 

– Czy wasza wysokość… czy wasza miłość wspominaliście już o tych planach doñi Elvirze?

Książę sposępniał.

– Próbowałem ją do nich przekonać i właśnie w jej postawie widzę największą  trudność. Jest do was dziwnie uprzedzona, ale chyba z biegiem czasu zdołam jej wytłumaczyć, że nie warto się upierać przy starych resentymentach.

Użył francuskiego słowa. Don Ángel, który znał ten język, zauważył więcej podobnych wtrąceń, jednakże miękki, śpiewny akcent księcia nie kojarzył się z Francją. Jasna karnacja, barwa oczu, a przede wszystkim wzrost i budowa wskazywały na pochodzenie z północy.

„Nie Francuz, więc może Niderlandczyk?”, zastanowił się Ángel. Poznałby to jednak po wymowie, zresztą regularne rysy nie miały nic z grubo ciosanych twarzy Flamandów. Mała Sibilla, którą widywał czasem podczas nabożeństw w katedrze w Grenadzie, była do  ojca bardzo podobna. 

„Trudno o lepszy projekt niż jej małżeństwo z Álvarem, ale przecież Elvira nigdy się na to nie zgodzi. Czy ten cudzoziemiec nie zna własnej żony?”

 

***

 

Znał ją bardzo dobrze, lecz prawdziwie zakochany nie chciał lub nie potrafił dostrzec mrocznej strony jej natury. Elvira de Las Sierras była dumna, pamiętliwa, a przy tym – jak wszyscy z jej rodu – nieustannie myśląca o powiększeniu majątku. Przejęcie Araceny uznała jedynie za kwestię czasu, gdyż była przekonana, że przy umiejętnym poprowadzeniu sprawy w sądzie wieś wcześniej czy później przejdzie na jej własność. Gdy mąż nieśmiało przedstawił swój projekt wydania Sibilli za Álvara, pierwszą myślą księżnej była wizja połączenia dwóch niemałych posiadłości, w dodatku nadzwyczaj dogodnie sąsiadujących ze sobą. Dopiero w następnej chwili wyparły ją gniew i oburzenie. 

Kolejną, głęboko zatajoną reakcją stał się chłodny namysł. Rzecz jasna o małżeństwie nie mogło być nawet mowy: dumna Kastylijka nigdy nie przyjęłaby do rodziny kogoś tak złego pochodzenia, jak młody Álvarez, nawet gdyby nie był on synem jej dawnego kochanka. A złotowłosa, błękitnooka Sibilla rosła na olśniewającą piękność i wszyscy wiedzieli, że niedługo będzie mogła przebierać w kandydatach do ręki, z pewnością bogatszych i bardziej utytułowanych niż ten, którego wybrał jej ojciec. Niestety książę Sergio z nietypowym dla niego uporem nalegał, by rozpocząć wstępne rozmowy na temat przyszłych zaręczyn. Nie można było do nich dopuścić. 

Dlatego Elvira de Las Sierras postanowiła działać na własną rękę.

Gdy książę pożegnawszy się z don Ángelem i załatwiwszy w Grenadzie to, co miał do załatwienia wrócił do domu, został powitany nadzwyczaj zimno.

– Po co mieszasz się do nieswoich spraw? Musiałeś włączać się w tę bójkę?

– Elviro, czy ja dobrze słyszę? To nie była bójka, a napad! Miałem spokojnie przejechać obok? Nawet gdyby nie chodziło o naszego sąsiada, też stanąłbym w obronie zaatakowanych.

– Sąsiada!… – prychnęła pogardliwie. – Wiesz, co myślę o tych Maurach z Czarnego Zamku! A gdyby coś ci się stało?

Sergio wybuchnął śmiechem.

– Mnie? Zapytaj tamtych zbirów, jak się czują!

– Już ich zabrano do Grenady – wydęła usta księżna. 

– Więc może śledztwo wykaże, czy ktoś im zlecił zabójstwo Álvareza.

Odwróciła głowę, by ukryć błysk w lodowato niebieskich oczach.

Śledztwo nie mogło niczego wykazać, bo cała czwórka pojmanych bandytów zmarła niedługo po umieszczeniu w celi. Nikt nie miał wątpliwości, że stało się to wskutek ran odniesionych podczas walki, jedynie starego klucznika zastanowiły ślady piany zaschniętej wokół ust nieboszczyków. 

„Żeby u jednego, ale u wszystkich czterech? Można by pomyśleć, że ktoś ich otruł. Ano, widać było im pisane. Nie ma co tego drążyć”.

I nie zgłosił nikomu swojej obserwacji. 

  1. Moryskami (moriscos) nazywano w Hiszpanii muzułmanów, którzy przyjęli chrzest, co odbywało się najczęściej pod przymusem. Przyznano im na pewien czas prawo do używania własnego języka, stroju i innych oznak odrębności kulturowej, lecz przywilej nie został odnowiony. Jako że zbiegło się to z prześladowaniami ze strony władz oraz Inkwizycji, w 1568 r. moryskowie wzniecili powstanie, które objęło całe królestwo Grenady i trwało do r. 1570. W wyniku represji deportowano niemal całą muzułmańską ludność z południa Hiszpanii.
  2. Niderlandy od początku XVI w. znajdowały się pod panowaniem hiszpańskim, co wiązało się początkowo tylko z uciskiem gospodarczym, a wraz z rozwojem Reformacji – z religijnym. Głównie ta druga przyczyna i prześladowanie protestantów przez Inkwizycję spowodowała najpierw oficjalne protesty, a potem opór zbrojny.
Ten rozdział ma 3 komentarze
daro79
22 maja 2020, 21:35

Witam, czy jest jakas szansa że poznamy tożsamość autora?

Arael Zurli
24 maja 2020, 19:18

https://memy.pl/mem/64511/Zodyn

eljot
9 września 2021, 03:18

poczatek zwiastuje niezwykle interesujacy dalszy ciag

Odpowiedź dla Arael Zurli

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli