Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XII

Po wyjeździe lekarza, który tak jak zapowiadał, zabrał ze sobą Sibillę, Álvaro nadspodziewanie szybko powracał do zdrowia. Aby nie tracić kontroli nad gospodarstwem, kazał przynosić sobie rachunkowe księgi i siedząc w łożu skrupulatnie sprawdzał zapisy czynione w czasie jego choroby przez Miguela. Później nastąpiły krótkie wizyty w parterowych izbach weteranów, przechadzki do stajen oraz za bramę, aż wreszcie poczuł się na tyle silny, by dosiąść konia. Wprawdzie Alado, chyba wyczuwszy słabość swego pana, nieco boczył się i prychał, lecz pozwolił na spokojny spacer do wodospadu i z powrotem. 

W następnym tygodniu Álvaro wybrał się na mszę do Araceny, zaś w kolejną niedzielę – do katedry w Grenadzie. Gdy później wielokrotnie zastanawiał się, czy nie był to błąd, za każdym razem dochodził do wniosku, że nie dało się go uniknąć.

Chyba że zabarykadowałby się na swoim zamku i spędził tam resztę życia. 

Dawno nie widziana, choć dobrze przecież znana świątynia teraz wydawała się Álvarowi jeszcze większa i bogatsza. Wnętrze jaśniało od blasku świec oraz od światła wpadającego przez okna zwieńczone półkolistymi łukami, a było tak obszerne, że tłumy wiernych zdawały się niknąć przy strzelistych sklepieniach i rozległych nawach. Chłopak przelotnie dostrzegł kilka znajomych twarzy, nie miał jednak czasu na powitania. Rozpoczynało się nabożeństwo. 

„Gdybyśmy przyjechali trochę wcześniej, zdążyłbym z niejednym porozmawiać, ale zrobię to po mszy”, pomyślał, po czym zatopił się w modlitwie. Nie zauważył dyskretnych znaków dawanych mu z daleka przez pewnego szlachcica zaprzyjaźnionego niegdyś z jego ojcem. Mężczyźnie nie wypadało zwracać na siebie uwagi wszystkich zebranych w świątyni, zwłaszcza że nawet ksiądz raz czy dwa karcąco zerknął nań znad mszału, lecz musiał mieć coś ważnego do powiedzenia, bo zaczął desperacko przeciskać się przez tłum. Przypominało to wysiłki pływaka daremnie walczącego z wysoką falą i skończyło się odsunięciem przez napór wiernych podążających do przyjęcia Eucharystii.

Álvaro zrezygnował z komunii, ponieważ wskutek późnego przybycia on i jego towarzysze znajdowali się zbyt daleko od ołtarza; mieli za to blisko do wyjścia, więc na zewnątrz znaleźli się jako jedni z pierwszych. Jakby w nawiązaniu do mających nastąpić wydarzeń wyszli przez tak zwaną Bramę Pokutników, ozdobioną rzeźbami Wiary i Sprawiedliwości. W pobliżu czekały ich konie.

Zanim do nich dotarli, drogę zastąpiła im grupa jeźdźców na mułach. Wszyscy mieli na sobie odznaki Świętej Hermandady – bractwa powołanego niegdyś dla obrony miast i dróg przed rozbójnictwem, a od kilkudziesięciu lat stanowiącego rodzaj policji, głównie drogowej. Santa Hermandad zajmowała się ściganiem przestępców, w błahszych przypadkach także doraźnym ich karaniem, ale dzisiaj wykonywała zadanie bardziej prestiżowe. Mężczyzna sprawiający wrażenie dowódcy grupy zajrzał do trzymanego w dłoni pergaminu i odchrząknął, by zapytać uroczyście:

– Który ze szlachetnych panów nazywa się Álvaro Ángel Alejandro Álvarez de Alvarado?

Álvaro wysunął się naprzód.

– W imieniu prawa aresztujemy waszą miłość pod zarzutem napaści, dwóch zabójstw i porwania panny.

Mężczyźni z Alvarado jednoczesnym ruchem sięgnęli po broń, lecz powstrzymał ich stanowczy gest Miguela. Wokół zaczynał gromadzić się coraz większy tłum ciekawych, jaki będzie finał incydentu, wśród nich ów szlachcic, który daremnie próbował udzielić Álvarowi ostrzeżenia w kościele. Zdania co do winy Álvara były podzielone: wprawdzie powszechnie uważano, że atak na Biały Zamek nastąpił w odwecie za śmierć obojga Bermudezów, lecz znalazło się paru obrońców księżnej Elviry, a los wywiezionej z rodzinnego domu Sibilli budził ogólne współczucie. Dowódca straży nie przejmując się dobiegającymi ze wszystkich stron komentarzami kontynuował swoją misję:

– Wasza miłość, proszę, abyście oddali mi broń i udali się z nami.

– Dokąd? – zapytał Álvaro.

– Przed oblicze wymiaru sprawiedliwości – odpowiedział enigmatycznie dowódca. Álvaro w milczeniu podał mu szablę i sztylet, po czym zaczął żegnać się z towarzyszami, czemu straż nie przeszkadzała, było bowiem bardzo prawdopodobne, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Jako ostatniego uściskał Miguela, który szybkim ruchem wsunął mu w zanadrze swoją sakiewkę, szepcąc:

– Weź, przyda ci się więcej pieniędzy.

Chodziło o panujący w owych czasach nie tylko w Hiszpanii, praktyczny dla rządzących zwyczaj utrzymywania się więźniów z własnych środków, oczywiście na stopie zależnej od ich poziomu materialnego. Następnie podprowadzono Alada i Álvaro zajął wskazane mu przez dowódcę miejsce pomiędzy strażnikami. Po kwadransie oddział wyjeżdżał z miasta.

 

***

 

– Skąd wiedzieliście, czy będę dzisiaj w Grenadzie? – zapytał Álvaro, gdy przeprawiwszy się przez rzekę Darro ruszyli drogą prowadzącą na północ. Dowódca eskorty bez ogródek wyjawił, że czekali na niego już trzecią niedzielę, pewni, iż w końcu powróci do cotygodniowego zwyczaju słuchania mszy w katedrze. 

– Dokąd mnie zabieracie? 

– Do Jaén. Tam odbędzie się proces waszej miłości – odrzekł dowódca. Dalej jechali już w milczeniu. Álvaro domyślał się, że aresztowano go w Grenadzie z uwagi na neutralność terenu – warowne Alvarado mogłoby stawić opór nawet wielokrotnie liczniejszym oddziałom – lecz nie wiedział, dlaczego ma być sądzony w innym mieście. Ponieważ Jaén leżało na granicy między Andaluzją a Kastylią, z której pochodziła księżna Elvira, mogły wchodzić w grę jakieś kwestie administracyjne. W gruncie rzeczy nie miało to żadnego znaczenia: za każdy z trzech postawionych mu zarzutów groziła kara śmierci. Szansa na uniewinnienie była niewielka. 

Nim dotarli do miasta, ujrzeli górujący nad okolicą zamek otoczony pasem murów obronnych, z niebosiężnym donżonem w najbardziej ufortyfikowanej części. Droga do niego wiodła ostro pod górę, stał bowiem na stromej wapiennej skale, z której roztaczał się wspaniały widok na okolicę. 

Stare określenie „srebrne Jaén” doskonale obrazowało bogactwa tej prowincji: kopalnie srebra oraz niezliczone gaje srebrzystych drzew oliwnych, teraz skąpane w miękkiej poświacie słońca zniżającego się za łańcuchy czerwonych wzgórz. Było już niedaleko do zachodu, gdy przejechali przez bramę fortyfikacji i pozsiadali z koni na rozległym dziedzińcu, z dwóch stron otoczonym krużgankami. Álvaro, ledwie rzuciwszy okiem na otoczenie, zaczął gładzić szyję i pysk swojego wierzchowca, świadom, że być może już nigdy go nie dosiądzie. Otoczyła go grupka ludzi, którzy podziwiali wspaniałego rumaka, dopóki jeden ze stajennych nie wyciągnął nieśmiało ręki po wodze. Na widok obcego Alado targnął się nerwowo, przysiadł i stulił uszy, co oznaczało gotowość do gryzienia, więc stary masztalerz zaproponował Álvarowi:

– Gdybyście wasza miłość zechcieli sami zaprowadzić konia do stajni, łatwiej by się oswoił z nowym otoczeniem.

Ogier skwitował to gwałtownymi uderzeniami kopyt o płyty dziedzińca, aż spod podków trysnęły iskry. Álvaro ostrzegł:

– Niech nikt nie próbuje go dosiąść. On każdego zrzuca.

– Czyżby? – rozległ się drwiący głos od strony bramy wiodącej na drugi dziedziniec. – Dobry jeździec z konia nie spadnie!

Wszyscy popatrzyli na wysokiego, trzydziestoparoletniego mężczyznę z ospowatą twarzą, za którym szło kilku zbrojnych.

– To rumak wielkiej krwi, sierżancie Escamez – bąknął któryś ze strażników, lecz wysoki całkowicie to zignorował. Wyzywająco odsunął Álvara i sięgnął po wodze.

– Skoro jeździ na nim ten paniczyk, ja tym bardziej potrafię.

Alado widać nie podzielał tej opinii, gdyż okręcił się gwałtownie i natarł na sierżanta z oczywistym zamiarem stratowania. Pchnięty jego potężną piersią Escamez padł jak długi na ziemię, w panice się po niej turlając, by uciec z zasięgu wściekle bijących kopyt. Álvaro całą siłą powstrzymał ogiera, wokół którego momentalnie utworzył się wolny krąg. Komentarze były jednak pełne sympatii, co musiało zirytować gramolącego się z ziemi sierżanta, gdyż wrzasnął:

– Nie gapić się! Do roboty! Zabrać konia, a paniczem sam się zajmę!

Wraz z podkomendnymi poprowadził Álvara w stronę wewnętrznej bramy, za którą znajdował się kolejny dziedziniec i owa zewsząd widoczna wieża, mieszcząca cele więzienne. Wbrew swemu przypuszczeniu chłopak nie został umieszczony w jakimś podziemnym lochu, lecz w zwykłej parterowej izbie z kamienną posadzką i zakratowanym okienkiem pod sufitem. Jedynym umeblowaniem była wiązka bardzo nieświeżo wyglądającej słomy.

Nie wiadomo, czy z powodu zajścia z sierżantem, czy też wskutek narastającego od wielu godzin napięcia, Álvara na ten widok ogarnęła wściekłość. Z okrzykiem „Zabrać stąd tę mierzwę!” kopnął snopek prosto w twarz Escameza, który miał nieszczęście wejść za nim do pomieszczenia. Buchnął taki tuman kurzu, że obydwaj zaczęli kaszleć, co uniemożliwiło im rzucenie się na siebie z pięściami. Strażnicy, przezornie pozostawszy na zewnątrz, nie kwapili się z interwencją, udając zainteresowanie czym innym, wreszcie któryś ze słyszalną ulgą oznajmił:

– Nadchodzi jego wielebność don Torcuato.

U wejścia do wieży zabielił się dominikański habit. Niewysoki, siwiejący zakonnik o  ostrej ascetycznej twarzy zapytał spokojnie:

– Co tu się dzieje?

Nim strażnicy zdążyli udzielić odpowiedzi, z celi wyłonił się obsypany brudnymi źdźbłami Escamez i wykrzyknął z nienawiścią:

– Infant stawia wymagania! Słoma mu się nie podoba!

Zza jego pleców dobiegł beznamiętny głos Álvara, który tymczasem zdążył się opanować:

– Nie mam wymagań. Mogę spać na posadzce. Ale nie na brudnej ściółce jak dla bydła.

W ciemnych oczach zakonnika przez moment zamigotało coś na kształt rozbawienia. Mimo to powiedział ostrzegawczo:

– Kawalerze, nie zapominaj, że jesteś tu więźniem. A wy na co czekacie? Posprzątać, a potem przynieść jakieś łóżko. Krzesło i stół też możecie wstawić. Ciebie, młody człowieku – znów zwrócił się do Álvara – na chwilę zabieram ze sobą.

Sierżant zrobił się czerwony i coś wybełkotał, nie miał jednak odwagi protestować, więc Álvaro poszedł za dominikaninem do sąsiedniego budynku. Towarzyszyło im wprawdzie dwóch strażników, ale zachowywali ostentacyjny dystans, stanąwszy na koniec jako warta pod drzwiami komnaty, do której duchowny wprowadził więźnia. Pomieszczenie wyglądało na pokój gościnny, gdyż stało w nim łoże, stół i klęcznik, natomiast poza czarnym dominikańskim płaszczem na haku oraz otwartym brewiarzem na stole brakowało przedmiotów o bardziej osobistym charakterze. 

Zakonnik zamknął brewiarz, zaznaczywszy miejsce skórzaną zakładką, usiadł za stołem i poinformował swojego gościa:

– Chcę zamienić z tobą parę słów, zanim spotkamy się na oficjalnym przesłuchaniu. Wiesz, o co jesteś oskarżony?

– Tak, wasza wielebność. 

– Masz coś na swoją obronę?

– Mam, wasza wielebność.

– A wiesz, co ci grozi?

– Tak. Kara śmierci.

– Sąd oczekuje od ciebie szczerego przyznania się do winy.

– Wasza wielebność, nie zamierzam niczego ukrywać.

– To dobrze. Lepiej, żebyś tego nie robił. 

Álvaro oczekiwał dalszych pytań, lecz za drzwiami rozległ się delikatny szmer i gospodarz oświadczył:

– Myślę, że już przygotowano ci celę. Możesz odejść, kawalerze. 

Cela istotnie była już umeblowana. Na porządnie zamiecionej kamiennej podłodze stało zaścielone łóżko, mały stół i prosty wiejski stołek bez oparcia. Álvaro nawet nie zwrócił na to uwagi: chodząc od ściany do ściany analizował przebieg króciutkiej rozmowy z dominikaninem, gdyż napełniła go ona obawą, czy aby nie dostał się w ręce Inkwizycji.

Choć uczynki, których się dopuścił, podlegały jurysdykcji świeckiej, jak każdy w jego kraju nie mógł mieć świadomości, kiedy i z jakiego powodu zainteresuje się nim Święte Oficjum. Wystarczał anonimowy donos, aby obwiniony, nie wiedząc nawet, kto i o co go oskarżył, zniknął w lochach, nierzadko na zawsze; jeżeli zaś ukazał się światu, to często po raz ostatni.

Z okazji auto da fé. 

Álvaro nie mógł nic wiedzieć o rozmowie, która odbyła się w Toledo na długo przed jego aresztowaniem.

 

***

 

Czy to przypadkiem, czy wskutek czyjegoś projektu olbrzymi obraz przedstawiający świętego Dominika wisiał w taki sposób, że ostatnie promienie słońca wpadały przez okno prosto na ogień, który trawił heretyków umieszczonych u stóp świętego. Ruchomy, krwawoczerwony blask nadawał malowanym płomieniom i twarzom skazańców pozory życia, jedynie święty Dominik niewzruszenie trwał na swoim inkwizytorskim fotelu. 

Ale wysoki, przystojny mężczyzna o niebieskich oczach kontrastujących z czarnymi włosami nie zwracał uwagi na malowidło. Bardziej interesowały go szerokie, złocone ramy. Obejrzał je dokładnie, obliczając w myślach ich potencjalną cenę, po czym przeniósł wzrok na inne ściany komnaty.

Nie zdążył dokonać podsumowania wartości wszystkich zgromadzonych tu cennych obiektów, gdyż w drzwiach stanęła pokornie schylona postać w dominikańskim habicie:

– Jego przewielebność don Torcuato czeka.

Przeszli długim, chłodnym korytarzem obwieszonym portretami dobrodziejów zakonu i mnich nacisnął klamkę w kształcie liścia palmy.

– Proszę wejść.

Mężczyzna obciągnął na sobie kaftan, poprawił krezę, powtórzył w myślach kwiecisty tekst, który ułożył sobie na powitanie, po czym zapomniał go natychmiast po przekroczeniu progu. Powiedział więc bez żadnych ozdobników:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Nazywam się Ramiro de Las Sierras. Jestem bliskim krewnym księżniczki Sibilli, uprowadzonej w marcu z rodzinnego domu przez Álvareza de Alvarado i najprawdopodobniej zamordowanej.

– Na wieki wieków amen – odpowiedział inkwizytor. – Słyszałem o tym wydarzeniu, które miało miejsce dwudziestego czwartego marca, w wigilię Święta Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Zatem księżniczka się nie odnalazła?

– Ani żywa, ani umarła. Aczkolwiek świecka sprawiedliwość ma podjąć działania w tej sprawie, ośmieliłem się przyjść do waszej przewielebności z uwagi…

Zająknął się nieco, ale dokończył:

– Z uwagi na… przyjaźń, jaką żywiła dla waszej przewielebności moja ukochana  stryjeczna siostra Elvira de Las Sierras, zamordowana przez Álvareza.

Ascetyczna twarz dominikanina nawet nie drgnęła, lecz w jego myślach pojawił się zamęt.

„Elvira wspominała mu o mnie? Kiedy? W młodości czy w ostatnich latach? Jeżeli ostatnio… to znaczy, że nie zapomniała.

Ale przecież nie mogła zapomnieć.

Jej córka nie żyje?

To może wiedzieć tylko Álvarez”.

Tego też dotyczyła rozmowa. Ramiro de Las Sierras usilnie prosił inkwizytora o dopilnowanie przebiegu śledztwa – lub choćby tylko wsparcie go autorytetem potężnej instytucji, jaką reprezentował – by uniemożliwić Andaluzyjczykowi zatajenie śmierci księżniczki.

– Nie ma ani jednego świadka morderstwa, więc Álvarez i jego protektorzy z pewnością będą próbowali nam wmówić, że Sibilla wyjechała lub zaginęła.

– Może istotnie tak się stało? – zauważył don Torcuato.

– Gdyby nawet jakimś cudem ocalała, z pewnością dałaby o sobie znać, a skoro do tej pory nie wróciła na Biały Zamek…

– Do rodowej siedziby, tak? Czy po śmierci właścicieli zamek stoi pusty?

– Ależ nie. Wprowadziłem się tam, aby dopełnić chrześcijańskiego obowiązku i pochować moją ukochaną stryjeczną siostrę oraz jej małżonka. Później oczekiwałem na powrót Sibilli, lecz obecnie straciłem nadzieję, że kiedykolwiek ujrzę ją żywą.

Choć miał zupełnie suche oczy, demonstracyjnie pociągnął nosem, jakby powstrzymując się od płaczu. Dominikanin zdawał się tego nie dostrzegać, natomiast zapytał:

– Czy podjęliście jakieś poszukiwania księżniczki?

– Wypytywaliśmy o nią w całej okolicy. Ze zrozumiałych względów nie mogliśmy wejść do Czarnego Zamku.

– Gdzie? 

– Do Alvarado, wasza przewielebność. Do siedziby Álvareza, a mówiąc między nami: mauretańskiego gniazda.

– Na jakiej podstawie opieracie owo określenie? – z kamienną twarzą zapytał inkwizytor. Don Ramiro szczerze się zdziwił.

– Przecież to chyba oczywiste? Ród nieczysty od stuleci, matka Álvareza była Mauretanką…

– Chodzi mi o konkrety.

– A, jak o konkrety, to dokładnie nie wiem.

„Jak zwykle”, pomyślał dominikanin, bowiem lata pracy w Świętym Oficjum nauczyły go, że większość donosów dotyczących zaparcia się wiary polegała raczej na domysłach niż na faktach. Mimo że jego współpracownicy stawiali między tymi przesłankami znak równości, pewne cechy charakteru don Torcuata nie pozwalały mu ich naśladować.

W rozmowach między sobą współpracownicy nazywali owe cechy pedanterią i formalizmem, choć naprawdę była to sumienność w wykonywaniu obowiązków i kryształowa uczciwość.

Don Ramiro powrócił do tematu leżącego mu na sercu.

– Zatem, wasza przewielebność, należałoby chyba przyjąć, że doña Sibilla de Las Sierras nie żyje.

– Aby to uczynić, potrzebujemy dowodów. Martwego ciała, zeznań świadków albo przyznania się mordercy.

Don Ramiro nie wiedział, jak oceniany jest rozmówca, lecz w tym momencie nieświadomie zgodził się z jego współpracownikami:

„Co za formalista!”.

Spróbował jeszcze powalczyć.

– Skoro mamy do czynienia z tak przedłużającą się nieobecnością osoby, która powinna być zainteresowana szybkim powrotem…

– Może nie jest zainteresowana – stwierdził zimno inkwizytor. – Należy też wziąć pod uwagę możliwość jej uwięzienia. Jednakże to wszystko poruszone zostanie na śledztwie.

Wyprostował się za stołem w sposób nie pozwalający wątpić, iż audiencja została zakończona.

Zasięgnąwszy później wiadomości o poczynaniach rodziny de Las Sierras don Torcuato zrozumiał, że udowodnienie winy Álvareza byłoby jej bardzo na rękę. Chodziło o prawa do Białego Zamku.

Jako że Santiago de Córdoba, do którego pierwotnie należała posiadłość, zapisał ją wraz z całym majątkiem małżonce, po śmierci doñi Elviry wszystko to automatycznie stało się własnością Sibilli. Dopiero jej bezpotomna śmierć otworzyłaby szanse przed toledańską gałęzią rodu – znanego w całym królestwie ze swojej zachłanności.

Wziąwszy to pod uwagę, inkwizytor uczynił założenie, że skoro nawet osobom żywotnie zainteresowanym nie udało się uzyskać potwierdzenia śmierci księżniczki, tę sprawę może wyjaśnić jedynie domniemany morderca, czyli Álvaro Álvarez. Ponieważ bliski współpracownik don Torcuata, również dominikanin, brat Francisco Lopez y Mayo, gwałtownie domagał się przydzielenia mu kontroli nad procesem, toledański inkwizytor postanowił uczynić z niego neutralnego obserwatora.

Brat Francisco słynął z nienawiści do Maurów i z tego względu wprost palił się do przesłuchiwania Álvareza, twierdząc na temat jego pochodzenia mniej więcej to samo, co już powiedział Ramiro de Las Sierras. Don Torcuato był głęboko przeciwny mieszaniu prywatnych emocji do spraw służbowych i dlatego świadomie zrezygnował z udziału w procesie, nie był jednak w stanie zupełnie się od niego odsunąć. Myślał:

„Jestem to winien Elvirze. Niechaj sprawca jej śmierci poniesie sprawiedliwą karę, ale niech wpierw wyjawi, co stało się z Sibillą. Jeżeli zajdzie taka konieczność, zmusimy go do tego. Francisca nie trzeba będzie instruować”.

 

***

 

Sierżant Escamez stał przy oknie pomieszczenia dla straży i patrząc na podworzec, po którym przeprowadzano konie, myślał o Álvarezie.

Do kroćset, jak go nienawidził!

Od pierwszego wejrzenia.

Ten piękny młodzieniec na wspaniałym rumaku przedstawiał wszystko to, co było jego niedościgłym marzeniem. Wszystko, czego nigdy w życiu nie miał osiągnąć.

Stanowisko zastępcy dowódcy straży w Jaén – oto, co udało mu się zdobyć przez trzydzieści cztery lata życia.

Nie miał majątku, nie miał urody – jego względnie przystojną w młodości twarz zniszczyła ospa – a przede wszystkim pozbawiony był pewności siebie, jaką daje dobre urodzenie i wysoka pozycja społeczna.

„Dlaczego jedni mają wszystko, a inni nic?”, pytał często sam siebie, lecz dopiero na widok Álvara zadawniony żal i zazdrość wybuchnęły w nim z całą siłą.

Przeklęty Andaluzyjczyk.

Do tego posiadł niebiańską istotę, o której on nie śmiałby nawet marzyć, istotę, która ukazała mu się raz w życiu, jadąc obok matki w odkrytym powozie po madryckim Prado. Jej złote włosy migotały w południowym słońcu, a błękit oczu sierżant pamiętał do dziś. Ponieważ wysoki wzrost wyróżniał go wśród przechodniów, przelotnie nań spojrzała, całkowicie burząc jego dotychczasowy spokój ducha. Został wówczas świeżo awansowany na obecne stanowisko i był w przededniu wyjazdu do Jaén; wieczorem wybierał się do oberży na pożegnalną pijatykę z tutejszymi kolegami. Z Cataliną, jedną z dwóch swoich kochanek, żegnał się przez całą noc i bardzo dobrze to wspominał.

Ale Catalina była krzykliwą, zadartonosą posługaczką w przytułku pod wezwaniem świętej Magdaleny, natomiast księżniczka Sibilla z Toledo (wówczas nie wiedział, iż na stałe mieszka w Nevadzie) – niedosiężnym bóstwem. Gdy pomyślał, że znalazł się mężczyzna, który trzymał ją w objęciach, dostawał białej gorączki.

„Będę dowódcą eskorty prowadzącej go na szafot!”, przysiągł sobie w duchu i miał pewność dotrzymania słowa, jego najsilniejszą stroną była bowiem zawziętość.

„A jeżeli Álvareza nie skażą na śmierć?”

„Wtedy sam mu ją zadam, choćbym miał umrzeć zaraz po nim”.

Nie wiedząc nawet dobrze, dlaczego to robi, poszedł do wieży więziennej, by jeszcze raz spojrzeć na Álvara.

Gdy otwierał drzwi celi, Andaluzyjczyk siedział przy stole pogrążony w myślach i na widok Escameza nawet nie zmienił wyrazu twarzy.

Kompletna obojętność.

Zrobił wprawdzie ruch, jakby chciał podnieść się z krzesła, lecz nie usłyszawszy żadnego polecenia z powrotem oparł głowę na ręku, by powrócić do swoich rozważań.

Sierżant jeszcze przez chwilę stał na progu, obserwując młodzieńca i doprowadzając się do coraz większej wściekłości.

Sygnet na palcu, orli profil pod nieskazitelnie zaczesanymi, falującymi czarnymi włosami, długie rzęsy… i całkowity spokój, który sierżant słusznie uznał za wielkopańskie lekceważenie.

„Traktuje mnie jak pachołka. Nawet nie wstał na mój widok. Muszę go złamać! Jeszcze będzie mnie błagał o litość”, myślał gorączkowo, choć doskonale wiedział, że bez polecenia przełożonych nie wolno mu w żaden sposób dręczyć szlachetnie urodzonego więźnia i jedyne, na co będzie mógł sobie pozwolić, to ukradkowe popchnięcie go podczas wyprowadzania z celi.

– Jutro odbędzie się pierwsze przesłuchanie! – oznajmił najgroźniejszym głosem, na jaki było go stać, a nie uzyskawszy żadnej reakcji wrócił do izby, w której mieszkał wraz z innymi strażnikami. Korzystając z chwilowej nieobecności współmieszkańców od razu podszedł do zawieszonego na ścianie taniego zwierciadełka z wypolerowanej blachy i przetarłszy je rękawem zaczął studiować swoje odbicie.

„Czy mógłbym w jakikolwiek sposób upodobnić się do tego pięknisia?”

Przejechał ręką po twardych, ciemnych włosach, zaczesanych zgodnie z panującą modą do góry, podobnie jak u Álvara; niestety nie chciały się sfalować, pozostając w takim ułożeniu, jakie przybrały rano pod grzebieniem, czyli przylizane do czaszki. Naśladując gest podpatrzony u ostatniej kochanki poślinił palec i przygładził nim brwi, lecz nie spowodowało to zmiany ich zarysu na przypominający jaskółcze skrzydła.

„Trudno. Natury nie zmienię, nie usunę też z twarzy dziobów po ospie, ale może mógłbym zrobić coś z ubraniem”.

Chwycił w dłonie przybrudzoną płócienną krezę i starając się zanadto jej nie zmiąć uformował wokół szyi coś na kształt wysokiego kołnierza.

„Jak on to nosi? Zdobiony srebrem, sztywny kołnierz wykończony koronkowym obrąbkiem… ale czy zapięty, czy rozchylony z przodu?

Zapięty.

Nawet nieźle się w tym wygląda.

Owszem. Mając taką twarz jak Álvarez.

A tobie, chamie, nic nie pomoże”.

Opuścił krezę, wykrzywił się paskudnie do zwierciadła i odszedł od niego, porzuciwszy zamiar stworzenia nowego wizerunku. W samą porę, gdyż przez uchylone drzwi wsunął się chudy, niesympatyczny, łysy dominikanin.

„Don Francisco tutaj? Szczęście, że nie chwilę wcześniej, bo zobaczyłby, jak  zastępca dowódcy straży mizdrzy się przed lustrem”, pomyślał Escamez, usiłując usunąć z pola widzenia podarte pończochy przewieszone przez poręcz krzesła oraz cynową miskę z resztkami pieczonych bakłażanów.

– Wasza wielebność, wybaczcie bałagan…

Zakonnik dobrotliwie machnął dłonią i zajął miejsce za brudnym stołem, na którym leżał popularny romans rycerski – najnowsza lektura Escameza.

– Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, nie przejmujcie się tak, sierżancie. Chciałem tylko zamienić z wami kilka słów.

– Do usług waszej wielebności.

– Powiedzcie mi, co to był za incydent z Álvarezem.

– Kiedy, wasza wielebność?

Escamez mocno się wstydził swojej kompromitacji na dziedzińcu, wolałby więc, aby mnicha zainteresowało wydarzenie w celi.

– Wtedy, kiedy don Torcuato zmuszony był do interwencji. Czy Álvarez was uderzył?

– No nie…

Ponieważ obrzucenie słomą również nie stanowiło powodu do chwały, Escamez zdecydował nie wdawać się w szczegółowy opis.

– Po prostu nie chciał spać na słomie, tak jakby nie zadowalali się nią nawet znaczniejsi od niego. Więc don Torcuato kazał mu przynieść łóżko.

Dominikanin powtórzył z niedowierzaniem:

– Łóżko? Do celi?

– Tak, wasza wielebność, a nawet stół i krzesło.

– To oburzające! To jest – pohamował się – don Torcuato zapewne wie, co robi, wszelako… Powiedzcie mi, sierżancie, co sądzicie o tym Álvarezie? Możecie być szczerzy, nikomu nie powtórzę.

W umyśle Escameza wrodzona podejrzliwość stoczyła krótką walkę z chęcią ujawnienia, co sądzi o Álvarezie. Górę wzięło to ostatnie uczucie.

– Typowy arogant z bogatej rodziny! Zarozumiały i rozpieszczony jak każdy Andaluzyjczyk…

Don Francisco, który pochodził z okolic andaluzyjskiego miasta Sanlúcar, lekko chrząknął, lecz nie przerywał sierżantowi, coraz bardziej podniecającemu się własnymi słowami:

– … nawet w więzieniu domaga się wygód, wymuskany jak panienka, pomiata ludźmi, tratuje ich koniem…

Zapędził się trochę za daleko, gdyż dominikaninowi zabłysły oczy. 

– Jak to? Kogo stratował?

Escamez postanowił przedstawić własną wersję wydarzenia.

– Najechał na mnie na dziedzińcu, kiedy zamierzałem odprowadzić go do celi!

– Coś podobnego! Taka zuchwałość! I don Torcuato o tym nie wie?

Sierżant przybrał zbolałą minę.

– Będę całkowicie szczery wobec waszej wielebności. Nie przyznałem się do tego przed don Torcuatem, ponieważ mógłby postawić mi zarzut złego wykonywania służbowych obowiązków. Zwłaszcza że… – poszedł na całość – czuje on jakąś słabość do Álvareza.

– Bez wątpienia! – zakonnik aż uniósł się z krzesła. – Łóżko w celi! Mam nadzieję, że chociaż wy, sierżancie, nie będziecie się przyczyniali do uprzyjemnienia Álvarezowi pobytu? 

– Że jak? – zagubił się Escamez.

– Nie będziecie mu szli na rękę?

– Álvarezowi? Skądże! A jeśli wasza wielebność rozkaże, jestem nawet gotów uprzykrzać mu życie!

– Po prostu trzeba dać mu odczuć, że jest w więzieniu, a nie w gościnie. I zachwiać jego pewnością siebie. Jutro będzie przesłuchiwany, liczę na was w tym względzie. Nie, nie chodzi o użycie siły fizycznej – zastrzegł, widząc, jak sierżant zaciska pięści. – Ale, jak już powiedziałem, ma odczuć, że jest więźniem. Rad jestem, iż się zrozumieliśmy, sierżancie.

– Uniżony sługa waszej wielebności – skłonił się na pożegnanie Escamez, uradowany perspektywą szykan, jakim będzie mógł poddać Andaluzyjczyka. Gdy został sam, wesoło zanucił popularną starą piosenkę o trzech Mauretankach:

 

Trzy czarnulki uroczyły

mnie w Jaén:

Axa, Fátima, Marién.

Trzy czarnulki malowane

szły do swych oliwek ranem

i znalazły je zerwane

tam w Jaén:

Axa, Fátima, Marién.1

 

K o n i e c

c z ę ś c i   p i e r w s z e j

  1. Anonimowa pieśń ludowa z XV w., przeł. Janusz Strasburger

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli