Murad czuwał przy rannym przez całą noc, a przed południem ogłosił wyjście z kryzysu.
– Teraz potrzeba mu przede wszystkim spokoju. Macie go ciepło okrywać, nie wolno dopuścić, żeby się przeziębił. Również w przyszłości będzie musiał uważać, żeby nie zmarznąć ani nie zmoknąć. I jeszcze raz powtarzam: nie wolno mu kaszleć. To mogłoby spowodować następny krwotok. Dlatego chrońcie go przed chłodnymi powiewami. Ponieważ stracił mnóstwo krwi, trzeba go wzmocnić. Pojmujecie? Dobre odżywianie, stare wino. Zostanę tu jeszcze przez kilka dni, ale nie muszę wciąż przebywać w tej sypialni. Może byście mi urządzili miejsce do spania gdzieś w pobliżu? Chociażby w tamtej komnacie.
Ruchem głowy pokazał drzwi do pokoju Sibilli. Obecni nieco się zakłopotali, wreszcie Miguel Bermudez powiedział oględnie:
– Tam też leży ktoś chory.
Hakim, choć zmęczony po nieprzespanej nocy, posłuchał zawodowego głosu obowiązku:
– W takim razie obejrzę i jego, skoro już tu jestem.
– To panna…
Sibilla, rozdrażniona i niespokojna, za nic nie chciała się zgodzić na odwiedziny lekarza, lecz namówiona przez Carmelę w końcu uległa, pozwoliwszy Maurowi na zadanie sobie kilku pytań. Murad ocenił, że jej zdrowie zacznie się niebawem polepszać, na troskliwe pytania Miguela, czy księżniczce czegoś nie potrzeba, odpowiedział przecząco i ziewając poszedł do pomieszczenia, które mu zaoferowano. Była to przystosowana naprędce komnata na tym samym piętrze, z której mógł bez kłopotu roztaczać opiekę nad Álvarem i Sibillą.
O ile ten pierwszy miał przed sobą jeszcze wiele ciężkich dni i nocy, to księżniczka zaczęła powoli wstawać. Początkowo była tak osłabiona, że większość czasu spędzała w poręczowym krześle koło okna, lecz wkrótce zaczęła wychodzić na spacery po patio należącym do mauretańskiej części zamku.
Właśnie tam natknęła się na Liberia.
Nie był to wcale przypadek: chłopiec ujrzał ją kiedyś w oknie i od tej pory zaczął przyjeżdżać do Alvarado dużo częściej niż zazwyczaj. Za pretekst przed rodziną w Grenadzie służyła mu choroba Álvara, o którego zresztą szczerze się niepokoił. Czuwał przy jego łożu wraz z Salvadorem i zmieniającymi się weteranami, mając doskonały punkt obserwacyjny wszelkich poczynań księżniczki. Nie mogła przecież opuścić swego pokoju inaczej niż przez sypialnię rannego. Zwykle pierwsza pojawiała się w drzwiach Carmela, a skontrolowawszy, czy wszystko jest w porządku, wyprowadzała swoją panią, tak zasłoniętą szalami, że widać było tylko przytrzymującą je rękę, piękną jak rzeźba z alabastru. Liberio zakochał się najpierw w tej dłoni o długich, wąskich palcach.
Na starym patio niemal nigdy nie spotykało się ludzi, toteż Sibilla odrzucała maskujące okrycia, by w pełni cieszyć się słońcem i orzeźwiającym górskim powietrzem. Podtrzymywana przez Carmelę wolno chodziła wzdłuż koronkowo rzeźbionych portyków, a gdy poczuła znużenie, siadały na brzegu marmurowej fontanny, w której od dawna nie płynęła woda. Mauretańskie skrzydło Alvarado zupełnie nie przypominało pozostałych części ponurej warowni, więc księżniczka mogła choć na krótko zapomnieć o swoim dramatycznym położeniu.
Miała bowiem głębokie przekonanie, że jest uwięziona przez Álvara i że Biały Zamek przeszedł na jego własność. Carmela nie mogła wyprowadzić swej pani z błędu, bo sama miała o tym dość mgliste pojęcie, ale była gotowa podjąć kolejną próbę jej uwolnienia.
Pierwsza nie powiodła się wskutek fatalnego zbiegu okoliczności: gdyby Álvaro nie wrócił był przed czasem do zamku, w dodatku w taki sposób, że niemal nikt o tym nie wiedział, obydwie byłyby już daleko.
Carmela miała nadzieję, że jasnowłosy młodzieniec, którego udało się jej niepostrzeżenie wprowadzić w obręb warowni, a następnie równie niezauważalnie wypuścić, jeszcze raz zaofiaruje swoją pomoc. Nie była świadkiem jego rozmowy z księżniczką, czuwając w tym czasie na korytarzu, aby w razie potrzeby odciągnąć nadchodzące osoby, więc nie wiedziała, czy i jak się ze sobą umówili. Pytać o to nie miała śmiałości.
Nie miała – bo nie mogła mieć – również pojęcia, jak wiele przedziwnych wypadków doprowadzi do ich następnego spotkania. Tymczasem jednak spotkały Liberia.
Sibilla poza Álvarem i Salvadorem nie pamiętała nikogo z uczestników najazdu na Biały Zamek, ale chłopiec jakoś nie pasował do wizerunku uzbrojonych napastników, był zresztą od nich znacznie młodszy. Drobny, niewysoki, o kręconych brązowych włosach i nieśmiałym spojrzeniu, wyglądał najwyżej na szesnaście lat. Tylko dlatego pozwoliła mu podejść do siebie.
– Jestem Liberio Pérez Dávila – przedstawił się z niskim ukłonem . – Jeśli pozwolisz, pani, pragnąłbym zapytać, czy niczego ci nie potrzeba.
Oczywiście nie będąc gospodarzem ani nawet mieszkańcem Alvarado nie miał podstaw do dbania o samopoczucie księżniczki, lecz trudno mu było o inny pretekst, aby się do niej odezwać. Carmela natychmiast przejrzała jego zamiary i z ironicznym grymasem oczekiwała na odpowiedź Sibilli.
Przeliczyła się, nie wziąwszy pod uwagę, że księżniczka znała większość szlacheckich rodów Grenady i nazwisko Liberia wydało jej się znajome.
– Pérez Dávila? – powtórzyła. – Czy nie z Casa Verde, Zielonego Domu?
Miłą, jeszcze bardzo dziecinną twarz chłopca rozjaśnił szczęśliwy uśmiech.
– Nie mylisz się, pani. To dom moich rodziców, nazwany tak od seledynowych kafelków dekorujących patio.
Teraz uśmiechnęła się również Sibilla.
– A ja myślałam, że od tych ozdobnych drzewek, które stoją w donicach na balkonie. Czy myśmy się już kiedyś widzieli?
– Nie sądzę, pani, gdyż z pewnością bym o tobie nie zapomniał. Po raz pierwszy ujrzałem cię tutaj, w Alvarado.
Sibilla spoważniała.
– Więc zapewne wiesz, don Liberio, dlaczego tutaj jestem?
Chłopiec zaczął się gorączkowo zastanawiać, co powinien odpowiedzieć. Ponieważ nie znał szczegółów tragicznego zatargu z księżną Elvirą, sądził, że Sibilla została uprowadzona niejako w odwecie za śmierć Rosity i że prędzej czy później powróci do swego domu.
Ale przecież na Białym Zamku mieszkali już ludzie z rodziny de Las Sierras. Dlaczego nie upomnieli się o młodocianą krewniaczkę?
Ponieważ księżniczka czekała na odpowiedź, Liberio po chwili powiedział oględnie:
– Pani, przyrzekam, że gdy tylko Álvaro poczuje się lepiej, przekonam go, aby odwiózł cię do domu. Tymczasem może mógłbym oddać ci jakąś przysługę?
– Skoro już muszę tu siedzieć, chcę mieć choć w części takie warunki, jak na Białym Zamku.
– To będzie trudno… Tutaj jest zupełnie inaczej.
– Zauważyłam. Chcę mieć swój pokój.
– Przecież mieszkasz w komnacie Miguela, pani? – zdziwił się Liberio. – To najlepsze miejsce w całym zamku, poza sypialnią Álvara.
– Właśnie. Za blisko tej sypialni. On się rzuca po całych nocach, jęczy, ciągle mu zmieniają opatrunki, piorą je, brzęczą naczyniami, biegają tam i z powrotem, a gdy chcę stamtąd wyjść, muszę na to wszystko patrzeć. Mdli mnie od widoku krwi i od tego zaduchu, bo nigdy tam nie otwierają okien!
– Álvaro ma przebite płuco, lekarz nakazał chronić go od przeciągów.
– Prawda, jeszcze ten Maur! Nie życzę sobie, żeby się do mnie wtrącał. Już jestem zdrowa.
– A gdzie chcesz się przenieść, pani?
– Carmela mówiła, że na dole w wieży jest pusta komnatka…
– Ależ tam jest piekielnie zimno!
– Napali się w kominku, zresztą niedaleko już do prawdziwego lata. I chcę mieć dwie służące tylko dla siebie. W Białym Zamku miałam cztery – dodała, jakby chcąc ubiec ewentualny protest. – Czy gorszę cię wymaganiami, don Liberio? Więc popatrz na to!
Chwyciła jeden ze swoich długich warkoczy i podsunęła mu pod nos.
– Muszę umyć włosy, a sama przecież tego nie zrobię. Dwóm dziewczynom też będzie ciężko.
– Cudowne masz włosy, pani – rzekł nieśmiało, zauważywszy ich niezwykły kolor, w słońcu zupełnie złoty.
– Cudowne to one dopiero będą. Po umyciu. Więc mogę na ciebie liczyć, don Liberio?
– Pani, uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy.
Chłopiec skłonił się, przykładając rękę do serca i w tej chwili istotnie był gotów skoczyć dla Sibilli w ogień. Na samo wspomnienie warkoczy, grubszych niż jego nadgarstek, dostawał zawrotu głowy, a gdy przypomniał sobie urzekający błękit oczu, czuł, jak topnieje w nim serce.
Jeszcze tego samego dnia udał się do przebywającego akurat na zamku Miguela i przedłożył mu życzenie Sibilli. Ponieważ Álvaro od rana czuł się gorzej, zmartwiony Bermudez nie miał głowy do cudzych kłopotów.
– Chce mieszkać w wieży? Proszę bardzo, tylko niech się nie skarży na zimno. Ale dwie służące? Nie ma mowy.
– Dlaczego, Miguelu?
– Mamy tak mało dziewcząt w Alvarado i prawie wszystkie są zajęte przy Álvarze. Znowu miał krwotok, choć lekarz zapewniał, że wszystko idzie ku lepszemu, a ty zawracasz mi głowę Sibillą.
– Najlepiej byłoby odwieźć ją na Biały Zamek – zaproponował Liberio.
– Też tak uważam, ale o tym musi zadecydować Álvaro. Poczekajmy, aż będzie mocniejszy.
Na schody, gdzie rozmawiali, wybiegła służebna z miednicą pełną zakrwawionych szmat, więc Miguel pospiesznie zakończył rozmowę.
***
Liberio, nie zapytawszy nikogo o pozwolenie, kazał swojemu pachołkowi wysprzątać parterową izbę w baszcie zamkowej i przy pomocy dwóch stajennych ściągnął do niej sprzęty z co lepiej zachowanych komnat. Za pośrednictwem dziewki służebnej powiadomił o tym Carmelę, otrzymawszy odpowiedź, że ustawianiem tego wszystkiego zajmie się już przyszła lokatorka i że jego wizyta będzie mile widziana w następnym tygodniu. Uradowany zaproszeniem z trudem wytrzymał do poniedziałkowego ranka, po czym zastukał do masywnych drzwi, nabijanych ozdobnymi ćwiekami. Niemal od razu stanęła w nich Carmela i zasłaniając sobą wnętrze pomieszczenia szepnęła konspiracyjnie:
– Teraz wasza miłość nie możecie wejść, pani się kąpie.
Z izby dał się słyszeć przytłumiony pluskiem wody głos księżniczki. Służebna zerknęła przez ramię.
– Co wasza wysokość rozkaże? Aha, później? Don Liberio, jeśli łaska, odwiedźcie nas za godzinę.
– Przyjdę niezawodnie – zapewnił, czerwieniąc się, gdyż dźwięki dochodzące zza drzwi zmusiły go do wyobrażenia sobie Sibilli w kąpieli.
Wkroczywszy w jakiś czas potem do komnaty, przystanął tuż za progiem, olśniony widokiem złotej kaskady spływającej wzdłuż oparcia rzeźbionego fotela.
Włosy Sibilli.
Świeżo umyte, wysychały w cieple ognia rozpalonego na kominku, podczas gdy służąca usiłowała je rozczesać wielkim rogowym grzebieniem. Nie było to łatwe. Splątane, wijące się pasma o niezwykłej miękkości i blasku były tak gęste, że grzebień natychmiast w nich grzązł i z trudnością dawał się wyciągnąć, a przesunięcie nim w dół wydawało się wręcz niewykonalne. Sibilla syczała niecierpliwie, gdy grzebień drapał ją w głowę lub mocniej ciągnął włosy, lecz usłyszawszy wejście Liberia natychmiast przywołała na twarz czarujący uśmiech.
– Dzięki tobie, don Liberio, nareszcie mogłam się wykąpać – powiadomiła go nie bez pewnej zalotności, zupełnie zresztą zbytecznie, jako że siedziała całkowicie owinięta w prześcieradło, z czołem w aureoli puszystych, drobnych pasemek, które wyschły najwcześniej, komnatę zaś wypełniał obłok pary pozostały po wyniesieniu balii z gorącą wodą.
– Wybacz, że witam cię w tym stroju, ale moja jedyna sukienka nieprędko będzie sucha.
Liberio zerknął na mokre szmatki rozwieszone przed kominem, a ponieważ miał dwie starsze siostry, poza upraną suknią1 rozpoznał także parę sztuk bielizny, co wprawiło go w jeszcze większe zmieszanie. Zaczerwienił się, przełknął ślinę i powiedział:
– Ja… Mnie… Pani, jest mi bardzo przykro, że musisz się obywać bez podstawowych wygód. Jeżeli mógłbym ci jeszcze w czymś pomóc…
Sibilla westchnęła:
– Ach, tyle jest rzeczy, których potrzebuję… ale wszystkie zostały w Białym Zamku.
Chłopiec spuścił głowę, zastanawiając się, jak powinien zareagować. Wiedział już, że na Białym Zamku mieszka brat czy kuzyn doñi Elviry, Ramiro de Las Sierras z Toledo, który przybył do Nevady dla zorganizowania pogrzebu obojga księstwa oraz dla poszukiwań księżniczki.
Jako że oficjalnie nikt nie wiedział, gdzie przebywa teraz Sibilla i czy w ogóle jeszcze żyje.
Być może nawet nikomu na tym nie zależało. W razie śmierci jedynej spadkobierczyni księżnej, prawowitej właścicielki pałacu, przeszedłby on na własność pozostałych krewnych, czyli rodziny de Las Sierras, znanej z zachłanności i bezwzględnego dochodzenia swoich praw.
Nie doczekawszy się żadnego odzewu Sibilla kontynuowała:
– Nie mam nic do ubrania. Żadnych przyborów toaletowych. Carmela czesze mnie swoim grzebieniem.
Służąca przytaknęła skinieniem głowy, z trudem przesuwając wymieniony przedmiot o dwa cale w dół złocistego pasma. Ten ruch ponownie zwrócił uwagę chłopca na kaskadę włosów. Ich jasny kolor bywał widywany w Hiszpanii, szczególnie w północnych regionach, ale podobnej miękkości i blasku nie spotykało się nigdy.
„Jak jedwab”.
Gorąco zapragnął zanurzyć palce w te sploty, wiedząc zarazem, że nie może tego uczynić. Z rozmarzenia wyrwał go melodyjny głos, w którym zaczynały już przebijać nutki zniecierpliwienia:
– Don Liberio, chyba wcale mnie nie słuchasz.
Drgnął i podniósł spojrzenie na delikatną jasną twarz, zarumienioną w tej chwili od ciepła panującego w komnacie.
„Nawet anioł nie mógłby być piękniejszy”.
– Wybacz, pani. Myślałem, jak zaradzić twoim kłopotom.
W błękitnych oczach pojawił się błysk, natychmiast przykryty długimi rzęsami.
„Mógłbyś po prostu odwieźć mnie do domu”.
Sformułowała to bardziej dyplomatycznie:
– Gdybym mogła powrócić na Biały Zamek, skończyłyby się wszystkie kłopoty.
„Dla was, mordercy, dopiero by się zaczęły”, dokończyła w myśli.
– Pani, gdyby to zależało tylko ode mnie, jeszcze dzisiaj znalazłabyś się w swojej siedzibie, jednakże nie możemy o niczym decydować bez zgody don Álvara, a on tylko na krótko odzyskuje przytomność. Lekarz zapewnia, że krwotoki niedługo ustaną, więc…
„Krwotoki?…”
Na sam dźwięk tego słowa poczuła silne mdłości. Służąca, w lot zorientowawszy się w sytuacji, błyskawicznie podsunęła jej miednicę pozostawioną na podłodze po praniu, jednocześnie popychając Liberia w stronę wyjścia.
– Wybaczcie, jej wysokość jest niedysponowana, proszę przyjść kiedy indziej – rzuciła mu na pożegnanie tonem usprawiedliwienia. Drzwi się zatrzasnęły i chłopiec został z zamętem w głowie.
„Pewnie jeszcze nie całkiem wyzdrowiała”, westchnął w duchu, a na drugi dzień podzielił się tym spostrzeżeniem z Muradem. Maur zmarszczył czarne brwi.
– Miała torsje, powiadasz waszmość? Będę musiał ją odwiedzić.
– Komnata u stóp północnej wieży. Zaprowadzę was.
– Dobrze, ale nie stój waść pod drzwiami, bo to mogłoby dziewczynę krępować. Wystarczy, jak będzie przy tym służąca.
Badanie nie trwało długo, ale lekarz wyszedł od Sibilli tak zasępiony, że Liberio przeraził się:
– Jest bardzo chora?
– Nie… – mruknął nieuważnie Maur.
– A te nudności?
– Wkrótce miną.
– To dobrze – uspokoił się chłopiec.
– Ale tak czy inaczej będziecie musieli coś z nią zrobić. Chyba nie zamierzacie więzić jej tu przez całe życie?
– Nie wiem… To Álvaro…
– Z Álvarem na razie nie można rozmawiać. Nie wolno mu mówić ani się denerwować. Cóż, musimy jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że nikt nie zakłóci spokoju tej dziewczyny?
W pytaniu zabrzmiało coś na kształt groźby, więc Liberio odrzekł z oburzeniem:
– O to nie musicie się obawiać!
Hakim zmierzył go ciężkim wzrokiem, lecz już bez komentarza skierował się w stronę schodów wiodących na piętro. Liberio przez dłuższą chwilę stał na podeście, po czym zawrócił do komnaty zajmowanej przez Sibillę. Mniej onieśmielony niż podczas pierwszej wizyty zauważył, że zamieniła się ona w całkiem przytulne miejsce. Na sczerniałych ze starości ścianach wisiały gobeliny i dywany pościągane z całego zamku, z których największy zakrywał popękane płyty posadzki. Lekkie podróżne łoże o staroświeckich, częściowo poobtłukiwanych zdobieniach zasłane było cienką i czystą pościelą, nie brakowało też innych równie wiekowych, lecz wygodnych sprzętów, a na stole ustawiono niewielkie zwierciadło. Przed nim, przeglądając się w tym fragmencie, który najmniej zmętniał ze starości, siedziała księżniczka.
Zapomniał już, jak czarujący jest jej uśmiech.
– Witaj, don Liberio. Czy aż tak źle wyglądam, że uznałeś za stosowne sprowadzić mi lekarza? – zagadnęła wesoło, musnąwszy palcami starannie upięte włosy. W odświeżonej sukni i z kunsztowną (przynajmniej jak na umiejętności Carmeli oraz pojęcia Liberia) fryzurą wydawała się zupełnie inną osobą niż blada rekonwalescentka, która podtrzymywana przez służącą wolnym krokiem przechadzała się po dziedzińcu.
– Pani, zapytaj zwierciadła, gdyż mnie brakuje słów dla opisania twojej piękności – zdobył się na dworną odpowiedź.
Ale nie na spojrzenie w błękitne oczy, gdyż bał się, że do reszty straci głowę.
– To zwierciadło nie pokazuje zbyt wiele – zachichotała księżniczka.
– Czy lepiej się czujesz, pani?
– O, jestem już prawie zupełnie zdrowa! Mogłabym w każdej chwili wyjechać do domu. Tymczasem jednak opowiedz mi, don Liberio, co dzieje się na Białym Zamku? Nie próbuj udawać, że nie wiesz.
Powstrzymała go w samą porę, gdyż właśnie zamierzał jakoś wykręcić się od relacji, więc zaczął z ociąganiem:
– No cóż… O ile mi wiadomo, zamieszkali tam pewni przybysze z Toledo…
Sibilla od razu wiedziała, o kogo chodzi.
– Rodzina de Las Sierras! Zatem nie wyobrażam sobie, jak zdołam ich stamtąd wyrzucić.
Liberio nie krył zdumienia.
– Jak to? Czyż to nie twoi krewni, pani?
– Zachłanni i pazerni, a najgorszy jest wuj Ramiro. Będą próbowali jak najwięcej zagarnąć dla siebie, prawdopodobnie już zaczęli przejmować posiadłości. A ja tkwiąc tutaj nie mogę temu przeciwdziałać!
Nawet rozgniewana wyglądała prześlicznie.
***
Po tygodniu Liberio musiał już wracać do Grenady, lecz żegnając się z Álvarem nie omieszkał wspomnieć o księżniczce. Ranny aż uniósł się na poduszkach:
– Nie widuję jej od kilkunastu dni, myślałem, że odwieźliście ją do domu! Jeszcze tego nie zrobiliście?
– Nie było takiego rozkazu… – bąknął siedzący przy łożu Juan Bautista.
– Nie do was mówię, Juanie. Gdzie Chavo?
– Toć don Salvador wyjechał do Sewilli na chrzciny najmłodszego siostrzeńca.
– Prawda, zapomniałem. Więc niech się tym zajmie któryś z was.
Chciał jeszcze coś dodać, lecz do komnaty wszedł hakim.
– Don Liberio – powiedział groźnie – uprzedzałem was, żebyście nie niepokoili don Álvara. Proszę natychmiast skończyć rozmowę.
– Wyzdrowiej jak najszybciej, Álvarito. Wrócę tutaj, jak tylko będę mógł.
– Jedź z Bogiem, Liberio. Pozdrów matkę i siostry.
– A wy dokąd, Juanie? – zawołał Maur do starego żołnierza, ujrzawszy, że ten opuszcza komnatę w ślad za chłopcem. Wiarus powołał się na otrzymany przed chwilą rozkaz, został jednakże zawrócony od progu.
– Jesteście mi teraz potrzebni przy waszym panu, księżniczka może poczekać. Przynieście trochę lodu.
Zostawszy sam na sam z Álvarem, Murad usiadł obok łoża i oznajmił, że zamierza osobiście wywieźć Sibillę z Alvarado.
– Wierz mi, że tak będzie lepiej i o nic nie pytaj. Jeśli możesz, daj jej jakąś służebnicę i wierzchowca.
Chłopak skinął głową na znak zgody, ale że w jego pięknych oczach pojawiło się zdziwienie, Maur powtórzył z naciskiem:
– Nie zadawaj żadnych pytań.
Hakima czekała jeszcze trudna rozmowa z Sibillą. Zdążył się przekonać, że księżniczka ma mocny charakter i doskonale wie, czego chce; nie rokowało to dobrze na przyszłość.
Szczególnie dla Álvara.
Jak namówić rozpieszczoną piętnastolatkę, aby wyczekany powrót do domu zamieniła na podróż w niewiadome u boku człowieka, którego widziała zaledwie kilka razy i który w dodatku uratował jej najgorszego wroga? Murad wiedział, że będzie musiał użyć całej swojej siły przekonywania, lecz liczył na jeden nieprzezwyciężony argument. Znany jak dotąd tylko jemu – i Carmeli.