Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XXI

Konie szły stępa, jakby płynąc przez morze tymianku i rozmarynu, ponad którym unosił się intensywny, orzeźwiający zapach. Słońce grzało mocno, ale łagodził je wiatr od gór. Wyczuwało się też pewną zmianę w powietrzu.

Przed jeźdźcami widniały ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Álvaro uśmiechnął się do nich, jakby ujrzał kogoś bliskiego i powiedział:

– Tam jest Alvarado. Ale my pojedziemy do Araceny. To jest u podnóża gór, akurat zdążymy przed nocą. Chciałbym, żebyśmy zastali Miguela.

– A możemy go nie zastać?

– Czasami jeździ do Corrales, gdzie mamy drugą stadninę, musi też kontrolować inne posiadłości. Zanim mnie aresztowano, sam się tym zajmowałem. I znowu będę musiał wszystko zostawić – westchnął, lecz zaraz dodał z ożywieniem:

– Popatrz, zaczynają się doliny. W jednej z nich leży Aracena.

Rzeczywiście płaskowyż zaczął się obniżać. Rozmaryn, tymianek i żarnowiec ustąpiły miejsca zielonym trawom i gajom oliwnym. Tu i ówdzie pojawiali się ludzie. Grupa wieśniaków okopujących warzywne pólko przerwała pracę, by przyjrzeć się jeźdźcom, a po chwili rozległ się okrzyk:

– Pan z Alvarado!

Otoczyli ich niscy, roześmiani mężczyźni o ciemnych twarzach, przedstawiający zupełnie inny typ etniczny niż lepiej znani Valentinowi mieszkańcy ziem położonych na północ od Sierra Morena. Álvaro, nachylając się do nich z siodła, słuchał pełnych ekspresji zdań, wypowiadanych prawdopodobnie miejscowym dialektem, gdyż Valentin nie wszystko rozumiał. Jeden z wieśniaków pobiegł w kierunku osła pasącego się w cieniu oliwki i wskoczywszy mu na grzbiet zmusił niechętne zwierzę do truchtu.

– Zawiadomi Aracenę – poinformował Álvaro swój dwuosobowy orszak – ale chyba nie o wiele zdoła nas wyprzedzić. Mówią, że w domu w Grenadzie i w Alvarado nic się nie zmieniło, a w Białym Zamku mieszkają jacyś obcy, podobno rodzina księżnej Elviry.

Wieśniak musiał dobrze popędzać swego długouchego wierzchowca, ponieważ w Aracenie już na nich czekano. Na dziedziniec wylegli uradowani domownicy, Álvaro został dosłownie ściągnięty z siodła przez chwytającego go w niedźwiedzi uścisk Miguela, do Valentina za to podbiegły, łasząc się, miejscowe brytany.

– Wasza wielmożność, uważajcie! – wrzasnął jakiś sługa, biegnąc na odsiecz z harapem, ale Morozov już głaskał kudłate łby garnące mu się do nóg. Była to bardzo stara i popularna rasa perro de agua español, zwana też tureckim psem andaluzyjskim, często spotykana na południu Hiszpanii. Gdy podniósł wzrok, ujrzał, że stoi przed nim uśmiechnięta dziewczyna. Dygnęła ceremonialnie i powiedziała przyjemnym, cichym głosem:

– Wybaczcie wasza miłość, że psy powitały was pierwsze, ale wszyscy straciliśmy głowy na widok Álvara. Jestem Juana de la Fuente, wychowanka Bermudezów. Kuzynka Miguela i Rosity.

Była bardzo młoda, zaledwie kilkunastoletnia, lecz wyglądała poważniej, do czego przyczyniał się jej ubiór: całkowicie pozbawiony zalotności, tak skromny, że niemal zakonny. Miała gładko uczesane czarne włosy, czarne oczy o melancholijnym spojrzeniu i przelotny, jakby nieco wstydliwy uśmiech. Valentinowi zabrakło czasu, aby się jej dokładnie przyjrzeć, ponieważ zaraz podszedł do niego Miguel, a za nim inni domownicy. Gdy skierowali się wreszcie do domu, cudzoziemskiemu gościowi wciąż towarzyszyły psy, próbując nawet wcisnąć się za nim do sieni. Juana spostrzegła ich manewry i zapytała:

– Czy wszystkie zwierzęta tak was lubią? 

– Jego wszyscy lubią, i zwierzęta, i ludzie! – wyjaśnił z zapałem Álvaro. – A jutro zobaczycie, jak potrafi jeździć na koniu! Valentinie, pokażesz nam, prawda?

Morozov uprzejmie skłonił się w stronę Juany, omal nie nadepnąwszy przy tym na łapę jednemu z psów.

– Nie właź pod nogi – skarcił go, po czym odepchnął stanowczym gestem. – Spotkamy się jutro. Poszły!

Brytany wycofały się posłusznie, natomiast gości poprowadzono do izby, w której mogli odświeżyć się przed wieczerzą. Jako że Álvaro chciał jeszcze obejść gospodarstwo, Morozov został z Juaną pełniącą honory domu.

Była teraz bardziej onieśmielona niż podczas powitania. Ze spuszczonymi oczami i delikatnym uśmiechem pozornie swobodnie podtrzymywała grzecznościową rozmowę, lecz Valentin widział rumieniec, który co chwila barwił śniadą twarz.

Właśnie taką – zawstydzoną, uśmiechniętą, z cieniem rzęs na policzkach -narysował z pamięci, gdy tylko znalazł się sam w gościnnym pokoju.

 

***

 

Choć Álvaro niemal całą noc przegadał z Miguelem, rankiem wstał bardzo wcześnie, ale Valentina nie było już w izbie; od świtu oglądał konie, zawarłszy przy tej okazji znajomość ze wszystkimi pracownikami stadniny. Na śniadanie stawił się spóźniony i podekscytowany, myśląc tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do corrali.

– Podoba się u nas waszej miłości? – zagadnął go uprzejmie Miguel, lecz zanim padła odpowiedź, wtrącił się Álvaro.

– Dlaczego nie mówicie sobie po imieniu? Ciebie to też dotyczy, Juano.

– Ona jest jeszcze za młoda – zaprotestował Bermudez, co przyprawiło dziewczynę o widoczne zakłopotanie. Zaczerwieniła się, zerknęła spod rzęs na Morozova, po czym zaproponowała nieśmiało:

– Zatem niech wasza miłość mówi do mnie po imieniu. 

Odrzekł z uśmiechem:

– Dobrze, Juano, jeżeli odwzajemnisz się tym samym.

Na chwilę utonęła w jego promiennych oczach; piękny jasnowłosy cudzoziemiec przez kontrast z otaczającymi ją od dzieciństwa Andaluzyjczykami sprawiał wrażenie baśniowego księcia. Prawdziwie zachwycił ją jednak później – podczas pokazu jazdy konnej, o który poprosił go Álvaro.

Valentin zgodził się zademonstrować swoje umiejętności, zażądał jednak częściowego udziału drugiego jeźdźca.

– Dołącz do mnie na Aladzie i rób dokładnie to co ja, żeby wywołać podwójny efekt.

– Ale nie zapominaj, że jeżdżę gorzej od ciebie – zastrzegł się Álvaro – bo inaczej ten efekt będzie zupełnie inny od zamierzonego.

– Jeździsz wystarczająco dobrze.

Duet jeźdźców i koni zaprezentował się w niemal tanecznym popisie, a jednoczesność ich ruchów rzeczywiście zwielokrotniła wywierane wrażenie, widzom wszelako najbardziej zaimponowało to, że ani Álvaro, ani Valentin nie używali cugli. Druga część pokazu należała już do Morozova, który umiał wykonywać różne ewolucje na pograniczu akrobatyki w taki sposób, jakby nie wymagały odeń żadnego wysiłku. Wyglądało to chwilami na pełne radości unoszenie się w powietrzu. Mimo że każdy ze zgromadzonych był mistrzem konnej jazdy, to żaden nie widział jeszcze jeźdźca tak całkowicie zespolonego z koniem, jeźdźca, który nawet nie drgnął w siodle podczas cwału i skoku i ani na moment nie przestał się uśmiechać. Bezgranicznie posłuszny złocisty wierzchowiec perfekcyjnie wypełniał wszystkie polecenia swego pana, podobnie jak on oczarowując gracją ruchów. Przy wymijaniu Juany Valentin dostrzegł jej zachwycone spojrzenie, więc bez namysłu schylił się i uniósł ją na siodło, aż zapiszczała z radości. Wziąwszy to za objaw strachu, szepnął uspokajająco:

– Nie bój się, nie pozwolę ci spaść.

Nie wypadało mu obejmować w talii obcej kobiety, zatem chwycił ją za pasek, a drugą rękę z galanterią wyciągnął przed siebie:

– Trzymaj się. 

Juana zacisnęła palce na jego rękawie, od razu zyskując poczucie bezpieczeństwa. Może była to zasługa ciepła – nie tylko fizycznego – jakie emanowało od jeźdźca? Ośmieliła się zażartować:

– Wyciągnęliście do mnie rękę jak do sokoła…

– A chcesz pofruwać?

Z błyskiem w oczach poderwał rumaka do długiego skoku, potem do cwału, przy czym jego ręka stanowiła tak samo pewną podporę, jak w czasie powolnej jazdy. Ponieważ dziewczyna zachowała zimną krew, a w siodle trzymała się doskonale, na zakończenie pochwalił ją:

– Jesteś znakomitą amazonką.

– Przecież wychowałam się w stadninie!

Już stępa zawrócili w stronę widzów. Valentin z przyjemnością spoglądał na ładną śniadą twarzyczkę, próbując odgadnąć wiek dziewczyny. Jego ocena u Hiszpanek zawsze sprawiała mu trudność, z reguły wyglądały bowiem na więcej lat niż miały, toteż wziął Juanę za siedemnastolatkę i zdziwił się, usłyszawszy, że weszła dopiero w czternasty rok życia.

– Don Valentin, moje rówieśnice bywają już mężatkami.

– Wiem, sam znałem taką pannę, ale nie tutaj. Daleko stąd. A ty masz narzeczonego?

– Nie mam i nie będę miała. Zostanę zakonnicą.

– Przecież szkoda cię do klasztoru! – wykrzyknął spontanicznie Morozov.

– Dlaczego? – zdziwiła się Juana. – Myślicie, że nie umiałabym służyć Bogu? Siostry augustianki w Grenadzie gorąco zachęcały, abym się do nich przyłączyła. Uczyłam się wtedy u zakonnic i pewnie uległabym ich namowom, gdyby nie śmierć wuja i Rosity. Nie mogłam zostawić Miguela samego.

– Przecież on się kiedyś ożeni.

– Wtedy wrócę do klasztoru. Siostry przyjmą mnie z otwartymi rękami. 

– Nie żal by ci było porzucić Miguela? Aracenę?

– Troszkę – przyznała się cichutko. – Ale gdy przestanę być tutaj potrzebna… 

Przerwali rozmowę, gdyż widzowie z entuzjastycznymi okrzykami wybiegli im naprzeciw. Álvaro, tak dumny z przyjaciela, że było to aż śmieszne, chciał zsadzić z konia Juanę, lecz zderzył się z Miguelem, który podszedł w tym samym celu. Obydwóch pogodził Valentin – zeskoczywszy ze swego wierzchowca po prostu ich odsunął, mówiąc z uśmiechem:

– Na razie to jest moja dama.

Zdjął dziewczynę z siodła, złożył przed nią ukłon godny królowej i podawszy jej ramię podprowadził do Miguela.

– A teraz przekazuję cię w godniejsze ręce.

– Dziękuję za tyle wrażeń, don Valentin – dygnęła w reweransie. Jej czarne oczy spotkały się z szarymi, zapalając w nich wesołe iskierki; za to w brązowych oczach Bermudeza pojawił się wyraz niepokoju.

 

***

 

O zmierzchu wywabiły ich z domu dźwięki gitary. To stary masztalerz Eusebio, kulawy od czasu napadu przed Świętem Zwiastowania, grał dla ludzi zgromadzonych na dziedzińcu, bo choć nie pracował już tak wydajnie jak dawniej, wciąż pozostawał najlepszym gitarzystą w okolicy. Spokojna melodia, dotąd trochę zakłócana przez zacichające rozmowy, nagle zmieniła swój nastrój: wpadła w namiętny rytm, który tak rozgrzał siedzących dookoła słuchaczy, że zaczęli wtórować klaskaniem. Gdy po chwili ktoś wstał, aby wybijać takt obcasami, zaraz dołączyli do niego następni. Widząc powszechną ochotę do pląsów Álvaro pochylił się ku Juanie.

– Trzeba dać hasło do zabawy. Zatańcz z naszym gościem.

Dziewczyna podeszła do Valentina, którego nie trzeba było długo namawiać. Podążył za nią na środek placu, wcześniej uprzedziwszy półżartem:

– Tylko nie miejcie mi za złe, gdy się okaże, że w ogóle nie umiem tańczyć.

Umiał. Widać to było od razu, gdy lekkim krokiem ruszył w kierunku partnerki, unosząc jedną rękę nad głową, a drugą wyciągnąwszy w bok, jak tancerze widywani przez niego na placach hiszpańskich miast. Juana umknęła z rozpostartymi ramionami niczym ptak zrywający się do lotu, więc Morozov rozpoczął pogoń i wzorem drapieżnika ścigającego ofiarę zataczał wokół dziewczyny coraz ciaśniejsze kręgi. Choć andaluzyjskie reguły nakazywały zachować w tańcu kamienną twarz, wyrażał swoje emocje to uśmiechem, to powagą, to znów świetlistym spojrzeniem szeroko rozwartych oczu. Każdy jego gest tchnął radością życia. Zauroczona Juana także się uśmiechnęła, wreszcie zaprzestała ucieczki i teraz oboje przybliżali się ku sobie, z kroku na krok przyspieszając jak kochankowie udręczeni tęsknotą. Eusebio mocniej targnął struny, które odpowiedziały dźwiękiem przypominającym okrzyk miłosny, a wtedy kolejni ludzie wstali z miejsc, by akompaniować uderzeniami obcasów. Ciało Juany wygięło się w łuk, jakby stawiało opór zdobywcy i nagle wionęło do tyłu. Wciąż posłuszny ognistemu rytmowi Valentin również odstąpił o parę kroków, lecz tylko po to, by zaraz ponowić atak. Jego taniec nabierał coraz więcej cech indywidualnych. Morozov nie sprawiał już wrażenia spragnionego kochanka, jakby to wynikało z istoty tańca andaluzyjskiego – przypominał raczej myśliwego polującego na zwierzynę. Było w tym poszukiwanie, była namiętność, był nawet element walki… lecz przede wszystkim było urzekające piękno ruchu. 

Stali już wszyscy widzowie. Mężczyźni przytupywali, kobiety zachęcały tancerzy przenikliwymi okrzykami, przechodzącymi w długi, rozwibrowany zaśpiew. Gitara Eusebia brzęczała metalicznie jak para ostróg, dzwoniła cichutko jak dziewczęce kolczyki, postukiwała odgłosem drewnianych kobiecych obcasów, a gdy Juana falującym ruchem wyciągnęła przed siebie ramiona, ostatni akord odezwał się jak pękająca tarcza. 

Jak symbol przełamanej obrony. 

Tancerze, chwyciwszy się za ręce, znieruchomieli naprzeciwko siebie. Połączyły się nie tylko ich dłonie, lecz i spojrzenia, zaś oczarowani widzowie nie umieliby powiedzieć, czy to, co przed chwilą oglądali, było znanym im od dzieciństwa tańcem, czy baśnią z dalekich stron. Opowieścią jasnowłosego chłopca o ruchach lekkich jak wiatr.

 

***

 

Nazajutrz Álvaro udał się z Miguelem na grób żony i teścia. Valentin wykorzystał ich nieobecność, by pogawędzić z Juaną oraz pokazać jej kilka sztuczek przydatnych w szkoleniu koni.

Podobała mu się nie tylko południowa uroda dziewczyny; również jej nieśmiałość, jako że w życiu trafiał głównie na kobiety pełne inicjatywy. Widząc podatny grunt może i zacząłby ją delikatnie uwodzić, lecz pewne fragmenty rozmowy kazały mu pomyśleć o niezupełnie rodzinnym uczuciu, prawie nieświadomie rozwijającym się między Juaną a Miguelem. Uśmiechnął się w duchu: „On pewnie jeszcze nie wie, że wychowuje sobie żonę”, po czym zamienił swoje zawoalowane zaloty na otwartą adorację, w której było znacznie więcej galanterii niż rzeczywistego uwielbienia.

Do Alvarado wyjechali dopiero następnego dnia. Morozov doznał dziwnego uczucia, ujrzawszy przed sobą warownię, do której potajemnie przekradał się przed prawie dwoma laty. Drogę pamiętał tak dobrze, że sam się tym zdziwił, lecz na nieco zaczepne pytanie Álvara, czy trafiłby do jego sypialni, musiał odpowiedzieć przecząco.

– Nie trafiłbym, bo wtedy przyszedłem od innej strony. I w ogóle… czy musimy sobie to przypominać?

– Nie musimy. Przedstawię cię mojej gwardii – Álvaro zrobił ruch głową w stronę szpaleru żołnierzy na kamiennym moście, po czym wyjaśnił:

– Koło przyczółków czeka Salvador z Liberiem.

– Tego wyższego pamiętam z Grenady. Jedź pierwszy – Valentin wstrzymał swojego kasztana.

– Jesteś teraz jednym z nas. Chcę, żeby witali cię równocześnie ze mną.

Gest ten nie miał właściwie znaczenia, bo i tak wszyscy patrzyli wyłącznie na Álvara. Valentin w niejednych oczach dostrzegł łzy, choć weterani na ogół starali się ukrywać wzruszenie. Nie udało się to jedynie Liberiowi, który padłszy w objęcia Álvara zawołał z płaczem:

– Baliśmy się, że już nie wrócisz!

– Opanuj się, przecież żyję. Niestety znów będę musiał was opuścić.

– Banicja?…

– Tak. Potem wam wszystko opowiem, teraz mówcie, co tu się działo w czasie mojej nieobecności. A to jest Valentin Morozov. Mój przyjaciel.

– Więc i nasz – uśmiechnął się jeszcze z mokrymi oczami Liberio, natomiast Gonzales przyglądał się przybyszowi spode łba, zdecydowanie mniej skłonny go zaakceptować.

Nie musieli długo czekać na pierwszy konflikt.

Już przy wprowadzaniu koni do stajni Gonzales zaprezentował większość złych cech swojego charakteru. Valentin, obecny przy tym jak zawsze na nowym miejscu, bowiem komfort kasztana był dla niego ważniejszy niż własny, nic nie powiedział, gdy Salvador uderzył chłopca stajennego za to, że nie dość szybko usunął się z przejścia. Zdawał się też nie słyszeć obelg, które z równie błahego powodu spadły na dwóch masztalerzy, lecz  zareagował już w następnym momencie.

– Co robisz? – zawołał impulsywnie, gdy kara klacz, mocno smagnięta lejcami, z bolesnym rżeniem uskoczyła pod ścianę.

– Nie wtrącaj się, wymoczku! – warknął ochryple Salvador, po czym dla podkreślenia, kto rządzi w stajni, ponownie zamierzył się na kobyłkę. Oczywiście Valentin był szybszy. Chwyciwszy go za łokieć wykonał na pozór nieznaczny gest, w wyniku którego agresor upuścił lejce i zawył:

– Zostaw!!

– Co tu się dzieje? – rozległ się głos Álvara, zdziwionego, czemu jego przyjaciele tak długo nie opuszczają pomieszczenia.

– On chce mi złamać rękę! Puszczaj!

– Najpierw naucz się dobrych manier, parobasie – zawiadomił swą ofiarę Valentin. I wzmocnił uścisk.

– Aaaa!

– Puść, bo naprawdę mu coś złamiesz – zaniepokoił się Álvaro.

– Powoli, mamy czas, ja to robię z wyczuciem.

Wrzask Gonzalesa przybrał na sile.

– Valentinie, może jednak…

– Jak zemdleje, będzie wiadomo, że skończyłem.

Gonzales istotnie wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć, ale Morozov ujęty błagalnym spojrzeniem Álvara poluzował chwyt i pouczył uwolnionego:

– Na przyszłość bądź uprzejmiejszy dla zwierząt i ludzi. I nie nazywaj mnie wymoczkiem.

Álvaro dodał z wyrzutem:

– A widzisz, Chavo? Doigrałeś się.

 

***

 

Gdy już tylko we dwóch weszli do komnat Álvara, Morozov zatrzymał się na progu drugiej sypialni. To w tym łożu widział po raz pierwszy – ale czy po raz ostatni? – swoją hiszpańską siostrę. 

Jak potoczyłyby się wydarzenia, gdyby zgodziła się wtedy z nim uciec?

– Myślisz o Sibilli? – zapytał cicho Álvaro. 

– Myślę o nas wszystkich. 

„Ten wyjazd trafia się w samą porę”.  

Álvaro intuicyjnie wyczuł, że Valentin ma przed nim jakieś tajemnice i westchnął:

– Tak naprawdę to ty jesteś bardzo skryty. Nie mogę się nadziwić, jakim cudem zdołałem nakłonić cię w Jaén, żebyś mi opowiedział o swoim życiu.

Podobnie jak tamtego wieczoru usłyszał śmiech Morozova.  

– Chyba miałem potrzebę uporządkowania wspomnień… i nieprzypadkowo opowiedziałem je akurat tobie. Po prostu byłem przekonany, że już nie będziesz miał okazji nikomu ich powtórzyć.

– Nie rozpowiadam cudzych sekretów! – wykrzyknął z oburzeniem Álvaro, po czym dotarł do niego właściwy sens słów towarzysza.

– Prawda, spodziewałeś się mojej śmierci. 

– Ale skoro żyjesz, po pierwsze dochowaj tajemnicy, a po drugie pozwól mi skończyć portret. 

– Znowu mam pozować? – mruknął niechętnie Álvaro, którego ta czynność znudziła jeszcze w Jaén. 

– Przede wszystkim powinieneś się odpowiednio ubrać. Masz jakiś reprezentacyjny strój?

– Nawet kilka.

– Więc włóż najlepszy.

– Od razu?

– Niekoniecznie w tej chwili, ale jeszcze dzisiaj. Okna są od zachodu, więc po południu będzie tu nawet lepsze światło. Już się umówiłem z odbiorcami i mam tylko cztery dni czasu.

– Zdążysz?

– Twarz jest gotowa, ubranie namaluję szybko, więc do wykończenia zostały mi tylko ręce. Szablę zdążyłem zrobić w Jaén.

Ujrzawszy Álvara w czarnym kaftanie nabijanym diamencikami, oświadczył ze szczerym zachwytem:

– Wspaniale wyglądasz! Powiedz mi tylko, dlaczego nigdy nie nosisz krezy? 

Álvaro przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, wreszcie z ociąganiem wyjaśnił:

– Przy białym kołnierzu moja twarz wydawałaby się jeszcze ciemniejsza. Zresztą ciebie też nigdy nie widziałem w krezie. 

– To nie jest kołnierz do długich włosów, dlatego wolę modę z Italii.

Portret został ukończony już nazajutrz. Ponieważ Álvaro dziwił się, jak to było możliwe, Valentin wyjaśnił:

– Ubranie podmalowałem, gdy zaczynałem obraz, a że też miało czarny kolor…

– Bo byłem w żałobie.

– … to teraz wystarczyło dodać świecidełka i koronki, popracować musiałem tylko nad rękami. Chcesz zobaczyć, jak wyszło?

Pociągnął go ku sztalugom, jak zwykle przesłoniętym kawałkiem tkaniny i jednym ruchem odkrył obraz. Zadowolony z wywołanego wrażenia obserwował teraz Álvara, z niedowierzaniem studiującego własny wizerunek.

Smagła twarz wychylająca się z ciemnego tła: silne łuki brwi, ogniste oczy, wąski pasek bieli przy wysokim kołnierzu. Ubranie rozjaśnione błyskami klejnotów, przecięte złocistą smugą pendentu, lśniąca od drogich kamieni rękojeść szabli obejmowana przez dłoń z sygnetem. Druga ręka w typowo portretowym geście niedbale wparta w bok.

Z młodzieńczej postaci emanowała szlachetność i siła, ale dla uważnego oka dostrzegalny był pewien rys tragizmu. Coś w rysunku ust, w wyrazie pałających oczu dawało widzowi odczuć, że mężczyzna na portrecie nie jest zrodzony do beztroskiego życia.

Álvaro nie znał się na malarstwie ani w ogóle na sztuce, był jednak w stanie natychmiast zauważyć różnicę między dziełem Morozova a obrazami, jakich pełno wisiało po znanych mu domach Grenady, Sewilli i Madrytu.

– Jesteś prawdziwym artystą, Valentinie – powiedział wreszcie, lecz po chwili dodał:

– Ale ja chyba tak nie wyglądam.

Morozov zaśmiał się tryumfalnie.

– Właśnie to kosztowało mnie tyle pracy. Miałeś być jak żywy! I jesteś. Spytaj kogo chcesz, każdy ci powie to samo.

– Dobrze. Spytam, ale ciebie i o coś innego. Dla kogo to namalowałeś? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć w ślubowanie, o którym mówiłeś w Jaén.

– Dla klienta.

– Kto to jest?

– Ktoś, kto dobrze płaci…

– Powiesz mi wreszcie? Przecież wiem, że nie malujesz dla pieniędzy.

– Niech ci będzie. Zwłaszcza że i tak byś się dowiedział, bo mam pewne plany. Wiesz, kto zamówił portret Álvara Álvareza? Nie osobiście. Przez pośredników. Twój dziadek.

– Ale mój dziadek nie żyje.

– Miałeś dwóch dziadków.

– Drugi nie żyje tym bardziej! Nawet go nie znałem.

– Jak można nie żyć tym bardziej? Mówię o ojcu twojej matki.

– Toteż właśnie. Pamiętam i jego, i babkę, bo czasem jeździliśmy do nich z wizytą.

– Byli rodzicami twojej matki? – upewnił się Valentin.

– Tak. 

– Wobec tego może chodzi o twojego pradziadka, choć przysiągłbym, że padło słowo „dziadek”. Ponieważ groziła ci kara śmierci, rodzina postanowiła zamówić portret w charakterze pamiątki po tobie.

– I trafiła akurat do ciebie? Nie było innych portrecistów?

– Z pewnością byli, ale nie w Jaén. Nikt inny nie miałby do ciebie dostępu.

– Przyznaj się, że to nie był przypadek.

– Nazwałbym to raczej zbiegiem okoliczności. Twój proces odbywał się w Jaén zamiast w Grenadzie ze względu na don Torcuata, który miał tam bliżej z Toledo, a ponoć z jakiegoś powodu chciał mieć kontrolę nad tą sprawą. Mnie z kolei zależało na poznaniu okoliczności śmierci mojego ojca, co miałem ułatwione dzięki Luisie, bo don Genadio naprawdę jest jej szwagrem. Twoja rodzina przez pośredników próbowała wpłynąć na przebieg śledztwa, a czego jak czego, ale pieniędzy jej nie brakuje. Portret był trochę pretekstem do kontaktu z tobą, zresztą niepotrzebnym, skoro sam wiesz, że niewiele się od ciebie dowiedziałem. 

Informacja jak na Valentina była bardzo wyczerpująca, lecz Álvaro zażądał dalszego ciągu wyjaśnień.

– A jaki w tym miałeś naprawdę interes?

– Mam go nadal. Co więcej, stał się teraz twoim interesem.

– Więc słucham z uwagą, szczególnie że chyba dotyczy mojej rodziny, o której właściwie niczego nie wiem.

– Możesz ją zobaczyć na własne oczy. Wystarczy, abyś popłynął na pogranicze Algierii i Maroka. Zostaniesz przyjęty z radością i radziłbym ci z tego skorzystać. Masz przed sobą osiem lat wygnania. Gdzie będziesz szukał szczęścia?

– Gdziekolwiek. Na morzu, we Flandrii…

– Jeszcze zdążysz tam trafić. Na razie zabiorę cię razem z portretem tam, gdzie się umówiłem. Sam zadecydujesz, czy odpowiada ci towarzystwo własnej rodziny, czy wolisz obcych żołdaków.

– Dlaczego tak mnie namawiasz na spotkanie z rodziną?

– Może dlatego, że sam nie mam już żadnej.

„I bardzo chciałbym zobaczyć Afrykę”.

– Więc dobrze – zdecydował się Álvaro. – Pojadę z tobą, jeżeli… jeżeli w razie czego ty pojedziesz ze mną. Do tych Maurów.

– Do jakich Maurów? To twoi krewni!

– Ja jestem Andaluzyjczykiem.

– Więc popatrz na portret. Albo do lustra – zaproponował Valentin i dodał z szatańskim chichotem:

– Świetnie byś wyglądał w zawoju.

Álvaro nie znalazłszy odpowiedzi wzruszył ramionami, ale tej nocy prawie nie spał.

Rozmyślał, czy nie usłuchać namów Morozova.

 

***

 

Wieczorem Valentin rzucił od niechcenia: 

– Przygotuj się do drogi, Andaluzyjczyku. Jutro odwozimy portret.

– Dokąd?

– Na razie do Malagi. A jeśli zechcesz, za morze.

– Tak od razu?

– A dlaczego by nie?

– Muszę tu wszystko uporządkować, zanim wyjadę na tak długo.

– Miguel poradzi sobie, skoro radził do tej pory – zapewnił beztrosko Morozov – ale jak chcesz. Będziesz miał jeszcze czas, żeby się zastanowić.

– Na razie się zastanawiam, czy jechać do Malagi!

– Niczym nie ryzykujesz. Pojedziesz, obejrzysz swoich wujów… o, wygadałem się… i spokojnie podejmiesz decyzję.

Uśmiechnął się w sposób nie pozwalający wątpić, że wcale nie wygadał się przypadkiem i czekał na nieuniknione pytania.

– Wobec tego powiedz mi coś więcej – zażądał Álvaro. – Co to za wujowie? Bracia mojej matki?

– Może niezupełnie, bo twój dziadek ma kilka żon, ale w każdym razie najbliżsi krewni. Jeden, Sherif, jest całkiem młody i mówi po hiszpańsku. Pozostali znają może kilkanaście słów.

– Dziadek ma kilka żon? To znaczy, że…

– A czego się spodziewałeś? Że będzie chrześcijaninem? Mieszka u siebie, w swoim kraju i wolno mu jawnie wyznawać wiarę, która jest może lepsza od waszej.

– Valentinie! Sam nosisz krzyż!

– Noszę pamiątkę w kształcie krzyża – podkreślił Morozov. – Religia nie ma dla mnie znaczenia.

– Religia…  A Bóg?

– Za dużo w życiu widziałem, żeby się modlić do Boga, który na to wszystko pozwala.

– Nie boisz się potępienia?

– Czy po śmierci może mnie spotkać coś gorszego niż na ziemi?

– Wieczny ogień!

– Doznałem już ognia. Andaluzyjczyku, martw się o siebie. Dobranoc.

Zamknął za sobą drzwi, jakby odcinając się tym gestem od zagadnień teologicznych, więc Álvaro westchnął, usiadł przy biurku i jak co wieczór zaczął przeglądać rejestry gospodarskie. Długie szeregi cyfr zamącił mu jednak  natłok burzliwych myśli.

„Więc mam dziadka i wujów, którzy chcieliby mnie przyjąć. Mógłbym przetrwać u nich okres wygnania, tylko czy dobrze bym się czuł wśród wyznawców Mahometa? Może gdyby Valentin zgodził się zostać ze mną… ale przecież będzie chciał kiedyś wrócić do Francji”.

 

***

 

Obudziło go dotknięcie w ramię. Wciąż siedział przy biurku z głową opartą o blat, a nad nim stał Valentin.

– Już po wschodzie słońca! Połóż się teraz na godzinkę, ja dopilnuję, żeby Paul porządnie zapakował obraz.

– Muszę skończyć obliczenia.

– Daj je komuś innemu – zlekceważył Morozov.

– Więc może ty mnie zastąpisz? Osiemnaście dodać pięćdziesiąt siedem?

Morozov zawahał się, wreszcie odpowiedział niezbyt pewnym głosem:

– Siedemdziesiąt dwa. 

– Ty zupełnie nie umiesz liczyć! – oburzył się Álvaro. Morozova wcale to nie zawstydziło.

– Kiedy miałem się nauczyć i w jakim celu? Co bym liczył, pieniądze, których nigdy nie miałem?

– Nie próbuj mnie wzruszyć trudnym dzieciństwem. Zarządzanie lasami na pewno wymaga prowadzenia rachunków. Jeżeli wychodzi ci to tak jak teraz, współczuję twojemu przełożonemu.

– Andaluzyjczyku, ja pamiętam każde drzewo w lesie. A jeżeli koniecznie trzeba coś policzyć, robią to za mnie inni.

– Chyba że tak. Ale w sprawach finansowych najlepiej polegać na sobie.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli