Biały Zamek. Jasna, lekka, wytworna budowla, zupełnie inna niż ponure Alvarado. Symboliczne, bynajmniej nie obronne ogrodzenie w postaci niewysokiego muru. Ozdobnie kuta brama.
Álvaro odwrócił się do swoich ludzi i rozkazał:
– Zostańcie tutaj.
Gonzales nie odniósł tego do siebie, więc we dwóch wjechali na dziedziniec, gdzie zgromadziła się już straż pałacowa i kilku mężczyzn z domowej służby.
– Chcę widzieć się z jej wysokością księżną de Las Sierras – oznajmił Álvaro. Wciąż siedział na koniu, układając sobie w myśli to, co miał zamiar powiedzieć doñi Elvirze, lecz lokaj wkrótce wrócił z niewyraźną miną, pełen lęku wobec zbryzganych krwią uzbrojonych jeźdźców. Zameldował z ociąganiem:
-Jej książęca wysokość nie zechce przyjąć waszych miłości.
– Lepiej, żeby zechciała! – warknął ostrzegawczo Gonzales. Álvaro uciszył go jednym gestem i zapytał:
– Mówiłeś księżnej, kto chce z nią rozmawiać?
– Tak, wasza miłość. Oznajmiłem pana na Czarnym Zamku.
– Pana na Alvarado! – ponownie wtrącił się Salvador, ponieważ nazwa Czarny Zamek, choć używana w okolicy, przez mieszkańców była uznana za pejoratywną. Álvaro kontynuował:
– Wobec tego wracaj i powtórz swojej pani, że domagam się rozmowy. Zrozumiałeś?
Groźnemu spojrzeniu towarzyszył ruch ręki w stronę szabli. Biernie przyglądająca się dotąd straż postąpiła parę kroków ku jeźdźcom, natomiast lokaj prawie pobiegł w stronę wejścia do komnat. Nim jeszcze do niego dotarł, w rzeźbionym portalu jak w ramach obrazu pojawiła się wyniosła kobieca postać jaśniejąca złocistą suknią. Mimo odległości widoczna była jej sławna uroda, dla której ponoć stracił głowę książę Sergio oraz lodowate niebieskie oczy, ostro kontrastujące z czarnymi włosami. Álvaro zsiadł z konia i wolno poszedł w jej kierunku. W głowie miał zupełną pustkę.
Księżna odezwała się pierwsza. Ruszywszy naprzód zawołała dźwięcznym głosem, niosącym się przez cały dziedziniec:
– Anonsowano mi pana z Alvarado, a stoi przede mną pachołek!
Widząc, że przybyły nie rozumie, o co jej chodzi, uzupełniła:
– Mauryjski poganiacz mułów!
Tym razem nie dało się nie zauważyć obelgi. Álvaro zbladł, brwi ściągnęły mu się w jedną linię, ale usiłując nie tracić panowania nad sobą powiedział cicho:
– Dlaczego mnie obrażacie, pani? Czy waszej wysokości wiadomo o napadzie na Aracenę?
– A cóż mnie obchodzi wasza Aracena? Gdy będę chciała kupić konie, każę po was posłać.
– Wasza książęca wysokość! Nie możecie tak odpowiadać!!
W trzech krokach znalazła się przy nim. Zobaczył wściekłe skrzywienie ust i oczy pełne nienawiści.
– Nie podnoś na mnie głosu, prostaku!
Zamachnęła się, chcąc uderzyć go w twarz, lecz wtedy ktoś z tyłu chwycił ją za rękę.
– Zapominasz się, Elviro – powiedział z miękkim, obcym akcentem. Álvaro skłonił się, poznawszy Sergia de Las Sierras. Książę oddał ukłon i wciąż nie puszczając ręki żony zapytał:
– Co stało się w Aracenie?
– Przed południem zamordowano tam moją żonę i jej ojca. Dokonał tego oddział najemników działających z polecenia jej książęcej wysokości.
– Elviro, czy to prawda?
– Ależ skąd. Ten mozo jest pijany.
Nazwanie kogoś pijanym było w Hiszpanii jeszcze większą obrazą niż porównanie do mozo – pachołka, czy arretiero – poganiacza mułów. Wiedzieli o tym nawet obcy, toteż książę mocniej zwarł palce na przegubie małżonki, a w jego szaroniebieskich oczach pojawił się stalowy błysk.
– Proszę cię, odejdź. Sam porozmawiam z naszym gościem. Kawalerze, pozwól ze mną do komnat – zwrócił się do przybysza.
– Nigdzie nie pójdę. Nie przyjechałem tu z wizytą – odpowiedział Álvaro, z trudem zmusiwszy się do zachowania spokoju. Książę pierwszy raz widział go z tak bliska. Nie miał pojęcia, do czego może się posunąć wzburzony do ostatnich granic chłopak, którego drogocenna broń i piękna twarz dziwnie odbijały od prostej, zakurzonej odzieży.
„On jest tylko trzy lata starszy od Sibilli”, pomyślał. Jakby na zawołanie usłyszał za sobą melodyjny głos córki:
– Kto to przyjechał? Czy coś się stało?
– Elviro, zabierz ją stąd! – zawołał ostro, lecz równocześnie odezwał się Álvaro:
– Księżno… Wasza wysokość… Macie córkę… A moja żona…
Choć łamał mu się głos i widać było, że jego opanowanie zaraz pryśnie, Elvira zasyczała:
– Jak śmiesz podnosić oczy na księżniczkę!
Błysnęła krzywa szabla. Książę sięgnął po swoją. Zazgrzytała broń wyciągana przez wszystkich mężczyzn na dziedzińcu.
Oddział z Alvarado od dawna nie stał za bramą. Gonzales, zorientowawszy się, że rozmowa przybiera coraz bardziej nieprzyjazny obrót, nie czekając na rozkaz Álvara przywołał jeźdźców, by otoczyli dziedziniec wraz ze znacznie mniejszą liczebnie pałacową strażą. Biały Zamek znalazł się w pułapce.
Sergio de Las Sierras w mgnieniu oka ocenił sytuację, wsunął szablę do pochwy, zaczerpnął powietrza i powiedział tonem towarzyskiej rozmowy:
– Młody kawalerze, usilnie cię proszę, odejdźmy w takie miejsce, gdzie da się bez przeszkód zamienić parę słów.
Álvaro nie był w stanie wydobyć głosu, więc tylko kiwnął głową, a chowając broń mimowolnie spojrzał w stronę, gdzie stały matka i córka.
Dwie pary oczu, jednakowo niebieskich, za to o różnym wyrazie.
U księżnej – skondensowana nienawiść, u jasnowłosej księżniczki – zdumienie pomieszane z lękiem. Zrobiła taki ruch, jakby chciała ponownie przybliżyć się do ojca, lecz Sergio w tym samym momencie salonowym gestem ujął Álvara pod ramię, by zręcznie go wyprowadzić z zasięgu głosu Elviry. Gdy stanęli w oddaleniu przy niewielkiej fontannie, Álvaro zauważył, że na czole starszego mężczyzny perli się pot.
Jeźdźcy z Alvarado wciąż stali w pogotowiu.
– Kawalerze – zaczął książę, a jego obcy akcent jakby się jeszcze pogłębił – zaklinam cię na wszystkie świętości: nie mieszajmy do tego mojej żony i córki. Jesteś człowiekiem honoru, nie będziesz przecież walczył z kobietami, a ja posłużę ci każdą satysfakcją, jakiej zażądasz.
– To nie wasza książęca mość jesteście winni śmierci moich bliskich. Morderstwo zleciła wasza małżonka.
Sergio wiedział, że młodzieniec mówi prawdę. Pamiętał człowieka, którego Elvira wyprawiała o świcie z Białego Zamku.
– Jestem za nią odpowiedzialny. Oddam się w wasze ręce.
– Nie.
– Moje życie za jej życie.
– Nie!
– Więc czego żądasz?
– Śmierci doñi Elviry.
– Myślisz, że pozwolę ci ją zabić?
– Nie potrzebuję pozwolenia. Wasza książęca mość, rozejrzyjcie się dookoła. Czy widzicie moich ludzi? To dawni żołnierze, bez trudu poradzą sobie z waszą strażą, a wtedy wszyscy będziecie w moich rękach.
Sergio de Las Sierras nie musiał się rozglądać; zdawał sobie sprawę, że los jego rodziny może zależeć od jednej komendy gotowego na wszystko, zrozpaczonego chłopaka i z zimną krwią kontynuował pertraktacje.
– Proponuję ci pojedynek. Jeśli zwyciężysz, zabijesz moją żonę, ale najpierw musisz zabić mnie. Jeśli to ja cię pokonam, odjedziecie stąd nikogo nie tykając. Czy zgodzisz się na taką umowę?
Álvaro pomyślał:
„Najlepszy szermierz Andaluzji… Gdy mnie zabije, Rosita nie zostanie pomszczona.
Ale za to jeszcze dzisiaj się z nią połączę”.
– Niechaj tak będzie – odpowiedział.
Znów zaczął przyglądać się księciu, tym razem po to, by ocenić go jako przeciwnika. Dużo wyższy od niego. Pięćdziesięcioletni, może starszy. Mocna budowa, szerokie ramiona. Z pewnością silny i zręczny. Jasne włosy, jasna kędzierzawa broda, szarobłękitne oczy bez śladu wrogości. Niski, ciepły głos z miękkim akcentem:
– Chodź. Musimy wszystkim oznajmić, co ustaliliśmy.
„On nie mówi do mnie jak do wroga”, uświadomił sobie Álvaro, po czym pospiesznie wyjaśnił Gonzalesowi, co zaraz nastąpi. Ten z przerażeniem obejrzał się na stojących najbliżej weteranów: Rafaela Jimeneza i Egidia de Cantos.
– Słyszeliście? Przecież książę go zabije!
– Wtedy stąd odjedziecie – nakazał Álvaro.
Gonzales wyszczerzył zęby we wściekłym grymasie.
– Wtedy sobie tu pohulamy!
– Chavo, dałem słowo, że nikomu nie uczynicie krzywdy. Rafaelu, macie dopilnować, żeby tak się stało.
Salvador nie rezygnował:
– Ale jeżeli zwyciężysz… Álvaro, jeżeli zwyciężysz, wiem, co zrobię z tą diablicą.
Sam przypominał w tym momencie diabła z kościelnych płaskorzeźb, gdyż jego toporne rysy zniekształcił wyraz prawie nieludzkiego okrucieństwa. Álvaro pomyślał: „Szkoda, że Juan de Las Posadas został z Miguelem. Gdyby był tutaj, miałbym pewność, że moja obietnica zostanie dotrzymana. Po mojej śmierci on jeden zdołałby powstrzymać Chava”.
W tym samym czasie książę ucałował córkę i chciał to samo uczynić z Elvirą, lecz wszyscy ujrzeli, jak odepchnęła go z głośnym protestem:
– Najpierw spełnij obowiązek, a potem przychodź po nagrodę!
– A jeśli zginę?…
– Masz zabić tego Maura!
– Więc tak mnie żegnasz, Elviro?
Księżna wydęła piękne usta i pogardliwie wzruszyła ramionami.
– Wcale cię nie żegnam. Przecież zaraz do nas wrócisz.
A nieco ciszej dodała:
– Ty nędzny głupcze, komuś takiemu chciałeś oddać jedyną córkę?
Jasnowłosy mężczyzna już się nie odezwał. Cięższym niż dotąd krokiem podszedł do rękodajnego, by z jego pomocą zdjąć kaftan. Wierzchnie okrycie zrzucił również Álvaro. Gdy został w koszuli, rozległ się przeraźliwy pisk służebnych dziewek skupionych przed oficyną, ujrzały bowiem rękawy aż do łokci ubroczone we krwi, dotychczas prawie niewidocznej na ciemnym suknie bluzy.
– Rzeźnik. Morderca – skomentowała zimno Elvira. Gonzales wrzasnął:
– To krew jego żony, wiedźmo!!
– Sergio! Masz go zabić zaraz po tamtym!
Książę nie zareagował. Bez pośpiechu podwinął prawy rękaw wykwintnej haftowanej koszuli i wyszedł na środek dziedzińca. Álvaro stanął naprzeciw niego.
Obydwaj mieli już broń w rękach. Chłopak zdążył zauważyć, że książę trzyma szablę podobną do jego własnej, choć nie tak bogatą i o mniej zakrzywionej głowni. W następnej chwili powietrze zagwizdało od nieustających błyskawicznych cięć. Choć patrzącym z boku mogły wydawać się chaotyczne, Sergio wyprowadzał je bez furii, z doskonałą precyzją – po to, by jak najskuteczniej dosięgnąć przeciwnika. Álvaro bronił się wiedziony instynktem przetrwania, bez żadnych szans na przejście do ataku, lecz czarna damasceńska klinga bezbłędnie odbijała każde uderzenie srebrzystej szabli księcia.
Ostrza dzwoniły o siebie, sypiąc snopy iskier. Álvaro z zawrotną szybkością zasłaniał się przed spadającą nań nawałnicą.
Do czasu.
Pierwsza krew pojawiła się, gdy książę samym końcem sztychu dosięgnął twarzy Álvara. Ratując oko, chłopak instynktownie odchylił głowę i ostrze przejechało mu tylko po policzku. Niemal zaraz potem został ugodzony pod obojczyk.
Jakby zwiększyło to jego zapał do walki. Stopniowo, lecz dostrzegalnie rozpoczął ofensywę. Wydawało się, że nie ma możliwości choćby draśnięcia przeciwnika, przełamał jednakże zaklętą barierę nieustannych błysków: teraz na opór napotykała jego szabla.
Książę cofnął się o krok.
I znowu.
Nie przestawał być groźny – Álvaro poczuł krew cieknącą mu po palcach. Sam nadal nie mógł się przebić przez zasłonę przeciwnika, ale teraz to on atakował.
Odgłosom walki towarzyszyły coraz głośniejsze oddechy, wszelako szybciej męczył się książę, co widać było w spowolnionych ruchach i blednącej twarzy. Álvaro natarł jeszcze śmielej. Zapłacił za to kolejną raną, lecz był to ostatni tryumf pana na Białym Zamku. Odtąd szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na stronę Andaluzyjczyka.
Nikt z patrzących nie uchwycił momentu, w którym głownia pchnięta ręką młodzieńca pogrążyła się w piersi starszego mężczyzny. Obydwaj znieruchomieli, wreszcie Álvaro wyszarpnął zbroczone ostrze. Sergio de Las Sierras wydał ni to westchnienie, ni jęk i powoli osunął się na ziemię. Zanim jej dotknął, nie żył.
Zbrojni z Alvarado natychmiast przystąpili do rozbrajania straży pałacowej. Gonzales i dwaj weterani podbiegli do Álvara, który wsparty o szablę wciąż stał nad ciałem przeciwnika i bezmyślnie ścierał rękawem krew z twarzy, sprawiając wrażenie, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje. Zaprowadzili go na kamienną ławkę obok fontanny, napoili winem z bukłaka, a potem zaczęli zakładać prowizoryczne opatrunki. Gonzales szybko porzucił samarytańskie zajęcie, gdyż ujrzał wleczoną w ich kierunku, szamoczącą się w rękach żołnierzy doñę Elvirę.
Na piętnastoletnią Sibillę od dawna nikt nie zwracał uwagi.
***
Wykorzystała to z przytomnością umysłu zaskakującą u tak młodej dziewczyny, a właściwie – rozpieszczonego dziecka, za które ją do tej pory uważano. Jej dzieciństwo skończyło się jednak właśnie w tym momencie.
Wycofawszy się pod ścianę jednej z oficyn zdołała niepostrzeżenie przejść niemal do głównej bramy, skąd brała początek droga łącząca z właściwym traktem, który prowadził do zamku Alvarado i dalej ku przełęczy, a z przeciwnej strony – ku Grenadzie. Przez moment rozważała, czy nie spróbować przedostać się do stajen, lecz byłoby to za wielkim ryzykiem; ponadto jej uwagę zwróciło coś innego.
Wspaniały kary ogier pilnowany przez chłopca w jej wieku.
Pachołek aż drżał z chęci dokładniejszego zobaczenia, co dzieje się na dziedzińcu, gdzie właśnie jakiś mężczyzna ochryple wywrzaskiwał pełne przekleństw zdania o wymierzeniu sprawiedliwości – i była nadzieja, że zechce tam podejść.
Zaś wodze rumaka zostały niedbale okręcone wokół koniowiązu używanego zwykle przez tych przyjezdnych, którym nie opłacało się odprowadzać wierzchowców do stajni.
Nagle chłopiec drgnął. Ale drgnęła również Sibilla. Nad dziedzińcem rozległ się dźwięczny, donośny głos jej matki.
– Mordercy! Dosięgnie was kara!
Pachołek nie wytrzymał i zrobił parę szybkich kroków w tamtym kierunku, wyciągając szyję, aby cokolwiek dojrzeć ponad ramionami zgromadzonych w jednym miejscu mężczyzn. Ogier zatupał niecierpliwie.
Znieruchomiał, gdy jego szyi dotknęła delikatna ręka.
Sibilla nigdy nie bała się zwierząt, zresztą nie miała wyboru: choćby kary rumak był tak ostry, na jakiego wyglądał, musiała go dosiąść. Przecież nie mogła przejść piechotą całej drogi do Grenady.
A może się uda znaleźć pomoc gdzieś bliżej?
Koń był wysoki. Przyzwyczajona do pomocy przy wsiadaniu weszła na jego grzbiet z niejakim trudem, tym bardziej iż wiercił się, wyraźnie zdziwiony, że ma do czynienia z obcym jeźdźcem.
„Żeby tylko nie zechciał mnie zrzucić”.
Nawet nie próbował. Chyba się nudził na Białym Zamku, bo runął w bramę – na szczęście otwartą – nim jeszcze księżniczka zdołała porządnie umościć się w siodle, oczywiście męskim i ze strzemionami o wiele dla niej za długimi. Rozpaczliwie chwyciła gęstą czarną grzywę, przywierając do szyi ogiera, który zdawał się w ogóle nie czuć jej ciężaru. Mknął jak wiatr – ale na rozstajach skręcił ku Alvarado.
– Nie tędy! – krzyknęła jak do człowieka, a szarpnąwszy wodze dorzuciła:
– Grenada! Chcę jechać do Grenady!
Koń zastrzygł uszami, więc powtórzyła:
– Rozumiesz? Grenada!
Byli już przy wodospadzie, ale posłusznie zawrócił. Gdy w pędzie mijali drogę do Białego Zamku, rzuciła okiem, czy nie idzie po niej pogoń. Nie zobaczyła nikogo – widocznie jej ucieczka i zniknięcie karego rumaka nie zostały jeszcze zauważone. Istniała więc szansa na uratowanie rodziców.
Sibilla miała nadzieję, że ojciec był tylko ranny.
Kiedy zjechali z gór i droga stała się równiejsza, koń przyspieszył biegu. Wkrótce między drzewami ukazały się zabudowania Araceny. Księżniczka wiedziała o prawach, jakie jej matka rościła sobie do tej wsi, lecz nie będąc od początku świadkiem rozmowy rodziców z Álvarem nie miała pojęcia o napadzie na dom Bermudezów. Mimo to nie szukałaby tam pomocy, gdyby nie zachowanie ogiera, który gwałtownie skręcił w lewo. W widocznej z daleka bramie wiodącej do obejścia ukazało się kilku mężczyzn.
Byli to ludzie, którzy pozostali przy Miguelu Bermudezie, a ujrzawszy znajomego wierzchowca przerazili się, że coś złego stało się z Álvarem. Gdy dostrzegli w siodle drobną dziewczęcą postać, ich obawę zastąpiło zdumienie.
– Sibilla de Las Sierras? Ta mała księżniczka?
– Może ją kto wysłał?
– A juści, zabrakło im pachołków! I czemu na Aladzie?
– Bo może uciekła? – zorientował się najbystrzejszy. Choć odpowiedziała mu salwa śmiechu, natychmiast zastąpili drogę nadbiegającemu koniowi. Sibilla usiłowała zawrócić, co w innych okolicznościach zapewne by się udało, lecz Alado na widok znanych sobie ludzi zwolnił i pozwolił chwycić się za uzdę.
– Dokąd jedziecie, panienko?
Dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę.
– Pomóżcie mi! Trzeba sprowadzić pomoc dla Białego Zamku!
Nie od razu ją zrozumieli.
– Toć przecie cały oddział tam pojechał!
„To ludzie Álvareza!” – uświadomiła sobie, lecz na ucieczkę było za późno. Mężczyźni zawołali w głąb obejścia, aby podano im wierzchowce i otoczywszy Sibillę ruszyli z powrotem drogą, którą nadjechała.
***
Álvaro próbował wstać z ławki, na której zakładano mu opatrunek, ale zatoczył się i z powrotem opadł na kamienne siedzisko.
– Zabierzcie to wino, don Salvador! – zażądał Rafael Jimenez, gdy Gonzales ponownie podetknął przyjacielowi bukłak z mocnym trunkiem. Egidio de Cantos wyjaśnił tonem perswazji:
– Nie może już pić, toć widzicie wasza miłość, że ledwie się trzyma na nogach.
– Bo stracił mnóstwo krwi, głupcy!
Doświadczeni żołnierze wiedzieli, że ich młody pan odniósł jedynie powierzchowne rany, lecz nie chcieli się sprzeciwiać człowiekowi, którego brutalność i porywczość zdążyli już dobrze poznać. Gonzales wlał półprzytomnemu Álvarowi do ust resztkę wina i zarządził:
– Zaraz wracamy do domu, ale najpierw trzeba skończyć z tą wiedźmą.
Przygotowania do egzekucji były krótkie, a choć spędzeni w jedno miejsce mieszkańcy Białego Zamku byli jak skamieniali ze zgrozy, w obronie księżnej nie podniósł się żaden głos.
Krzyki dochodzące zza bramy na moment zagłuszył grzmot. Niebo pociemniało, więc Gonzales rozkazał przyprowadzić Alada.
– Pomożecie waszemu panu wejść na siodło i odjeżdżamy, bo zaczyna się burza. A nie zapomnijcie wrzucić do komnat zapalonych pochodni, niech diabli wezmą to gniazdo żmij. Słyszeliście, co macie zrobić? – dodał groźnie, ponieważ żołnierze z wahaniem obejrzeli się na Álvara, który chciał coś powiedzieć, lecz zanim to zrobił, nadbiegł Pito.
– Wasza miłość, wybaczcie! – zawołał, przypadając mu do nóg. – Wybaczcie! Alado zniknął!
– Więc jak go pilnowałeś, bękarcie? – wrzasnął Salvador i gwałtownym szarpnięciem za kołnierz poderwał chłopca z ziemi. Drugą ręką wymierzył mu cios w twarz, tak silny, że pachołek rozdzierająco jęknął, a z nosa buchnęła mu krew. Któryś z żołnierzy wtrącił pojednawczo:
– Przez cały czas stali przy bramie, sam widziałem. Musi co koń do domu poleciał.
– Pewnikiem tak było, przecie nikt go nie ukradł – przytaknęli pozostali.
– Zobaczymy na miejscu – przeciął Gonzales. – Teraz wracamy. Dajcie innego konia.
Ledwie minęli ażurowe skrzydła ozdobnie kutej bramy, ujrzeli nadjeżdżających ludzi z Araceny, którzy wiedli między sobą Sibillę.
– No i jest Alado – uradował się Egidio de Cantos. – Ale że to dziewczę odważyło się go dosiąść…
Álvaro z pomocą dwóch weteranów przesiadł się na ogiera, prawą ręką odruchowo objął księżniczkę, nieświadomie udaremniwszy jej zamiar zeskoczenia z siodła, po czym dał znak do odjazdu. Weterani popatrzyli po sobie, zdumieni, że Sibilla nie zostaje w rodzinnym domu, lecz nic nie powiedzieli, być może w obawie przed Gonzalesem. Należało zresztą przyspieszyć powrót, gdyż gwałtownie zmieniła się pogoda. Niebo pociemniało, by po chwili zalśnić błyskawicą, nad górami przetoczył się długi grzmot i jakby na ten sygnał spadły pierwsze krople deszczu. Konie chrapały nerwowo.
Nie z obawy przed burzą.
Na kamienistej drodze wśród długich szkarłatnych smug leżała bezkształtna krwawa masa pokryta strzępami złocistej materii.
Przeraźliwy krzyk Sibilli odbił się echem od mroczniejących gór i długo jeszcze niósł nad jeźdźcami, którzy coraz gwałtowniej popędzali wierzchowce. Kary koń pchnięty ostrogą poszedł w cwał. Sibilla tkwiąc w uchwycie Álvara czuła woń krwi, męskiego potu, metalu i kurzu. Nie wiedziała, czy po twarzy spływają jej krople deszczu, czy łzy.
„Ale ja przecież nigdy nie płaczę…”
Padało coraz mocniej. Niebo raz po raz rozpruwała błyskawica, na moment zalewając drogę fioletowym blaskiem, między skałami z hukiem przewalały się gromy zwielokrotnione przez echo, a oni pędzili w ulewie i zapadających ciemnościach niczym orszak upiorów.
Kres szaleńczej jazdy nastąpił, gdy podkowy zadudniły na zwodzonym moście Alvarado. Zlani deszczem wjechali za mury.
„Po co mnie tutaj przywieźli?”, pomyślała Sibilla, ze wszystkich sił starając się opanować przerażenie. Zamek, ciemny i posępny, oświetlany jedynie błyskawicami, wyglądał jak siedziba złych duchów. Obejrzała się na mężczyznę, który siedział za nią w siodle i omal znów nie krzyknęła: w głębokiej czerni jego oczu było coś demonicznego, a wyraz ten wzmacniała krwawa rysa przecinająca policzek. Zsunął się ciężko z konia i zachwiał, jakby zaraz miał upaść, lecz doskoczył doń z pomocą potężnie zbudowany człowiek o brutalnej twarzy. Podtrzymawszy go powiedział ochryple:
– Musisz odpocząć, chodź do nas na wino, wzmocni cię przed gorącą nocą!
Salvador Gonzales usłyszał, co księżna mówiła do męża przed pojedynkiem.
Sibilla nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia jego słów. Była zbyt wstrząśnięta, aby dotarło do niej cokolwiek poza najważniejszym: że nie ma już rodziców. Nie wiedząc jak i kiedy znalazła się w dużej, ponurej komnacie słabo oświetlonej blaskiem ognia płonącego na kominku. Pod przeciwległą ścianą stało łoże z baldachimem, pod oknami – wyściełana ława i skrzynie na odzież. Drzwi obok kominka prowadziły do przyległej komnaty, na której chyba kończyła się amfilada pomieszczeń, lecz nie pozwalała tego sprawdzić panująca tam ciemność. Sibilla nie myślała zresztą o ucieczce, a raczej o obronie przed Álvarezem. Niejasno czując, że kiedy tu wróci, może wyrządzić jej krzywdę, zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu jakiegoś oręża. Na ścianach wisiały tylko obrazy i arrasy, więc księżniczka, drżąc w przemoczonych sukniach, podeszła do komina. Przebiegła wzrokiem po płonących głowniach w nadziei znalezienia takiej, którą dałoby się ująć w rękę, niestety wszystkie paliły się na całej swojej długości.
„Gdy wejdzie, rzucę się w ogień” – postanowiła, świadoma, że tego nie zrobi.
Wszedł niedługo później. W wilgotnym ubraniu, już bez szabli i jeździeckich rękawic, ale wciąż z krwią zaschniętą na twarzy i oczami jak noc pełna błysków płomieni. Po komnacie rozniósł się zapach wina.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Sibilla mimo narastającego lęku nie spuściła oczu. Zamknęła je dopiero wtedy, gdy Álvarez podszedł do niej i bez słowa zaniósł na łoże. Potem był już tylko ciężar ciała mężczyzny, gorący oddech na skroni i przeszywający, nieznany ból.
Za oknami biły pioruny.