Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XXIII

Ponieważ Álvaro chciał pokazać przyjacielowi drugą rodzinną siedzibę – Casa de la Flecha, po dwóch dniach wybrali się do Grenady. Valentin z dziwnymi uczuciami wjeżdżał do miasta, w którym po raz ostatni rozmawiał z ojcem. Wrażenie to spotęgowało się jeszcze, kiedy minąwszy Corral de Carbón – dawny mauretański karawanseraj, obecnie zajmowany przez handlarzy węglem – dotarli do katedry.

Ten sam plac… Nic się nie zmieniło.

– Już niedaleko – oznajmił Álvaro, skręcając w ulicę wiodącą do klasztoru San Jerónimo. Wkrótce zatrzymali konie przed pięknym budynkiem o jasnej, niezwykle eleganckiej fasadzie zdobnej w dwie półkoliste kolumny unoszące na swych kapitelach maleńkie balkony z rzeźbionymi w kamieniu balustradami. Motyw dwóch kolumn powtarzały wysmukłe okna, wykończone reliefami przypominającymi koronkę. Najbardziej charakterystyczną cechą domu były picos: wystające, spiczasto zakończone kamienie ciosowe, rozmieszczone symetrycznie po całej elewacji, które w jaskrawym blasku słońca zdawały się migotać niczym plejada olbrzymich diamentów. Wielki portal, obramowany ozdobnym gzymsem, wieńczyła herbowa tarcza ze strzałą Álvarezów. Na wykutej pod nią wstędze Valentin odczytał  rodową dewizę: „Nie chybiam”.

Álvaro zsiadł z Alada, przerzucił wodze przez kółko z brązu, umieszczone w paszczy wilka – jednej z płaskorzeźb umieszczonych w tym celu na ścianie – i podszedł do drzwi rzeźbionych w szlachetnym drewnie. Morozov biorąc z niego przykład przywiązał swojego kasztana do kółka wystającego z drugiej paszczy, a gdy na pożegnanie klepał go po szyi, drzwi się otworzyły.

– Don Álvaro! – wykrzyknął niski stary człowiek w czerni. – Nareszcie! Każdego dnia żeśmy się was spodziewali. A wasza miłość pewnie przyjaciel? – poufale zagadnął Valentina.

– Tak, razem przyjechaliśmy z Jaén – odpowiedział Álvaro. – Wszystko w porządku, don Pánfilo?

– Chwalić Boga, w jak największym. Nic się od ostatniej wizyty waszej miłości nie zmieniło, jeno wysprzątaliśmy pokoje. Chyba przenocujecie? – w jego głosie zabrzmiała nadzieja. – Wieczerzę się dobrą sporządzi…

– Nie planowaliśmy… – zaczął Álvaro, lecz Valentin, zauważywszy rozczarowanie malujące się na pomarszczonej twarzy staruszka, przerwał mu wpół zdania:

– Myślę, że nie warto dzisiaj wracać. Już prawie południe, a zanim obejrzę dom, minie przecież sporo czasu.

– A jakże! – radośnie podchwycił stary ochmistrz. – Niemało jest do oglądania, przy każdym sprzęcie warto się zatrzymać, przecież świętej pamięci don Ángel zgromadził tutaj prawdziwe skarby. Koniki zaraz weźmiem do stajni, a wasze miłości zapraszam na pokoje. Szczęśliwy to dzień dla nas wszystkich!

Miał na myśli miejscową służbę, która entuzjastycznie powitała młodego pana, a teraz przekrzykując się relacjonowała mu miejskie plotki. Valentin, obrzuciwszy wzrokiem wielką sień, podszedł do kraty z kutego żelaza, odgradzającej patio, a gdy ktoś ją usłużnie odchylił, stanął pod koronkowymi łukami arkad, by podziwiać fontannę wyłożoną marmurem i kafelkami zwanymi azulejos. Ich barwy dobrane zostały ściśle według reguł heraldyki, w myśl których nie łączono zieleni z czerwienią ani srebra ze złotem, lecz zawsze umieszczano je naprzeciwko siebie. Choć Valentin o tym nie wiedział, docenił harmonijną kompozycję, wzmocnioną grą symetrycznie powtarzających się wzorów; widywał już azulejos w innych miastach Hiszpanii, jednakże nigdzie nie były tak piękne, jak na południu. Tam też występowały najliczniej. 

Stary ochmistrz poprowadził ich potem po marmurowych schodach, u stóp których zasztyletowany został przed trzema laty don Ángel, na pierwsze piętro, gdzie rozpoczynała się amfilada estrados – wspaniale urządzonych salonów o ścianach pełnych arrasów, obrazów i zwierciadeł. Całość stanowiła tak wielki kontrast z ponurymi komnatami Alvarado, że Valentin zapytał zdziwiony:

– Dlaczego w tym pięknym domu nikt nie mieszka?

– Mieszkałem tutaj z rodzicami, gdy byłem mały. Ojciec urządzał te pokoje dla matki, więc sprowadził z Alvarado wszystko, co było piękne i kosztowne, ale po jej śmierci odesłał mnie do swojej siostry w Sewilli i i pociągnął z księciem Albą tłumić bunt w Niderlandach. To był rok tysiąc pięćset sześćdziesiąty ósmy.

– A gdzie był w siedemdziesiątym drugim?

– Też w Niderlandach. Król odwołał Albę w rok później, więc ojciec dopiero wtedy wrócił na stałe. Wcześniej przyjechał tylko raz, na parę miesięcy. Dlaczego pytasz?

– Bo w siedemdziesiątym drugim roku po raz pierwszy ujrzałem tam hiszpańskie wojsko.

„Warczały werble, a oni szli i szli: rzeka błyszczących morionów, nad nią las lanc i powiewające sztandary z krzyżem Świętego Andrzeja. Na czele dowódca otoczony strażą przyboczną, potem chorąży i jakieś niższe szarże. Tercios – nieustraszona hiszpańska piechota”.

– W Niderlandach? Skąd się tam wziąłeś?

– W drodze do Francji. Wtedy po raz pierwszy słyszałem wasz język.

– A wiesz co? – zauważył nagle Álvaro. – Ty teraz o wiele lepiej mówisz po hiszpańsku, niż wtedy, gdy cię poznałem.

– To chyba oczywiste. Twój ojciec służył w piechocie?

– Nie, był dowódcą lekkiej jazdy. Trudno, żeby Álvarez rozstawał się z koniem. Po niderlandzku też się nauczyłeś?

– Trochę. Dogadywałem się głównie po niemiecku.

– To ile znasz języków?

– Poza ojczystym… chyba trzy. Niemiecki, francuski i hiszpański. Polskiego zapomniałem. Rozumiem po niderlandzku i po włosku, mimo że nie mówię najlepiej. A ty?

– Uczyłem się łaciny i arabskiego, choć był już wówczas zakazany, mówiłem ci przecież.

Znajdowali się w największym salonie – estrado de cumplimiento, stanowiącym salę paradną do uroczystych przyjęć. W ustawionych pod ścianami kredensach i etażerach połyskiwały kosztowne naczynia, na stole stał srebrny kandelabr – prawdziwe dzieło sztuki, lecz Valentina najbardziej zachwycił sekretarzyk, zwany w Hiszpanii vargueño, cały inkrustowany słoniową kością i masą perłową. Álvaro opuścił zamknięty dotychczas ruchomy blat do pisania, by odsłonić całe mnóstwo szufladek i przegródek o jeszcze bogatszym zdobieniu. Morozov wodził dłonią po idealnie gładkich powierzchniach mebelka, nie mogąc się nadziwić precyzji wykonania zawiłych ornamentów.

– We Francji sprzęty są masywniejsze i prawie zawsze rzeźbione, a im dalej na południe, tym obficiej. W Burgundii nigdzie nie widziałem wolnego kawałka drewna, wszędzie były rzeźby, ale w porównaniu z tymi zdobieniami bardzo prymitywne.

– Teraz obejrzyj portret mojej matki. Wszyscy mi zawsze powtarzają, że jestem do niej podobny.

Podeszli ku centralnej ścianie naprzeciw wysokich okien, z których światło padało wprost na obraz przedstawiający kobiecą postać naturalnej wielkości. Drobna sylwetka ściśnięta była pancerzem sztywnej sukni, chmurę czarnych włosów ujarzmiała siatka z pereł, lecz nawet ten oficjalny strój nie potrafił odebrać portretowanej subtelnego wdzięku, który przejawiał się zwłaszcza w spojrzeniu oczu, bardzo przypominających oczy Álvara. Jednakże ich wyraz był zupełnie inny: promieniowały czułą słodyczą i miękkością, widoczną także w nieśmiałym uśmiechu. Choć obraz bynajmniej nie wyszedł spod mistrzowskiego pędzla, malarzowi udało się oddać łagodny charakter młodej kobiety. Valentin przyglądał się przez chwilę, wreszcie powiedział:

– Żeby ocenić, do kogo jesteś podobny, musiałbym zobaczyć twojego ojca.

– Jest na tym portrecie – Álvaro pokazał na mniejsze płótno, wiszące nad drzwiami. Morozov rzucił okiem i znieruchomiał.

Posępna, surowa twarz. Siwiejące włosy zaczesane nad wysokim czołem, ciemny klin brody, żołnierski wąs nad nieco skrzywionymi ustami. Pamiętał ten grymas – nie wiadomo, pogardy czy goryczy – gdyż wzmagał grozę sytuacji, w jakiej znalazł się wówczas przybyły z Niemiec dziewiętnastolatek.

Ouderode. Niewielka wioska, której nazwę jeszcze dzisiaj potrafił powtórzyć.

– Ojciec pozował do tego obrazu już po powrocie z Flandrii – wyjaśnił Álvaro. – Podczas rekonwalescencji, bo na wojnie odniósł jakąś poważną ranę.

Udział w kampanii wojennej symbolizował czarno szmelcowany hełm ze złotą ornamentacją, namalowany na stoliku, o który wspierał dłoń don Ángel. Álvaro przypomniał sobie, że musi go przymierzyć.

– I pancerz również, bo może trzeba będzie go dopasować. Ojciec był ode mnie niższy, a jeśli wyjadę na wojnę…

Przerwał mu ochmistrz, oznajmiając przez uchylone drzwi, że przybył pewien znajomy szlachcic i pragnie zobaczyć się z panem domu.

– Don Jacinto? Już się dowiedział, że przyjechałem? Powiedzcie mu, don Pánfilo, że oczekuję go z radością.

Obrócił się do Valentina.

– To nasz tutejszy sąsiad, stary znajomy ojca. Dobry obyczaj nakazuje, abym to ja pierwszy złożył mu wizytę, ale widocznie nie mógł się doczekać. Niewątpliwie jest ciekawy, co działo się ze mną przez ten rok.

– Porozmawiaj z nim, a ja przejadę się po mieście – oświadczył Valentin.

 

 ***

 

Choć obiecywał sobie nawet nie spojrzeć w stronę katedry, pierwsze kroki wierzchowca skierował właśnie na rozciągający się przed nią plac. Potem jechał wzdłuż brzegów Darro w stronę dzielnicy muzułmańskiej, rozmyślając nad tym, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby odnalazł ojca parę lat wcześniej.

Do tego stopnia pogrążył się w zadumie, że nie zauważył grupy mężczyzn na czarnych mułach. Jeźdźców również spowijała czerń, od której ostro odcinały się błyszczące na piersiach metalowe krzyże. Paradowali butnie środkiem ulicy, w milczeniu mierząc wzrokiem przechodniów, którzy pospiesznie ustępowali im z drogi. 

Nie uczynił tego tylko Valentin.

Kiedy się spostrzegł, było za późno. Otoczyli go, nie pozwoliwszy zjechać na bok, a najdostatniej ubrany zapytał napastliwie:

– Dlaczego nie uczyniłeś miejsca sługom Świętej Inkwizycji?

Czarne wierzchowce. Czarne szaty. Ponure, fanatyczne twarze.

Jak wówczas w Monastyrze Troickim.

Wrażenie powrotu do przeszłości trwało zaledwie moment, ale było tak silne, że zbladł, nie odezwawszy się ani słowem. Paradoksalnie wyszło mu to na dobre, gdyż jeźdźcy uznali jego zmieszanie za przejaw lęku i rozstąpili się, z drwiącym  śmiechem zezwalając na przejazd.

Wróciwszy do Casa de la Flecha nie zastał już don Jacinta, natomiast Álvaro zastanawiał się, czy dobrze zrobił, powiedziawszy gościowi, że okres banicji zamierza spędzić we Francji.

– Przecież nie mogłem się przyznać do kontaktów z Maurami.

– Zawsze gotów jestem poświadczyć twój pobyt w Clairière – lojalnie zadeklarował Valentin. – I radzę ci, żebyś od razu wszystkim oznajmił, że jedziesz do mnie, zamiast kłamać o Flandrii, bo to się może szybko wydać. Dużo waszych tam walczy, zauważą twoją nieobecność.  

– Skoro tak, zostańmy przy jednej wersji dla wszystkich. Weteranom też wolę nie wyznawać prawdy, lepiej, żeby nie wiedzieli za dużo. Mogłoby się to kiedyś obrócić przeciwko nim.

– Inkwizycja?

– Oczywiście. Nawet Pito dowie się dopiero na statku.

 

***

 

Gdy w okolicy rozniosła się wieść o bliskim wyjeździe Álvara, młodzież szlachecka z najbliżej położonych miejscowości postanowiła go pożegnać. Wszyscy zjechali się niemal w jednym czasie do Araceny, aby przy sposobności obejrzeć słynną stadninę. Z kolei Valentin z zaciekawieniem obserwował tę gromadę eleganckich młodych mężczyzn, którzy w porównaniu ze szlachtą francuską wyróżniali się spokojem i charakterystyczną powściągliwością – tym samym opanowaniem, jakie w wysokim stopniu cechowało Álvara. Sztywne ciemne stroje dodawały im powagi, czyniąc z pozoru starszymi niż byli, zaś oficjalne maniery podkreślały dystans między nimi a mniej utytułowanym otoczeniem.

Ożywili się dopiero wówczas, gdy padła propozycja zabawy z trzcinami. Valentin nie znał tej jeździeckiej gry, lecz gdy zobaczył uczestników dzielących się  na dwie drużyny ustawione naprzeciwko siebie, pamięć podsunęła mu zasłyszaną przed laty nazwę „Belli captivus”.

– „Jeniec wojenny”? – uśmiechnął się Álvaro, przetłumaczywszy łacińskie określenie na hiszpański. – Pasuje do naszych reguł.

W grze chodziło bowiem o to, by ścigając konno zawodnika przeciwnego obozu symbolicznie wziąć go do niewoli przez dotknięcie trzciną. Zwyciężała ta drużyna, przy której pozostało więcej graczy.

– Widziałem to w Polsce – powiedział Valentin.

– Skoro znasz zasady, zagraj z nami.

Ponieważ Alado swój udział w pozorowanej bitwie pojmował zbyt dosłownie, gryząc i kopiąc inne rumaki, Álvaro dosiadł łagodnej siwej Aminy. Ci z gości, którzy przybyli do Araceny na ogierach, również zamienili je na wałachy lub klacze, aby uniknąć konfliktów między wierzchowcami; nie zrobił tego jedynie Valentin, mający do swego kasztana absolutne zaufanie. Zawodników podzielono według końskich maści, toteż obaj z Álvarem, jako dosiadający wierzchowców o jasnej sierści, znaleźli się w jednej grupie. 

– W zasadzie powinno się to odbywać na zamkowym dziedzińcu albo otoczonym kamienicami placu miejskim, żeby publiczność mogła przyglądać się z okien – wyjaśnił Álvaro. – I trochę nas mało. Powinno być co najmniej osiemnaście par jeźdźców, wtedy jest na co popatrzeć.

W tym momencie padło hasło do rozpoczęcia zabawy i obie grupy ruszyły na siebie. Powstał pozorny galimatias jeźdźców i koni, lecz była w nim celowość i swoiste piękno. Valentin śmigał na kasztanie między przeciwnikami, długą trzciną dotykając ramienia coraz to nowego gracza, a zarazem zwinnie umykając każdemu, kto próbował dotknąć jego; wreszcie jako jeden z ostatnich pozostałych w zwycięskiej drużynie zademonstrował tryumfalny gest Álvarowi, wziętemu „do niewoli” znacznie wcześniej.

W planie były jeszcze inne rozrywki, lecz że gra dzięki nieoczekiwanej biegłości uczestników znacznie się przedłużyła, jednomyślnie postanowiono z nich zrezygnować. Niezmordowany Valentin na prośbę Álvara ponownie dał pokaz swoich umiejętności jeździeckich, a na koniec odebrał nagrodę w postaci pucharu wina z rąk Juany. Ciężka, złota montesilla smakowała mu tym bardziej, że towarzyszyły jej złote ogniki w uśmiechniętych oczach dziewczyny.

– Jeździcie na koniu, jakbyście tańczyli, don Valentin – powiedziała, więc Álvaro upomniał się półżartem:

– A mnie nie pochwalisz?

– Amina sprawiła się dziś wspaniale – odrzekła figlarnie i nagle zawołała:

– Czy w Corrales pokazali ci Algę?

– Nie przypominam sobie. To jakiś nowy koń?

– Córka Amatisty sprzed trzech lat, przy której narodzinach byliście z Miguelem. W tym samym dniu, w którym odbył się twój ślub z Rositą.

– Jak mógłbym nie pamiętać! Nie wiedziałem tylko, że nazwaliście ją Alga, Wodorost. Dlaczego właśnie tak?

– Bo ledwie trochę podrosła, uwielbiała wodę jak żaden inny koń, chyba najlepiej czułaby się w morzu. Jest tak ładna, że nie będziemy jej sprzedawać, o ile ty nie zadecydujesz inaczej.

– Mówicie o Aldze? – wtrącił Valentin. – Nie sprzedawajcie, będzie wspaniałą klaczą, taką samą, jak Amatista.

– Ty lepiej się orientujesz w stadninie niż ja! – zaśmiał się Alvaro.

– Bo nie mam tutaj żadnego innego zajęcia. Ale teraz obydwaj będziemy musieli przygotowywać się do wyjazdu.

 

***

 

Tak też się stało. Pożegnawszy gości oddali się już tylko planowaniu podróży. Z Malagi przyszła wiadomość, że statek do Sidi Ussem odpłynie za trzy dni.

W porcie czekał na nich Sherif na czele grupy ludzi ubranych jak hiszpańscy moryskowie, lecz o rysach wskazujących na pochodzenie z północnej Afryki. Nowoprzybyłych szybko przetransportowano wraz z końmi na galerę, której nawet nie zdążyli obejrzeć, bo zaraz znaleźli się w namiocie na pokładzie rufowym. Służył widocznie za coś w rodzaju salonu, ponieważ zastawiono go niskimi stolikami i mnóstwem jedwabnych poduszek, a deski podłoża zakryto perskim kobiercem. Na poduszkach siedzieli Selim, Mansur, Mohammad i Abdallah.

– Zatem jesteśmy w komplecie – oznajmił radośnie najmłodszy z Maurów. Álvaro, któremu daleko było do wesołości, złożył obojętny ukłon i chciał usiąść w najciemniejszym kącie, lecz udaremnił mu to Valentin, przyjąwszy jednakże na siebie cały ciężar konwersacji odbywającej się, jak w Maladze, za pośrednictwem Sherifa. Na początek uznał za stosowne w wyszukanych słowach usprawiedliwić milczenie Álvara tym, iż przeżywa on początek kilkuletniego rozstania z ojczyzną, a potem przystąpił do wypytywania o galerę i o inne interesujące dlań sprawy. Ciekawiło go właściwie wszystko, więc rozmowa nie umilkła nawet przy wniesionym przez marynarza pięknie pachnącym napoju o barwie tak ciemnej, że wydawała się niemal czarna.

– Piliście już kiedyś kawę? – zapytał Abdallah, podsuwając gościom złocone naczyńko z podłużnymi szarożółtymi ziarenkami. – Tutaj jest kardamon. Trzeba go wyłuskać, nie robimy tego wcześniej, żeby nie stracił zapachu.

Álvaro pomyślał, że stanowczo woli czekoladę, pochodzącą z Nowego Świata i bardzo lubianą w Hiszpanii, Valentin ukrył swoje uczucia, tak samo zresztą, jak ukrywał je w stosunku do czekolady.

Gdzieś na dole rozległ się trzask bata, głośny niczym wystrzał z pistoletu, arabska komenda i skrzypienie wioseł. Przez statek przebiegło drżenie.

– Odpływamy – wyjaśnił Sherif. – Chcecie wyjść na zewnątrz?

Valentin w jednej chwili znalazł się poza namiotem. Álvaro w milczeniu zaprzeczył głową. Chciał sobie oszczędzić widoku oddalających się wybrzeży Andaluzji.

 

K o n i e c   t o m u   p i e r w s z e g o

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli