Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XVI

Od tej pory dni toczyły się mniej więcej jednakowo: do południa Álvaro pozował w pracowni, po obiedzie oddawał się sjeście i lekturze, bowiem pozwolono mu na trzymanie w celi książek, wieczorami niekiedy odwiedzał go Valentin, jeżeli akurat nie przebywał poza zamkiem, co zdarzało mu się dość często. Noce wypełniała Luisa.

Gdy minął okres pierwszych uniesień, kochankowie zaczęli poświęcać więcej czasu na rozmowę. Álvaro próbował dowiedzieć się czegoś o Valentinie, który nie przestawał go intrygować, jednakże Luisa nie miała zbyt wielu informacji.

– Przecież znacie się jeszcze z Francji? – zdziwił się jej niewiedzy Álvaro.

– Tak, ale on nie lubi mówić o sobie.

– Jakiej jest nacji?

Luisa z namysłem zmarszczyła cienkie brwi.

– Właściwie nie wiem. Moja przyjaciółka Corinne poznała go w Niderlandach.

Uśmiechnęła się figlarnie.

– Też była jego kochanką.

– W Niderlandach?

– Nie, we Francji, gdzie spotkali się po kilku latach. Na balu w Paryżu. Ale Valentin nie jest Niderlandczykiem.

– Więc skąd przybył?

– Z Niemiec. Gdy Corinne zobaczyła go po raz pierwszy, rozmawiali właśnie po niemiecku, przez tłumacza. Dopiero potem nauczył się francuskiego. A hiszpańskiego uczył się ode mnie. On jest księciem, wiesz? 

Álvaro pomyślał, że to oczywiste, skoro urodził się jako syn Sergia de Las Sierras. Luisa ciągnęła:

– Nie używa tego tytułu, chyba że czasami. I nie ma „de” przed nazwiskiem.

– Właśnie: jak on ma na nazwisko?

– Nie słyszałeś? – zdziwiła się. – Morozov. We Francji wszyscy nazywają go łowczym z Clairière, choć oficjalnie jest tylko zastępcą głównego łowczego. Ale to on prowadzi polowania i rządzi w lasach. Żebyś wiedział, jakie tam są piękne lasy! Musisz do nas przyjechać, najlepiej razem z Valentinem.

Leniwie przewróciła się na brzuch, co w wąskim łóżku oznaczało, że prawie leżała teraz na Álvarze, więc objął dłońmi jej biodra i odpowiedział andaluzyjskim przysłowiem:

– „Jeszcze nie w tym roku kupisz konia i obroku”. Nie wiem, czy w ogóle kiedyś stąd wyjdę.

– Bądź dobrej myśli. Niektórzy członkowie trybunału są do ciebie nastawieni przychylnie…

– Zwłaszcza brat Francisco – wtrącił ironicznie Álvaro.

– Który to? Ten łysy? On nienawidzi Maurów i chyba ktoś umyślnie przydzielił go do twojej sprawy, jeśli to prawda, że miałeś matkę Mauretankę.

– Tak.

– To dlatego masz takie piękne oczy. Uwielbiam twoje oczy. I twoje usta. I całe ciało.

Na tych słowach Luisy zakończyła się rozmowa, choć spotkanie trwało prawie do świtu.

 

***

 

Jako że przesłuchania całkowicie ustały, Álvaro był zaskoczony, gdy pewnego popołudnia kazano mu wyjść z celi. Ponieważ strażnicy ruszyli z nim przez wewnętrzny dziedziniec w kierunku bramy wjazdowej, przez moment poczuł obawę, czy aby nie czeka go egzekucja. Musiało to się uwidocznić w wyrazie jego twarzy, bo strażnik pochodzący z Sewilli mrugnął uspokajająco. Więzień pomyślał z biciem serca:

„Idziemy na dziedziniec przylegający do głównej bramy, więc może do zamku przyjechała Sibilla?”

Na rozległym, zalanym słońcem placu stała grupa ludzi, lecz nie było wśród nich żadnej kobiety. Dopiero po chwili Álvaro dostrzegł znajomą postać.

– Don Simplicio!

Nauczyciel szermierki odpowiedział uśmiechem.

– Witam, don Álvaro! Nie przypuszczałem, że zobaczymy się w takich okolicznościach, ale rad jestem ze spotkania. Wiesz, po co tu przyjechałem?

Stojący obok chudzielec w luźnym kaftanie, którego Álvaro pamiętał zza sędziowskiego stołu, chrząknął karcąco i ogłosił:

– Zgromadziliśmy się na tym placu jako świadkowie pokazu szermierczego, który zaraz nastąpi. Naszym zadaniem jest wspólnie ocenić, czy podsądny istotnie był w stanie zabić księcia de Las Sierras w pojedynku, jak utrzymuje z pożałowania godnym uporem, nie zaś przy pomocy podstępu. Don Simplicio, jeszcze raz przypominam o obowiązku zachowania bezstronności. Nie ma mowy o żadnym wspomaganiu przez pamięć na niegdysiejszą znajomość.

Fechtmistrz w skupieniu przytaknął głową, lecz obecny przy tym kasztelan wtrącił bezceremonialnie:

– Po co te uwagi, przecież poznalibyśmy się na takich sztuczkach! Zresztą który nauczyciel chciałby okazać się gorszy od ucznia? Niech zaczynają, szkoda czasu. Dajcie mu jakąś broń.

– Wtedy walczyłem swoją szablą – nieśmiało przypomniał Álvaro.

– A teraz masz wziąć to, co ci dają – chudzielec wskazał wzrokiem trzymany przez jednego ze strażników ciężki bojowy rapier.

– Chwileczkę – przerwał Genadio. – Sami mówiliście o bezstronności. Dlaczego chcecie dać chłopakowi gorszą broń?

Chudy wzruszył ramionami i nic nie powiedział. Wyręczył go don Francisco:

– Jak to gorszą? Dlaczego gorszą? Ma mieć to samo, co don Simplicio!

Kasztelan stracił cierpliwość.

– Nie chodzi o równe szanse. Chodzi o odtworzenie tamtego pojedynku!

– Macie trochę słuszności, don Genadio – nieoczekiwanie uległ chudzielec. – Poślijcie do depozytu po szablę.

Następnie skierował do Álvara wymagane formalnościami pytanie:

– Dobrze się czujesz? Możesz walczyć? 

Więzień z zapałem przytaknął, rad, że będzie miał do czynienia z bronią i być może zdoła udowodnić swoją niewinność. Nim przyniesiono szablę, rozejrzał się po dziedzińcu, który pamiętał tylko z dnia przybycia do Jaén, gdyż nigdy potem nie miał okazji go zobaczyć. Plac był w miarę równy, z dwóch stron otoczony wysokim krużgankiem (ta jego część pogrążona była w cieniu), z pozostałych dwóch blankowanym murem, wzdłuż którego biegły niskie, długie zabudowania, zapewne stajnie i kordegardy. Poza grupą, która otaczała Álvara, nigdzie nie było widać ludzi, natomiast wśród członków trybunału nie dostrzegł ani don Torcuata, ani siwobrodego przewodniczącego.

Powracający strażnik przekazał kasztelanowi broń, a gdy ten wyciągnął ją z pochwy, świadkowie wydali zbiorowy jęk podziwu.

– Perska szabla! Jaka piękna, prawdziwy szamszir! Pozwólcie ją najpierw obejrzeć!

Kasztelan zawahał się, bąknąwszy coś o przepisach, lecz ktoś z grupy ponaglił go całkowicie nieformalnym tonem:

– Nie bądź służbistą, Genadio, sam nie mogłeś się dość naoglądać, to i nam nie żałuj tej przyjemności.

Mężczyzna groźnie zmarszczył czoło, jednakże wręczył szablę stojącemu najbliżej niego szlachcicowi w brązowym ubraniu. Nastąpiła klasyczna seria głośnych okrzyków i zachwytów, jedynie don Francisco na widok arabskich liter na głowni wycedził:

– Oto materiał do oddzielnego procesu!…

Gdy Álvaro poczuł znajomy dotyk diamentów, którymi wysadzona była rękojeść, doznał wrażenia zbliżającej się wolności, choć tuż obok stanęli strażnicy z dobytymi rapierami. El Rayo uśmiechem dodał mu odwagi i rozpoczęła się walka.

Chłopakowi już od pierwszych chwil wydawało się, że nauczyciel jednak daje mu fory. Owo uczucie narastało z każdym kolejnym złożeniem, aż przeszło w pewność.

„Jestem po prostu lepszy niż wtedy, kiedy biliśmy się po raz ostatni”.

Nie był oczywiście lepszy od Vazqueza, fechtmistrz nadal górował nad nim techniką, ale w razie przeciągającej się walki – podobnie jak podczas pojedynku z księciem – mogłaby wziąć górę wytrzymałość Álvara. Bez większego wysiłku bronił się przed nacierającym nauczycielem, wyczekując na moment jego nieuwagi lub słabości. Jak było do przewidzenia, Vazquez wreszcie się zmęczył i sam musiał podjąć obronę, lecz do zwycięstwa było jeszcze daleko.

Zmęczyli się jednak i widzowie.

– Wystarczy! – zawołał chudzielec. – Podsądny jest bez szans! Zatem tamtego pojedynku również nie mógł wygrać.

– Tamta walka nie była pokazem szermierki – zauważył mężczyzna w brązowym ubraniu. – Walczono o życie.

– Dzisiaj podsądny też walczył o życie – przypomniał posępnie chudzielec i zwrócił się do pozostałych widzów:

– Jak oceniamy pojedynek?

– Pokaz szermierczy nie jest tym samym, co walka na śmierć i życie – nie ustępował brązowy szlachcic. – Chociażby dlatego, że nie wolno ugodzić przeciwnika. A poza tym… Ile macie lat, don Simplicio? – zapytał Vazqueza, który zorientowawszy się, o co chodzi, odpowiedział natychmiast:

– Czterdzieści jeden.

– A ile miał książę?

Ponieważ nikt tego nie wiedział, zapadła cisza. Wtedy skądś z góry odezwał się śpiewny głos:

– Pięćdziesiąt trzy. 

Wszyscy unieśli głowy, by spojrzeć w tamtą stronę. Na krużganku pierwszego piętra stał Morozov, najwyraźniej obserwujący wszystko od samego początku. Kasztelan lekko poczerwieniał.

  – Don Valentin, kto was tu prosił? Wydałem polecenie, żeby na dziedzińcu nie było nikogo poza uczestnikami procesu.

– Toteż nie stoję na dziedzińcu. Powtarzam: książę miał pięćdziesiąt trzy lata. 

– Może byście wobec tego zeszli do nas jako świadek.

– Służę waszmościom.

Zamiast skierować się w stronę schodów, błyskawicznie przerzucił nogi przez balustradę i miękko jak kot wylądował na płytach dziedzińca. Szlachcic w brązowym ubraniu kontynuował swą wypowiedź, zadowolony z uzyskanego argumentu:

– To już nam daje poważną różnicę wieku, panowie. Jak długo może starszy mężczyzna walczyć z przeciwnikiem młodszym o ponad trzydzieści lat? Zresztą don Valentin także zademonstrował nam przed chwilą, co potrafi młodość.

– Czy mógłbym zabrać głos? – zapytał nieoczekiwanie Vazquez.

– Słuchamy.

– Otóż zdarzyło mi się widzieć w Grenadzie księcia de Las Sierras i ponieważ z racji swojej profesji interesuję się takimi szczegółami, zapamiętałem, że miał przy boku szablę. Nie rapier. Jeżeli użył jej w pojedynku…

Pytająco zwrócił głowę w kierunku Álvara, który potwierdził:

– Tak jest. Jego szabla była nawet podobna do mojej. 

– Może to przemawiać za pewnym wyrównaniem szans na korzyść don Álvara. Ponieważ walka szablą różni się w wielu aspektach od szermierki na szpady czy rapiery, zazwyczaj po stronie księcia była przewaga płynąca z doskonałego posługiwania się nietypową bronią. Czy panowie mnie rozumieją?

– Nie dość, że świetnie walczył, to jeszcze miał lepszą broń, tak? – sprecyzował Genadio, lecz fechtmistrz potrząsnął głową.

– Niezupełnie to miałem na myśli. Chodziło mi raczej o pewien element zaskoczenia, jaki wprowadzało użycie szabli, z którą nie każdy wcześniej się zetknął. Oczywiście było to w pełni dopuszczalne, zezwala się wszak na stosowanie różnych rodzajów broni, niemniej przeciwnicy księcia musieli odczuwać pewną niedogodność. 

– Przecież tak samo dotyczyła ona księcia – zauważył chudzielec – skoro też miał przed sobą kogoś z inną bronią, niż jego własna.

– Zdarzało mu się to jednak o wiele częściej i z pewnością umiał wykorzystać słabe strony broni przeciwnika. Natomiast podczas walki z don Álvarem obydwaj używali tej samej techniki, że się tak w uproszczeniu wyrażę, a szabla don Álvara była bez wątpienia znacznie lepsza. Jej klasę widać przecież na pierwszy rzut oka.  

Obecni odruchowo obejrzeli się na Álvara, który wciąż jeszcze stał z szamszirem w ręku, więc don Francisco wykrzyknął z oburzeniem:

– Co to ma znaczyć? Dlaczego nie oddajesz broni?!

Więzień bez słowa skierował rękojeść w stronę pierwszego z brzegu strażnika, zaś kasztelan strzelił palcami:

– Z powrotem do depozytu! I to natychmiast! Nie wyobrażacie sobie nawet, panowie, jaka ta broń jest cenna. Bajeczne ostrze, oprawa godna kalifa…

Łysy dominikanin ujawnił odmienną opinię.

– Pogańskie żelastwo z bluźnierczą inskrypcją!

– Skąd wiecie, że z bluźnierczą? Wasza wielebność umiecie po arabsku? – zapytał ironicznie brązowy szlachcic. 

– O to lepiej zapytajcie podsądnego – odparował don Francisco. Álvaro skłamał bez namysłu: 

– Nie wiem, co oznaczają te napisy.

Zakonnik nie dawał za wygraną.

– Tym gorzej! Tym gorzej! Z pewnością są tam najstraszliwsze bluźnierstwa. Powinno się karać za samo noszenie takiej broni.

– Być może, wielebny bracie Francisco – uciął chudzielec – lecz akt oskarżenia nie uwzględnia przestępstwa tego rodzaju i musielibyśmy przekazywać postępowanie waszej instytucji.

„Czyli trafnie się domyślałem: sądzi mnie trybunał świecki. Wobec tego dlaczego co i rusz wtrąca się dominikanin? Przecież nie znalazł się tutaj dla towarzystwa?”, pomyślał więzień.

Oczywiście nie mógł wiedzieć, że podyktowane w dużej mierze osobistymi emocjami zainteresowanie don Torcuata sprawą Białego Zamku spowodowało, iż obaj  zakonnicy obserwowali przebieg śledztwa. Oficjalnym do tego powodem były mauretańskie powiązania rodu Álvarezów.

– Tedy co? – zapytał milczący dotąd niski, siwy mężczyzna w mocno zaawansowanym wieku. – Kończymy na dzisiaj?

Don Genadio rozprostował ramiona, aż zatrzeszczały mu kości i choć pytanie skierowane było do chudego, który tego dnia zastępował przewodniczącego trybunału, mruknął:

– Nie będę ukrywał przed waszmością, że najchętniej skończyłbym na dobre.

– Ja też! – przytaknął natychmiast dominikanin, a fanatyczny wyraz jego szczurzej twarzy nie dopuszczał wątpliwości, jaki koniec ma na myśli. Chudzielec, udając, że nie dosłyszał tych nazbyt prywatnych uwag, zarządził przejście do sali sądowej.

– Tam naradzimy się co do dalszego przebiegu postępowania. A waszym miłościom dziękuję za dotychczasowy współudział.

Było to skierowane do Morozova i Vazqueza, którzy jednocześnie się skłonili, pozostając wszelako na miejscu. Członkowie trybunału również nie ruszyli się z dziedzińca, a siwy szlachcic, który jako pierwszy zaproponował przerwanie pracy, powiedział ku ogólnej aprobacie:

– Pozwolę sobie zauważyć, że równie dobrze możemy naradzić się tutaj.

– Przecież procedura…

Álvaro nie był pewien, czy to, co wtrącił w tym momencie don Genadio, rzeczywiście brzmiało: „Do dupy z procedurą”, lecz jego domysł potwierdziło karcące spojrzenie chudego. Mimo to trybunał rozpoczął obrady na miejscu.

– Zarządzam głosowanie – oznajmił chudzielec. – Kto jest za uwolnieniem podsądnego od zarzutu zamordowania księcia Sergia de Las Sierras?

Podniosły się prawie wszystkie ręce. Don Francisco nie brał w tym udziału, ostentacyjnie odstąpiwszy o parę kroków, natomiast brązowo odziany szlachcic wysunął wniosek, by nie przypisywać Álvarowi winy za podwójne zabójstwo. Dominikanin natychmiast porzucił swą neutralność.

– Od razu podwójne? – zapiał z irytacją. – Sprawę księżnej należy rozważyć osobno!

– Jedno wynika niejako z drugiego. Książę z własnej i nieprzymuszonej woli zgodziwszy się na pojedynek, wyraził tym samym przyzwolenie…

– Z nieprzymuszonej woli?! – oburzył się siwy szlachcic. – Nie miał żadnego wyboru w obliczu zbrojnego najazdu! 

– Zawarta została swego rodzaju umowa, która dopuszczała możliwość zemsty podsądnego na rodzinie księcia w razie jego przegranej – bronił swojego zdania brązowy.

– Umowa zawarta pod przymusem nie ma żadnego znaczenia. 

– Dosyć, panowie – przerwał chudzielec. – Tę kwestię rozważymy później. A teraz zgodnie z wynikiem głosowania ogłaszam obecnego tu Álvara Álvareza wolnym od zarzutu morderstwa na osobie księcia Sergia de Las Sierras.

Skinął na straż, aby odprowadziła więźnia do celi, lecz wówczas nieoczekiwanie odezwał się Vazquez.

– Wasza miłość, czy zezwolicie, bym przedstawił wam pewną prośbę?

– Słucham.

– Jestem wprawdzie tylko nauczycielem fechtunku, ale pragnąłbym wstawić się za moim uczniem. Czy istniałaby możliwość zwolnienia go z więzienia? Gotów jestem poręczyć za niego słowem szlacheckim.

– Jeżeli słowo cudzoziemca ma jakąś wartość, przyłączam się do prośby don Simplicia – oświadczył natychmiast Valentin. 

– W tym wypadku nie możecie tego uczynić – powstrzymał go kasztelan – ale chętnie was zastąpię. Czy sądowi wystarczy dwóch poręczycieli?

Chudzielec nie był zachwycony. 

– Nie widzę żadnego powodu, dla którego wy, don Genadio, mielibyście wstawiać się za podsądnym. Natomiast don Valentin powinien przebywać w swojej pracowni, a tymczasem pełno go w całym zamku. Już miałem wam na to zwracać uwagę. Nie wiem, jaka jest przyczyna waszej komitywy…

– Doña Luisa – wyjaśnił cichuteńki szept płynący jak gdyby od strony siwego szlachcica. Valentin nawet nie mrugnął, zaczerwienił się natomiast Álvaro. Don Genadio skrył uśmiech pod wąsem i ponaglił chudego:

– Więc jak będzie? Udzielicie zgody?

– Skoro nikt z członków trybunału nie wyraża sprzeciwu, myślę, że za poręką waszych miłości i na odpowiedzialność komendanta można podsądnego uwolnić od konieczności przebywania w celi. Jednakże utrzymuję w mocy zakaz opuszczania zamku. Ale to już kategorycznie.

Ostrym tonem pouczył Álvara:

– Nie wolno ci wyjść poza obręb murów. Za to po zamku możesz poruszać się swobodnie. I rzecz jasna musisz być w każdej chwili do naszej dyspozycji. To wszystko, dziękuję waszym miłościom.

 

***

 

Pierwszą rzeczą, którą Álvaro zrobił po uzyskaniu częściowej swobody poczynań, była wizyta w stajni. Radośnie powitał stęsknionego Alada, który już od progu wyciągał ku niemu łeb z niecierpliwym parskaniem, a potem obejrzał wierzchowca Valentina, wyjątkowo pięknego kasztana o rzadko spotykanym złotym odcieniu sierści.

– Dostałem go od grupy królewskich dworzan w podziękowaniu za polowanie, które dla nich urządziłem. Bawili się ponoć tak dobrze jak nigdy w życiu. Chcesz zobaczyć, jak jeżdżę?

Z kąta natychmiast wyprysnęli dwaj chłopcy stajenni.

– Osiodłać konia, wasza miłość?

– Siodłać obydwa – rozkazał Morozov. Chłopcy spełnili polecenie z godnym podziwu pośpiechem, po czym w pozycji widzów ustawili się na skraju dziedzińca. Ze stajni wybiegł stary masztalerz.

– A wy co?! – wrzasnął. – Mało macie roboty?

Groźnie potrząsnął złożonym na pół rzemieniem od uprzęży, lecz ujrzawszy, co zaraz nastąpi, dołączył do pachołków. Niebawem widownia powiększyła się o cały personel stajen oraz kilkunastu mężczyzn z zamkowej gwardii. 

Álvaro mógł wreszcie zobaczyć, na czym polega ów sławny Valentinowy sposób dosiadania konia: cudzoziemiec skoczył na siodło jednym rzutem ciała, bez wspomagania się strzemieniem, bez chwytania grzywy lub łęku. Dla większego efektu nie używał także wodzów, puszczonych luzem; oparłszy ręce o biodra jeździł z naturalną swobodą i tą samą gracją, która cechowała każdy jego ruch. Munsztuk i ostrogi nie były mu potrzebne nawet na rozhukanego Alada, którego jednak, w przeciwieństwie do własnego kasztana, niekiedy uspokajająco klepał po szyi. Obydwa konie pod jego komendą kolejno wykonywały zachwycające ewolucje: posłusznie zmieniały chody, obracały się w miejscu, na rozkaz natychmiast stawały jak wryte, płynnie stąpały bokiem oraz przyjmowały imponującą pozycję na tylnych nogach, z wysoko w górę uniesionymi przednimi kopytami. Była to postawa obronna, zwana lewadą, bardzo pożądana w bitwie, bo gdy wróg zamierzał się na jeźdźca, koń zasłaniał go własnym ciałem. Kasztan Valentina potrafił przejść w ten sposób nawet kilkanaście kroków, z jeźdźcem przytulonym do grzbietu tak ciasno, że stawał się niemal niewidoczny, Aladowi brakowało cierpliwości, więc już po pierwszym stąpnięciu ciężko opadał na wszystkie cztery kopyta1. Opanował za to cenną umiejętność reagowania na ruchy nóg jeźdźca, która podczas walki, gdy należało mieć obie ręce wolne, mogła przesądzić o życiu lub śmierci. Morozov tłumaczył:

– Koniem zawsze należy powodować nogami. Jeżeli jest zżyty ze swoim panem, rozumie każdy jego ruch w siodle. Mój kasztan czuje, czy naciskam kolanem, czy stopą i wie, czego od niego chcę. Ostróg nie używam nigdy.

Álvaro spojrzał w dół, na lekkie, pozbawione obcasów i z miękką obcisłą cholewką buty Valentina.

– Nawet nie nosisz prawdziwego jeździeckiego obuwia.

– Bo nie lubię robić hałasu. Ty chodzisz cicho, ale i tak brzęczy to całe żelastwo, które masz na sobie: klamry, ostrogi i co tam jeszcze, więc słychać cię z daleka. A o innych szkoda nawet mówić.

Stary masztalerz wtrącił z szacunkiem:

– Wy, wasza wielmożność, poruszacie się jak duch, prawie każdy na zamku kiedyś się was przestraszył. Ja sam któregoś wieczora…

W tym momencie nadeszli Vazquez i don Genadio. 

– Chciałem się z tobą pożegnać, don Álvaro – powiedział szermierz – bo dzisiaj wyjeżdżam. Nie przyniosłeś mi wstydu i z czystym sumieniem mogłem świadczyć w twojej sprawie. Jesteś lepszy niż byłeś, musisz tylko…

– … pilnować pracy nóg – dokończył ze śmiechem chłopak.

– O, widzę, że nie zapomniałeś moich wskazówek! Czy twój towarzysz bije się równie dobrze?

– Don Valentin jest artystą – odpowiedział za cudzoziemca kasztelan – więc nie możemy od niego tyle wymagać.

– Śpiewak? Poeta?  

– Malarz – wyjaśnił chłodno Valentin. Jego wymiana spojrzeń z Vazquezem była pozornie taka sama, jak podczas pierwszego spotkania z Álvarem, jednakże zaistniała w tym jakaś inna relacja, gdyż na twarzy fechtmistrza stopniowo pojawiał się wyraz zafascynowania pomieszanego z obawą. Genadio zaproponował życzliwie, aby nauczyciel „pogadał sobie z młodymi” i przenocował na zamku.

– Powiem ochmistrzowi, żeby przygotował gościnny pokój, bo przecież wy, don Álvaro, nie wrócicie już do celi.

– Wszystko mi jedno, gdzie będę spał, byleby nie zamykano mnie na klucz.

– Tymczasem może przejdziemy do mojej pracowni – powiedział Valentin.

 

***

 

W okrągłej komnacie na szczycie wieży prowadzili przez jakiś czas grzecznościową rozmowę, aż wreszcie El Rayo ujawnił swoje pragnienie:

– A może byście zmierzyli się ze mną, don Valentin? Na taką broń, jaka wam odpowiada? 

– Skąd wiecie, że w ogóle umiem walczyć? 

Zaczepny ton cudzoziemca w zasadzie przeczył tym słowom, lecz Vazquez odpowiedział z przekonaniem:

– Wystarczyło mi jedno spojrzenie na was.

– Ja nie posługuję się dobrze rapierem.

El Rayo nie dawał za wygraną.

– A nożem?

– A nożem umiem się posługiwać.

– Więc?

Zamiast odpowiedzi w dłoni Valentina pojawił się niewielki sztylet. Fechtmistrz wyciągnął swój składany nóż i wyraził troskę:

– Wasz puginał jest dużo krótszy. Będzie wam trudniej mnie dosięgnąć.

– Za to jako wyższy od was powinienem mieć dłuższe ręce. Zresztą nie boję się waszej navaji.

– O, poznaliście się na mojej broni, chociaż jesteście cudzoziemcem?

Navaja już dawno dotarła za Pireneje. To dobry nóż, ale nawet przy dużej wprawie traci się czas na rozkładanie.

Álvaro wtrącił ze znajomością rzeczy:

– Składanie jest jeszcze gorsze. Trzeba dobrze uważać, żeby nie stracić palców, szczególnie przy tych dłuższych klingach2.

– Długą navają można się za to bronić nawet przed człowiekiem uzbrojonym w rapier – podkreślił El Rayo – a jest od rapiera o wiele ostrzejsza.

– Mam nadzieję, że nie zrobicie sobie nawzajem krzywdy w tym pozorowanym pojedynku – zaniepokoił się Álvaro. 

– To będzie walka mistrzów! – zapewnił go Vazquez. Valentin błysnął zębami w uśmiechu i klingą w ataku, a że obrona była natychmiastowa, w komnacie się zakotłowało. Obydwaj walczący poruszali się tak szybko, że trudno było uchwycić jakikolwiek ich gest, lecz nie było mowy o tym, aby jeden zranił drugiego, ponieważ każdy błyskawiczny cios napotykał na równie błyskawiczny unik lub zastawę. Ostrza ze szczękiem uderzały o siebie, z podłogi podnosił się kurz, słychać było tupanie butów i głośny oddech Vazqueza. 

Walka jak nagle się zaczęła, tak nagle się skończyła: cudzoziemiec trzymał szermierza w uścisku, przykładając mu sztylet do gardła.

– To była finta, don Simplicio – wyjaśnił swobodnie, zupełnie nie zdyszany, jakby kończył towarzyską rozmowę. Zwolniony z uchwytu fechtmistrz schował nóż i zabrał się za poprawianie odzieży, co było sposobem na pokrycie zmieszania.

A może zamaskowaniem prawdziwych intencji? Bo gdy Valentin – już bez sztyletu, choć nikt nie zauważył, kiedy go schował – z niedbałym wdziękiem oparł się o parapet, szermierz błyskawicznie skierował ostrze w jego pierś.

I głośno jęknął. Navaja frunęła łukiem, lądując pośrodku komnaty, Morozov zaś puścił wykręconą uprzednio rękę fechtmistrza. Tym razem El Rayo wydawał się całkowicie zgnębiony.

– Macie niesamowity refleks, don Valentin. Pierwszy raz widzę coś takiego.

– Przede wszystkim nie ufam przeciwnikowi.

– I słusznie, ale nie przypuszczałem, że zdążycie odeprzeć mój atak. W końcu do powolnych nie należę. Gdzie wyście się tego wszystkiego nauczyli? Chyba nie z podręcznika?

– Z życia, don Simplicio.

– Macie niebywały talent.

– Dziękuję.

– Jeżeli na rapiery jesteście równie dobrzy, sam chętnie wziąłbym u was kilka lekcji.

– Już powiedziałem, że nie jestem – przerwał Morozov tonem zniechęcającym do dalszych uwag. El Rayo nieznacznie się uśmiechnął, ale ciekawość w jego oczach znów ustąpiła miejsca obawie.

 

***

 

Ledwie znalazł się sam na sam z Álvarem w sypialni przeznaczonej dla gości, wybuchnął:

– Kim jest ten cudzoziemiec? Bo że nie malarzem, to pewne. To człowiek śmiertelnie niebezpieczny!

– Dlaczego? Dlatego, że dobrze się bije?

– Don Álvaro, nauczyciel nie zawsze może wybierać sobie uczniów. Widziałem i szkoliłem w życiu niejednego mordercę i głowę dam, że on jest jednym z nich.

– Nie powinniście tak myśleć.

– Wierzcie mi, takich ludzi poznaję od razu. Wystarczy spojrzeć na ruchy, na chód…  przecież jego kroków nikt nie usłyszy. I ta niewiarygodna szybkość!

– To nie powód do nazywania kogoś mordercą – bronił Valentina Álvaro. Vazquez stracił panowanie nad sobą.

– A ja go nazwę płatnym mordercą. Najemnikiem! I chciałbym tylko wiedzieć, dla kogo pracuje.

Na drugi dzień, już po wyjeździe fechtmistrza, Álvaro zastanawiał się nad jego podejrzeniami, by dojść wreszcie do wniosku, że najlepiej o to zapytać samego Morozova. Nie był pewien, czy starczy mu śmiałości, niemniej postanowił złożyć cudzoziemcowi wizytę. Wybrał porę sjesty, gdyż wtedy najłatwiej było zastać go w pracowni.

Istotnie go zastał, ale nie samego; już od progu ujrzał Luisę.

Miała rozburzone włosy, a na sobie jedynie lekką domową suknię. Z alkowy wyłonił się równie rozczochrany Valentin w rozpiętym kaftanie. Álvaro uznał za stosowne usprawiedliwić swoje najście, lecz Luisa przerwała mu wpół słowa:

– Dobrze, że przyszedłeś. Chciałam odwiedzić cię w twojej nowej komnacie, ale tutaj jest zaciszniej. Ponieważ Valentin musi wyjechać, z radością przyjmę twoje towarzystwo.

– Dokąd wyjeżdżasz? – zainteresował się Álvaro.

– Zaproszono mnie na polowanie – odrzekł Morozov. Jakby na potwierdzenie jego słów w drzwiach stanął kilkunastoletni chłopiec o bystrym spojrzeniu, który powiedział coś po francusku.

– Już przyjechali? – zdziwił się Valentin. – Mieli być później. 

Szybko zapiął kaftan, a gdy wkładał buty, Luisa czesała mu włosy własnym grzebieniem. Młody Francuz zakręcił się po komnacie, by spakować kilka drobiazgów do skórzanej myśliwskiej torby, na koniec zabrał lekką, pięknie zdobioną kuszę i kołczan pełen bełtów. Luisa głośno westchnęła i rzuciła półżartem w stronę Álvara:

– Zawsze przegrywam z polowaniem. 

Valentin zapiął srebrną klamrę u pasa, zatknął za niego rękawice, przez ramię przerzucił płaszcz. Sięgając na koniec po nakrycie głowy pocieszył kochankę:

– Przecież nie zostajesz sama. Dokończcie to, co zaczęliśmy. Dobrej zabawy!

I już go nie było. Pachołek skłoniwszy się poszedł jego śladem, Luisa krzyknęła za nimi po francusku coś, co brzmiało jak życzenia pomyślności, potem zamknęła drzwi i przeszła do alkowy widocznej za rozsuniętą kotarą. Usiadłszy na szerokim łożu powiedziała marząco:

– Będziemy mieć więcej miejsca niż w twojej celi.

 Álvaro nie miał wielkiej ochoty kłaść się z nią w pościeli tchnącej jeszcze obecnością Valentina, lecz jak to zwykle bywa, temperament wziął górę i Luisa nie miała powodów, by tęsknić za poprzednim kochankiem. Mimo to Álvaro czuł się dotknięty sposobem, w jaki go potraktowano. 

„Zachował się, jakbym miał obowiązek zastąpić go przy kobiecie!”.

Morozov wrócił dopiero wieczorem następnego dnia, a nie mogąc dostać się do pracowni, którą zastał zamkniętą, poszedł prosto do pokoju Álvara.

– Masz mój klucz?

– Kazałem u ciebie posprzątać, więc klucz jest u służby.

– Mam teraz latać po zamku i pytać, kto zamykał moją pracownię?

– Od tego jest twój pachołek.

– Paula tu nie ma, wysłałem go z listem.

– To śpij na schodach.

– Jesteś nadzwyczaj gościnny. 

– Ty również. Dzielisz się ze mną nawet Luisą.

– A weź ją sobie całą! – wrzasnął wyprowadzony z równowagi cudzoziemiec. – Idziesz po klucz czy nie?

Álvaro postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję.

– Możesz przecież przenocować tutaj – zaproponował pojednawczo. – Pogadalibyśmy sobie.

Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś o Valentinie, który coraz bardziej go zaciekawiał. Był zupełnie inny od znanych mu dotychczas młodych ludzi, zarówno synów znakomitych szlacheckich rodzin, jak i ocierających się o świat przestępczy plebejuszy poznawanych za pośrednictwem Salvadora Gonzalesa. Álvaro czuł, że jego życie kryje wiele niezwykłych wydarzeń.

Poza tym najzwyczajniej w świecie spragniony był towarzystwa. Luisa zaspokajała jego potrzebę fizycznej miłości, ale rozmawiać wolał z mężczyzną.

– Więc jak, zostajesz? – ponowił pytanie.

Zamiast odpowiedzi Morozov cisnął swój płaszcz i rękawice na skrzynię stojącą przy łożu, które wcześniej zajmował Vazquez, po czym oznajmił:

– Przez ciebie nie mogę nawet zmienić koszuli, bo wszystkie zostały na górze.  

– Zajrzyj do skrzyni, tam powinna być świeża bielizna. Udało się wam polowanie?

– Nieszczególnie. Ja bym to lepiej zorganizował, w dodatku za dużo było dyletantów nie mających pojęcia, z której strony trzyma się oszczep. A teraz przyznaj się, o co chciałeś mnie zapytać?

– Skąd wiesz, że chciałem?

– Wyczułem to od razu, gdy zjawiłeś się w pracowni. Teraz mamy czas, mogę ci odpowiedzieć… jeżeli zechcę.

– Więc dobrze – zdecydował się Álvaro. – Powiedz, kim ty naprawdę jesteś?

– Aha, señor Vasquez? Co ci o mnie nagadał?

– Nic nie nagadał, bo nic nie wiedział.

– A co podejrzewał?

– Chyba się domyślasz. 

W blasku jedynej świecy Andaluzyjczyk nie widział dobrze twarzy rozmówcy, lecz dobiegł do niego cichy śmiech, w którym taiło się coś groźnego. Pomyślał: „A jednak don Simplicio zna się na ludziach”, głośno zaś dokończył:

  Zastanawiał się, czy nie jesteś płatnym mordercą.

Przyciśnięty dłonią płomyk nagle zgasł. W ciemności zabrzmiał śpiewny, przyciszony głos Valentina:

– Jeśli naprawdę tego chcesz, mogę ci opowiedzieć swoją historię.

  1. Odnotowany rekord przejścia na dwóch nogach pod jeźdźcem wynosi aż 29 metrów.
  2. Najdłuższe sięgały nawet metra.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli