Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział X

Carmela nienawidziła Alvarado. Miała po temu swoje powody, wśród których na pierwszym miejscu stał krótki romans z młodym Álvarezem – więc tym mocniej przywiązała się do Sibilli de Las Sierras. O parę lat młodsza, delikatna skrzywdzona istota, przez wiele dni całkowicie od niej zależna, budziła opiekuńcze uczucia, a zarazem imponowała swoją stanowczością. Właśnie tak Carmela Jilgueno wyobrażała sobie prawdziwą księżniczkę.

Dlatego gdy pojawiła się szansa wspólnej ucieczki z zamku, służebna nie miała żadnych wątpliwości, że musi ją wykorzystać.

Szansa przybrała postać dziwnie ujmującego jasnowłosego młodzieńca, który zaczepił Carmelę pewnego dnia przy wyjściu z kościoła. Dla dziewczyny był to jeden z nielicznych momentów, gdy mogła opuścić ponury zamek, toteż skrupulatnie przestrzegała swojej kolejności udziału w niedzielnym nabożeństwie w katedrze w Grenadzie. Choć w Alvarado była domowa kaplica, po śmierci sędziwego kapelana, pamiętającego jeszcze dzieciństwo don Ángela, na msze zazwyczaj jeżdżono do Araceny. Niestety tamtejszy malutki kościółek nie był w stanie pomieścić jednocześnie parafian ze wsi, pracowników stadniny oraz załogi Alvarado, więc ustalono, że każdy mieszkaniec zamku może raz w miesiącu wybrać się do miasta. Stanowiło to nie lada atrakcję, szczególnie dla najniżej postawionych w hierarchii dziewek służebnych, które prawie nie dysponowały wolnymi dniami ani możliwością samotnego wyjścia dokądkolwiek poza rodzinną wioską.

Carmela rodziny już nie miała – poza siostrą, która wyjechała do Kadyksu, aby prowadzić tam wesołe życie. Nieufna z natury, a może i wskutek złych doświadczeń, nie garnęła się do kontaktów towarzyskich, jednakże chłopak, który ją zagadnął w Grenadzie, miał ładną szczerą twarz i czarujący uśmiech, przy tym nie sprawiał wrażenia uwodziciela. Dlatego pozwoliła mu wciągnąć się do rozmowy, po której zawarli swoisty sojusz przeciwko Alvarado. 

Wcale nie czuła wyrzutów sumienia, że zdradza obcemu domowe tajemnice; nie uważała zamku za swój dom, drażnili ją tamtejsi mieszkańcy, Álvarezowi życzyła zaś wszystkiego najgorszego. 

Nadeszła pora, żeby się od tego wszystkiego uwolnić.

 

***

 

Spotkanie ze swoim najbardziej wymagającym klientem Álvaro miał zaplanowane od tygodnia. Umówili się w Corrales, by wspólnie dokonać wyboru najpiękniejszej z młodych klaczy, którą zakochany sewilski szlachcic chciał ofiarować damie swego serca. Co prawda oznaczało to niekończące się grymasy, bo  sewilczyk momentalnie zauważał każdy defekt konia i w nadziei zbicia ceny wyolbrzymiał go do iście nadnaturalnych rozmiarów, ale że już don Ángel zawarł z nim kilka udanych transakcji, Álvaro i tym razem przewidywał dobry interes. 

Do Corrales wyjechał tuż przed świtem, nim jeszcze zamek zaczął budzić się ze snu, ponieważ nietaktem byłoby kazać czekać na siebie gościowi przybywającemu z tak daleka. Chciał zresztą wcześniej obejrzeć wszystkie konie oraz naradzić się z zarządcą, don Manuelem. Do towarzystwa zabrał Miguela Falcóna, niestety ledwie dojechali do wodospadu, na drodze ukazała się sylwetka jeźdźca z latarnią.

„Czy aby coś się nie stało w Corrales?”, zaniepokoił się nie bez pewnej racji Álvaro, gdy rozpoznał jednego z tamtejszych masztalerzy. 

– Wasza miłość już w drodze? – zmartwił się mężczyzna. – Myślałem, że zdążę, ale nie da się szybko jechać po nocy. Don Manuel kazał powiedzieć, że póki co wizyta odwołana, bo pan z Sewilli zachorował. Wczoraj mieliśmy gońca z wiadomością, jeno było za późno słać do Alvarado.

– Trudno – powiedział Álvaro, myśląc, czy warto zawracać do zamku, czy też, skoro już wyjechali, nie udać się do Araceny. Przeważyło jednak to, że oddalili się od niego bardzo nieznacznie, zatem odesłał masztalerza, a do Araceny postanowił wyruszyć dopiero wtedy, gdy całkowicie się rozwidni.

Na dziedzińcu powitali ich zdziwieni wartownicy i zaspany stajenny, któremu oddali wierzchowce, po czym Falcón poszedł do kwatery weteranów na parterze, Álvaro zaś do siebie na piętro. Pozostali domownicy jeszcze się nie obudzili, może dlatego, że dzień był pochmurny, nawet wstające słońce tylko trochę rozjaśniło szarość nad górami. Do Alvarado, skrywanego od wschodu przez wysoką skałę, zaglądało dopiero po południu, toteż na schodach płonęło łuczywo osadzone w żelaznym uchwycie. Wyżej, na podeście, panowała ciemność, lecz w sypialni dało się już z grubsza odróżnić wzory na gobelinach, którymi zawieszone były ściany. Álvaro pomyślał, że chwile dzielące go od rozpoczęcia zwykłego roboczego dnia warto wykorzystać do sprawdzenia rachunków. Usiadł więc przy biurku, zapalił świecę, rozłożył przed sobą księgi gospodarcze Araceny, pełen dobrych chęci przystąpił do obliczeń, po czym zaczął walczyć z ogarniającą go sennością. Przy trzeciej pomyłce dał za wygraną, odłożył pióro, zdmuchnął płomyk i ściągnął buty, żeby w ubraniu położyć się do łóżka.

Jak bywa w takich wypadkach, spał dłużej niż zazwyczaj; gdy się obudził, godzina była dość późna, choć w komnacie nie pojaśniało. Chyba zanosiło się na deszcz. 

Zza drzwi prowadzących do komnaty Sibilli nie dochodził żaden odgłos, widocznie księżniczka jeszcze się nie przebudziła. Zwykle o tej porze było słychać jej krótkie dialogi ze służącą.

„Jak ona ma na imię… aha, Carmela. Co mi się właściwie w niej podobało?” – zastanowił się przelotnie Álvaro, doszedłszy do wniosku, że dawniej dziewczyna nie była chyba tak ponura. Teraz ilekroć mijali się w przejściu, o co w przechodniej komnacie było nietrudno, odwracała wzrok z odpychającą miną, a zagadnięta odpowiadała monosylabami, niechętnie też informowała go o zdrowiu księżniczki. Co prawda nie były to wiadomości, na których mu specjalnie zależało. 

Ziewnął, usiadł na brzegu łoża, żeby wciągnąć wysokie buty, założył skórzany bandolier z szablą, przyczesał włosy szylkretowym grzebieniem i był gotów do wyjścia, lecz zbliżył się jeszcze do okna,  by zobaczyć, jaka jest pogoda. 

Chyba ta chwila zwłoki przesądziła o dalszym przebiegu wydarzeń.

Gdy znalazł się za drzwiami, ktoś wyszedł spoza zakrętu schodów. Na tle łuczywa płonącego w ściennym uchwycie Álvaro zobaczył tylko smukłą, jakby chłopięcą sylwetkę, która uczyniła szybki ruch ręką.

 

***

 

Leżącego przed progiem w kałuży krwi znalazł może po dwóch kwadransach Gonzales i natychmiast podniósł alarm. W pierwszej chwili był przekonany, że to zemsta Sibilli, lecz gdy wpadł do ostatniego pokoju, zastał księżniczkę jak zwykle w łożu, w asyście zajętej szyciem Carmeli. Obie podniosły na niego zdziwiony wzrok, jakby zgorszone tą nagłą wizytą, po czym stanowczo zaprzeczyły wszelkim oskarżeniom. 

Na zamku natychmiast wszczął się ruch: Álvara przeniesiono na łoże i wezwano doń Juana Bautistę Manchado, starego żołnierza wyspecjalizowanego w opatrywaniu ran. Pozostali weterani rozbiegli się w poszukiwaniu zamachowca, którym – co do tego nikt nie miał wątpliwości – musiał być ktoś obcy. Pomyślano oczywiście o Białym Zamku, ale że do tej pory nikt stamtąd nawet nie zapytał o Sibillę, nie był to chyba właściwy trop.

– Toć przecie woleliby, żeby nigdy nie wróciła – dowodził Egidio de Cantos. – Jakże, jedyna dziedziczka! A co by wtedy dla nich zostało?

– Pewnie, że chętnie zagarnęliby cały majątek – poparł go Esteban Orviete, który tak jak rodzina de Las Sierras pochodził z Kastylii. – Im nigdy dosyć, w całym królestwie nie ma większych chciwców. Prędzej by doñę Sibillę zabili aniżeli młodego pana.

– A może tak było? Może przyszli ją zabić, a on jej bronił? – nastroszył się Gonzales, wskutek skojarzenia dotknąwszy twarzy jeszcze opuchniętej po ciosie Álvara. 

Minęła ich ochmistrzyni, spiesząca z naręczem lnianych szmat.

– Nie stójcie w przejściu, panowie! Sprawdziliście wszystkie kąty?

– Tak. Nic nie znaleźliśmy – odpowiedział za wszystkich Gonzales.

– Starą część również?

Miała na myśli mauretańskie skrzydło, ale właśnie nadszedł Juan de Las Posadas.

– Nigdzie nie ma nikogo obcego. 

– Może się gdzieś przyczaił?

– Chyba nie. Musiał uciec z zamku.

– Którędy? Wartownicy przysięgają, że nikt nie przechodził przez bramę. Ostatni był don Álvaro. 

Za doñą Cornelią weszli do komnaty, gdzie leżał wciąż nieprzytomny pan zamku. Jego twarz była śmiertelnie blada, a z piersi dochodził charakterystyczny bulgot i świst powietrza wdzierającego się w ranę przy każdym oddechu. Juan Bautista właśnie zmieniał nasiąkły krwią opatrunek.

– Boże wszechmogący! – przeraził się Juan de Las Posadas. – Przebite płuco?

– Toć słychać, jak krew chlupocze. Nożem go jakiś sukinsyn ugodził, o włos tylko serce minąwszy. 

– Tamponowałeś?

– A jakże, jeno że zaraz przemaka. Tu więcej zdziała boska Opatrzność niż moje bandaże. 

– Pojadę do Grenady po medyka – oznajmił stanowczo Gonzales. Dwie stare mauretańskie niewolnice trzymające miskę z wodą podniosły głowy i jednocześnie spojrzały na doñę Cornelię, a ta jakby pod wpływem ich wzroku wykrzyknęła:

– Murad! 

– Kto taki? – zdziwił się Juan Bautista. – Za pozwoleniem pani ochmistrzyni, ale ten medyk inaczej się zowie.

Znad miski dobiegł nieśmiały szept:

– Murad… Lekarz, al-hakim. Wielki lekarz, dobry człowiek. 

Doña Cornelia uzupełniła:

– Mieszka po tamtej stronie gór, w Alpuharze.

  – Maur? – najeżył się Gonzales. – Do Grenady jest bliżej!

  – Nie wy decydujecie o tym, kto będzie leczył Álvarita – uciszyła go ochmistrzyni. – Juanie, wyślijcie kogoś, kto zna tamte strony.

Juan de Las Posadas spiesznie opuścił komnatę. To samo chciał uczynić Gonzales, lecz Esteban Orviete chwycił go za rękaw.

– Lepiej zostańcie, don Salvador, dwóch medyków się z sobą nie pogodzi, nie macie po co jechać do Grenady.

Miał na myśli nie tyle dwóch lekarzy, bo do bogatszych chorych często wzywało się ich nawet kilku, co chrześcijanina i moryska. Dla Gonzalesa aluzja okazała się za delikatna, toteż zatrzymała go dopiero ochmistrzyni, pod wymyślonym naprędce pretekstem podtrzymywania Álvara, by nie zsuwał się z wysoko spiętrzonych poduszek. 

– Bądźcie łaskawi pilnować, żeby Álvarito nie leżał płasko, bo wtedy krew z płuc spłynie mu do gardła.

Doña Cornelia jak większość porządnych ludzi nie cierpiała Salvadora, jednakże musiała mu przyznać oddanie w przyjaźni: siedząc niewygodnie na skraju łoża podpierał rannego, a na jego brutalnej twarzy widniał lęk pomieszany z tępą rozpaczą. Egidio de Cantos z własnej inicjatywy posłał gońca do Araceny po Miguela i zaraz potem kolejnego, aby ze wsi sprowadzono księdza, bowiem stan Álvara zaczął się pogarszać.

– A wydawało się, że to niewielka rana… – powiedziała ochmistrzyni, podając Juanowi Bautiście kolejne czyste płótna. Weteran nie przerywając swoich czynności wytłumaczył:

– Nóż był wąski, ale wszedł głęboko, teraz nie mogę zatrzymać krwawienia. W Bogu cała nadzieja i w owym mauretańskim medyku.

Nierówny oddech rannego stawał się coraz płytszy. Juan de Las Posadas, który przed chwilą wrócił do komnaty, zaczął półgłosem odmawiać litanię. Jego słowa podjęli inni. Później dołączył do nich Miguel; starego proboszcza nie zastano w domu, więc teraz czekali tylko na Murada. Choć Juanowi Bautiście udało się na parę godzin zatamować krwotok, późnym popołudniem opatrunek znów zaczął przesiąkać. Komnata poczerwieniała od krwi i zachodzącego słońca, które powoli zniżało się za linię górskich szczytów.

Hakim pojawił się prawie równocześnie ze zmierzchem. Silny, krępy, czarnobrody mężczyzna w krótkim niebieskim kaftanie typowym dla hiszpańskich morysków energicznie przekroczył próg i od razu zaczął wydawać polecenia.

– Po co tutaj tylu ludzi? Rannego z uszkodzonym płucem chcecie trzymać w takim zaduchu? Niepotrzebni niech wyjdą, dajcie mu trochę powietrza. Macie na zamku lód?

Jego pewność siebie i szorstkie komendy wniosły jakąś  iskierkę nadziei. Obejrzał Álvara, pochwalił dotychczasowe z nim postępowanie i zaczął rozpakowywać swoje narzędzia. W tym momencie ranny otworzył oczy. 

Murad nie zdążył ukryć wrażenia, jakie wywarła na nim czerń migocząca w oprawie długich rzęs i wykrzyknął po arabsku:

– Oczy Marjam!

Mauretańskie niewolnice przytaknęły bezgłośnie, a lekarz pomyślał o letnim dniu sprzed dziewiętnastu lat, w którym przekraczał przełęcz Puerta del Lobo, wioząc drogocenny podarek.  

„Więc tak wyglądasz, wnuku Nurallaha?…” 

Przeszedł na hiszpański.

– Jestem lekarzem. Nie wolno ci mówić ani kaszleć. Masz krwotok z płuc, ale postaram się go zatamować. Potem zaszyję ci ranę. Wytrzymasz?

Odpowiedzią było ledwo dostrzegalne skinięcie głową. Maur rozłożył narzędzia na krześle przysuniętym do łoża, po czym dał znak Gonzalesowi, aby przytrzymał rannego. Salvador zapytał z przerażeniem:

– Czy on z tego wyjdzie?

– Młody organizm powinien zwyciężyć. I tak można mówić o szczęściu, bo cios był skierowany w serce. Nóż musiał się na czymś ześliznąć, pewnie to była sprzączka albo łańcuch.

– Może pendent od szabli? Álvaro nosi broń po waszemu, na taśmie, od święta jedwabnej. Dzisiaj miał szablę na skórzanym pasie z metalową klamrą, wisi tutaj nad łóżkiem.

Maur odruchowo spojrzał we wskazanym kierunku, ale na jego twarzy nie pojawił się zachwyt typowy u każdego, kto wspaniałą broń Álvara oglądał po raz pierwszy.

„Perski szamszir…

To ja go przywiozłem z Sidi Ussem. Czy wiesz, że za morzem masz rodzinę? Gotową cię przyjąć – jeśli ty przyjmiesz jedynego Boga”

Przeniósł wzrok na smagłą mimo bladości twarz Álvara, na orli nos i czarne brwi niemal schodzące się w jedną linię, przez co ich zarys przypominał jaskółcze skrzydła. 

„Twarz masz arabską, ale twoja dusza jest już hiszpańska”.

Westchnął niemal niedosłyszalnie i wbił zakrzywioną igłę, nakładając pierwszy szew.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli