W Nevadzie zastali wszystko po staremu. Jedyną zmianą była nieobecność w Aracenie małej Juany, oddanej na rok do tego samego klasztoru, gdzie uczyła się Rosita. Don Domingo, dla którego Juana była wychowanką, sierotą po zmarłej, przedwcześnie owdowiałej siostrze, oświadczył:
– Uznałem, że powinna dostać to samo, co moja rodzona córka, choć niby dziewczynie edukacja do zamążpójścia w niczym niepotrzebna. A posag dam swoją drogą.
– Edukacja zawsze się przyda – zaprzeczyła Rosita. Álvaro, któremu ta rozmowa o czymś przypomniała, sięgnął w zanadrze.
– W takim razie powinnaś być z tego zadowolona – powiedział, wyciągając kupioną u madryckiego księgarza ładnie oprawioną książkę z wytłoczonym na karcie tytułowej napisem „Mężatka doskonała”1.
– Ach! Dziękuję – ucieszyła się dziewczyna. Ojciec zajrzał jej przez ramię.
– Podręcznik dla mężatek? No, no, czego to nie wymyślą.
Zgrubiałymi od pracy palcami przerzucił kilka kartek, by na koniec lekceważąco zawyrokować:
– Nic poza tym, czego młoda oblubienica dowiaduje się od własnej matki. Albo od opiekunki – dodał, zerknąwszy na nianię Serafinę. – Ale przeczytać możesz, nie zaszkodzi ci. Choć zawsze uważałem, że kobiecie powinna wystarczyć książeczka do nabożeństwa.
Oddał książkę córce i ziewnął, co ze szczerością dziecka skomentował Gonzales:
– Mnie też się chce ziewać, jak tylko spojrzę na druk!
Mimo nieszczególnych talentów towarzyskich Salvador szybko zadomowił się zarówno w Aracenie, jak i w Alvarado, gdzie zajął jedną ze skromnych parterowych izb, choć Álvaro zachęcał go do zamieszkania w jego dawnej sypialni na piętrze. Z parteru miał bliżej do weteranów, z którymi od razu nawiązał przyjacielskie kontakty, godzinami wysłuchując przy kielichu ich opowieści o wojnie. Nigdy nie polubiła go natomiast ochmistrzyni, podświadomie wyczuwająca zły wpływ, jaki wywierał na jej dawnego wychowanka.
***
Álvaro od rana wybierał się do Araceny, lecz różne sprawy, z którymi przychodzili do niego mieszkańcy zamku spowodowały, że mógł to zrobić dopiero po południu. Gdy schodził na dziedziniec, zobaczył wjeżdżającego przez bramę Jorgita, dwunastoletniego pachołka Bermudezów. Chłopiec zeskoczył z siodła i podbiegł z meldunkiem:
– Wasza miłość don Álvaro, mamy ważnego gościa! Chce kupić konie, ponoć zanosi się na dobry zarobek, więc don Domingo prosił, żebyście co rychlej się zjawili.
– Co to za gość?
– Mówił coś o Madrycie.
Álvaro zawrócił do komnat, by zmienić strój na bardziej odpowiedni, a po drodze zastanawiał się nad osobą tajemniczego klienta.
„Czyżby wysłaniec z królewskiego dworu?”.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż sława karych koni z andaluzyjskiej Araceny dotarła nawet do Kastylii, ale zamówienie z dworu Filipa II stanowiło największy zaszczyt dla każdego hodowcy. Mogło też chodzić o niedawno powstałą w Kordobie królewską hodowlę czystych rasowo andaluzów, do której pojedyncze okazy sprowadzano zarówno ze stadnin klasztornych, jak i prywatnych.
Choć Álvaro nie nosił zazwyczaj żadnych ozdób prócz żelaznego sygnetu po ojcu, po krótkim namyśle przełożył przez głowę złoty łańcuch z szerokich, kunsztownie posplatanych ogniwek i zawiesił szablę na jedwabnym pendencie, noszonym tylko od święta.
Owa elegancja dodała mu pewności siebie, gdy w gościnnym pokoju w Aracenie ujrzał wystrojonego według najświeższej mody szlachcica przybyłego, jak sam oświadczył, z regionu Murcii.
– Mój pan – tu wymienił nazwisko wielkiego magnata, jednego z grandów Hiszpanii – stracił właśnie ukochaną małżonkę, a teraz pragnie, by jej pogrzeb odzwierciedlił potęgę całego rodu.
Álvaro nie był pewien, czy mu się zdaje, czy rzeczywiście w głosie dworzanina zabrzmiała ironia, lecz słuchał dalej:
– Trumna obita srebrną blachą będzie jechała na wozie zaprzężonym w czarne muły, a poczet żałobny ma przejść wspaniałością wszystko, co do tej pory w owej dziedzinie zostało wymyślone i winien zaćmić nawet splendory stolicy.
Bez wątpienia: patos tych słów podszyty był subtelnym szyderstwem.
– Trumnę otoczy ośmiu młodzieńców z najlepszych rodzin, którzy powinni dosiadać najpiękniejszych karych ogierów, jakie kiedykolwiek zrodziły iberyjskie klacze.
– Czy pogrzeb odbędzie się w Madrycie? – wtrącił Álvaro, przypomniawszy sobie wzmiankę Jorgita.
– Gdyby miał się odbyć na miejscu, mój pan zapewne nie przykładałby aż takiej wagi do przepychu uroczystości, ale że w Madrycie znajdują się wszyscy krewni nieodżałowanej nieboszczki…
„… będzie chciał popisać się przed nimi zamożnością”, dokończył w myśli Álvaro. Nieuważnie słuchając dalszych wywodów zastanowił się nad najpiękniejszymi okazami karych, niekastrowanych koni w Aracenie i Corrales, usiłując policzyć, czy zbierze się ich potrzebna ilość.
Nieco później, gdy prezentował gościowi przeprowadzane przez masztalerzy rumaki, obliczał kwotę, na jaką powinien je wycenić.
„Hurtowy zakup – o ile zostanie nabyta cała ósemka – wymaga wprawdzie obniżki ceny, ale z drugiej strony uwalnia klienta od konieczności jeżdżenia po całej Andaluzji w poszukiwaniu pojedynczych ogierów, w dodatku karych, co znacznie utrudnia sprawę, gdyż wszędzie poza naszą stadniną hodują głównie siwe. A jeszcze to ostentacyjne chwalenie się bogactwem… Niech płaci”, zdecydował z satysfakcją i gdy przyszło do targu, swobodnie wymienił sumę tak wysoką, że obecny przy tym don Domingo mimo woli aż się żachnął.
Na dworzaninie owdowiałego granda nie wywarło to jednak żadnego wrażenia.
– Przyjmuję – oświadczył i natychmiast wezwał swego rękodajnego, aby przyniósł mu skrzynkę z pieniędzmi.
Don Domingo dziwił się później z aprobatą:
– Gdzie ty się nauczyłeś tak rozmawiać z klientami? Zawsze uważałem cię za raczej nieśmiałego. Myślałem, że jesteś zbyt dobrze ułożony, aby zdobyć się na narzucenie komukolwiek swojego zdania.
– Jakże, przecież przeciwstawił się własnemu ojcu, gdy chodziło o małżeństwo z Rositą – przypomniał lojalnie Miguel. Álvaro nieznacznie się uśmiechnął.
– To było najtrudniejsze, ponieważ ojca bałem się jak nikogo innego, teraz już jestem w stanie przeciwstawić się każdemu.
– Słyszysz, Rosito? – zawołał Miguel w kierunku siostry, która podniosła wzrok znad cerowanego właśnie ojcowskiego kaftana i powiedziała spokojnie:
– Nie zamierzam w niczym sprzeciwiać się Álvarowi, więc nigdy nie będzie musiał mi się przeciwstawiać.
– „W niczym”, „nigdy”! – sarknął don Domingo. – Że też wy, kobiety, nie potraficie obejść się bez wielkich słów.
– Rosito, ale ja jestem gotów spełnić każde twoje życzenie, nie zapominaj o tym – zapewnił Álvaro. Dziewczyna uśmiechęła się figlarnie:
– Więc podaj mi nożyczki.
Uczynił to, skradłszy w przelocie całusa, po czym nie bez żalu zaczął się zbierać, by powrócić przed zmierzchem do Alvarado. Wychodząc z izby jeszcze raz spojrzał na ukochaną pochyloną nad szyciem, na dopijającego wino Miguela, na nianię zbierającą ze stołu naczynia po skromnej wieczerzy… i poczuł silne jak nigdy dotąd pragnienie, aby wcale stąd nie wyjeżdżać.
Jego oczy spotkały się z oczami don Dominga. Skinęli sobie głowami na pożegnanie, lecz dzierżawca w jednej chwili podjął stanowczą decyzję.
Jeszcze tego samego wieczoru, gdy zostali sam na sam z Serafiną, zwierzył jej swój pomysł i uzyskał pełną aprobatę.
***
Następnego dnia w Corrales zaczęła się źrebić Amatista. Álvaro z Miguelem od rana czuwali w stajni, niespokojnie obserwując zachowanie siwej arabskiej klaczy, jednej z najlepszych matek w stadninie.
– Żeby tylko nie było kłopotów – martwił się Álvaro. – Zawsze rodziła co do dnia, a tym razem ma już tydzień opóźnienia.
Przyjaciel próbował go uspokoić.
– Nie wymagaj za dużo, może nosi ogierka, one zawsze przychodzą później, nawet dwa tygodnie po terminie to nie jest powód do obaw.
– Ale nie u Amatisty. Mówię ci, że będzie niedobrze.
Klacz, dotąd chodząca po świeżej słomie, którą niedawno wyłożono zagródkę, nagle stanęła i nisko opuściła łeb. Na białym pysku o delikatnych różowych chrapach pojawił się wyraz cierpienia. Gdy Álvaro przesunął ręką po jej bokach i zadzie, wyczuł miękkość mięśni – typową oznakę nadciągającego porodu.
– Lada moment się zacznie – ocenił, zauważywszy wilgotne plamy potu na sierści zwierzęcia.
– W nocy tyż nam się tak widziało, wasza miłość – powiedział stajenny – a do rana przeszło.
Ledwie przebrzmiało ostatnie słowo, klacz stęknęła i upadła na kolana. Mężczyźni przykucnęli wokół niej z chrzęstem deptanej słomy.
– Spokojnie, spokojnie, Amatisto – przemawiał Álvaro, pieszczotliwie gładząc ją po mokrej szyi. Klacz, z pewnością świadoma, że chce jej pomóc, trąciła nosem jego ramię, lecz wyszczerzone zęby i stulone uszy świadczyły o odczuwanym bólu. Miguel odchylił obfity ogon i zameldował radośnie:
– Już widać kopytka!
Jego zadowolenie wypływało z przeświadczenia o prawidłowym ustawieniu źrebaka. Uspokajająco poklepując klacz czekali teraz, aż pojawi się łebek.
Trwało to jednak stanowczo za długo. Już wiedzieli, co się dzieje: łeb źrebaka musiał być przesunięty względem jego tułowia, co groziło uwięźnięciem, a w konsekwencji śmiercią źrebięcia i matki. Taka sytuacja nie zdarzyła się w stajniach Corrales po raz pierwszy, lecz tym razem chodziło o Amatistę.
– Trza pociągnąć małe, coby szybciej wyszło – zaproponował stajenny. Álvaro warknął:
– Jak pociągniemy, zaklinuje się na dobre!
– Najpierw musimy sprawdzić położenie głowy – poparł go Miguel. – Spróbuj ty, masz delikatniejszy dotyk.
Álvaro zrzucił koszulę i wsunął rękę między błony płodowe, widniejące pod ogonem klaczy. Choć zagłębił ramię najdalej jak mógł, wciąż nie wyczuwał łebka źrebięcia, wreszcie wykrzyknął z rozpaczą:
– Głowa odgięta wzdłuż grzbietu! Nie potrafię jej przekręcić.
Jego tors, podobnie jak boki konia, był wilgotny od potu. Wkrótce pot spływał z niego strumieniami, ale wszystkie wysiłki były daremne – nie zdołał ustawić źrebaka w prawidłowej pozycji. Zdyszany wycofał się wreszcie, by zrobić miejsce Miguelowi.
– Może tobie pójdzie lepiej.
Ciałem klaczy wstrząsnął potężny skurcz.
– Przyj, Amatisto! Jeszcze mocniej! – błagał Álvaro, z nadzieją obserwując wysiłki przyjaciela. Miguel borykał się z łebkiem, który wciąż wyślizgiwał mu się z uchwytu, stajenny zaś stał w pogotowiu na wypadek, gdyby trzeba było wyciągać źrebaka. Amatista parła.
– Jest! – zawołał wreszcie Miguel i już po chwili mokre źrebię wysunęło się z ciała matki. Jego sierść była zupełnie czarna, jak zwykle u koni arabskich, które biały kolor uzyskują dopiero po pewnym czasie. Stajenny przeciął pępowinę, nie czekając, aż klacz w celu jej zerwania gwałtownie podniesie się na nogi, gdyż mogłoby to grozić uszkodzeniem źrebięcia. Gdy potem uprzątał łożysko, Alvaro napoił Amatistę lekko osoloną letnią wodą z garścią pszennych otrąb, zaś Miguel wiechciem słomy wytarł jej spocone boki. W tym czasie miniaturowy konik niezgrabnie stanął na cienkich, drżących nóżkach, by chwiejnym krokiem podejść do klaczy, która z trudem dźwignąwszy się z ziemi zaczęła obwąchiwać swoje nowe dziecko.
– Masz córkę, Amatisto!
Klacz prychnęła, jakby chcąc przytaknąć i przystąpiła do lizania sierści źrebięcia.
Choć wiele razy asystowali przy podobnych scenach, teraz również zaczekali, aż zwierzątko dotknie chrapkami aksamitnego wymienia matki, a zachęcone przez nią delikatnym szturchnięciem zacznie ssać mleko.
***
Tego wieczoru zmęczeni i głodni wyjechali z Corrales tak późno, że Álvaro zrezygnował z powrotu do domu. Jak to już nieraz robił, postanowił zanocować u Miguela, a teraz, rozebrany do pasa, mył się ze wszystkimi pod studnią. Domingo stanął u wejścia na patio, przez chwilę obserwował go z uśmiechem, po czym porozumiewawczo zerknął na przechodzącą Serafinę, która prawie niedostrzegalnie skinęła głową.
Gdy później siedzieli przy wieczerzy i Álvaro, z wilgotnymi po myciu włosami, w czystej koszuli pożyczonej od Miguela, podstawiał swój kubek Rosicie nalewającej wino, don Domingo od niechcenia zagadnął córkę:
– A może byś tak przenocowała go u siebie?
Dziewczyna szeroko otworzyła oczy i odstawiła dzbanek.
– Jak to? Przecież Álvaro właśnie zostaje u nas na noc.
– Przygarnij go do swojej sypialni, to przecież twój narzeczony.
Álvarowi rozbłysły oczy, Rosita zaczerwieniła się i odwróciła głowę, zaś niania umieściwszy pośrodku stołu drewniany talerz z pokrojonym chlebem powiedziała tonem perswazji:
– Toć to nie grzech, dziecko. Jesteście prawie małżeństwem. A don Álvaro dużo dla ciebie wycierpiał.
– Tedy nie męcz go dłużej – dokończył ojciec.
Álvaro z nadzieją spojrzał na ukochaną, która jednakże bez słowa wybiegła z izby. Poderwał się, żeby pójść za nią, lecz Domingo wstrzymał go gestem ręki.
– Panieński wstyd. Musi trochę pogrymasić, chyba nie spodziewałeś się, że to tak łatwo pójdzie?
– Ale jeżeli ona nie chce? Nie można jej zmuszać.
– Chłopcze, twoja w tym rzecz, żeby zechciała! – poradził dzierżawca. Niania wyszła, by po chwili wrócić z zarumienioną i uśmiechniętą Rositą. Álvaro wstał od stołu, wziął dziewczynę za rękę i pociągnął pod ścianę, na której wisiał w ramach z rzeźbionego orzechowego drewna bardzo stary haft przedstawiający Chrystusa na krzyżu. U góry srebrnym szychem2, który niegdyś był błyszczący, lecz z biegiem lat zupełnie sczerniał, wyszyto napis: „Przez krzyż i mękę zbawiłeś nas, Panie”.
– Jeżeli masz wolę należeć do mnie jako prawowita małżonka, możemy w myśl starego obyczaju udzielić sobie ślubu, biorąc na świadka Zbawiciela oraz wszystkich obecnych.
Obyczaj taki istotnie wciąż był praktykowany, a zawarty w ten sposób związek małżeński posiadał moc prawną, mimo że od piętnastu lat obowiązywał nakaz Soboru Trydenckiego, by udzielać ślubów wyłącznie w obecności kapłana.
– Ale gdybyśmy zaczekali, aż skończy się moja żałoba, mógłbym urządzić wspaniałą ceremonię w katedrze w Grenadzie.
– Nie chcę – powiedziała cicho Rosita.
– Nie chcesz ślubu?
– W Grenadzie…
– Ja też nie chcę. To ojciec mówił o czymś takim: że ślub będzie mi dawał arcybiskup Grenady i będzie się paliło tysiąc świec.
– Myślał wtedy o jakiejś innej pannie młodej – przypomniał Domingo. – Więc już lepiej bierzcie ślub tutaj albo w parafii. Zdaje się nikomu nie zależy na wielkich uroczystościach.
– Chwileczkę – zaprotestowała Serafina. – Nie musi to być wielka uroczystość, jednak wypadałoby chociaż odziać się przystojniej. Don Álvaro i Miguel przyszli prosto od roboty, a ty, Rosito, też mogłabyś się nieco przystroić.
Obaj młodzieńcy zerknęli na swoje zniszczone pludry i połatane, choć czyste koszule; w duchu musieli przyznać niani trochę racji, lecz Rosita niespodziewanie dla wszystkich podniosła głowę w okolu ciemnych warkoczy, by oznajmić z przekonaniem:
– Kocham Álvara zawsze i wszędzie jednakowo, niezależnie od ubioru. Idziemy razem w życie, a nie na bal dworski. Niech wszystko będzie zwyczajne.
Niania skrzywiła się i chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją Álvaro, idąc w sukurs narzeczonej.
– Ja Rositę pokochałem, kiedy była w domowej sukience. Nie musi się dla mnie stroić do ślubu. A najmilsza uczta weselna to wieczerza po pracy, tutaj, w Aracenie. Bez obcych.
– Skoro tak, to w imię Boże – powiedział don Domingo i podszedł do obrazu. To samo uczynił Miguel. Młodzi stanęli u stóp Zbawiciela i wymienili przyrzeczenia.
Gdy skończyli, dzierżawca zarządził, starając się ukryć wzruszenie:
– A teraz siadamy do uczty weselnej. Musicie już być porządnie głodni. Serafino, daj tego lepszego wina.
– Teraz naprawdę jesteś moim bratem – uśmiechnął się Miguel, gdy Álvaro zajmował swoje stałe miejsce obok niego przy stole.
– Zawsze uważałem cię za brata. Nie czuję, żeby się coś zmieniło.
– Dla świata zmieniło się bardzo dużo. Twój ojciec nie byłby zachwycony.
Don Domingo usłyszał ostatnie słowa i powiedział w zamyśleniu:
– Przez tyle lat zażyłości nigdy się z Ángelem nie poróżniliśmy. Jedyny rozdźwięk stanowiła kwestia waszego małżeństwa. Ale wiesz, o czym pomyślałem, Álvaro? Że gdyby Ángel, gdziekolwiek przebywa jego dusza, mógł nas teraz zobaczyć, nie miałby żalu.
– Może i tak… – westchnął chłopak, wspomniawszy ostatnie pożegnanie z ojcem przed wyjazdem do Madrytu.
– Lubiłem i szanowałem Ángela. Dobry był z niego dowódca, choć wymagający jak żaden inny. Zresztą sam wiesz coś o tym.
Álvaro mimo woli dotknął małej trójkątnej blizny pod okiem. Na drugiej dłoni poczuł współczujący uścisk palców Rosity.
– Ale pora udać się na spoczynek – zakończył Domingo. – Serafino, czy sypialnia dla nowożeńców gotowa?
Kobieta kiwnęła głową, wciąż jakby trochę niezadowolona. Gdy Rosita zaczęła wstawać od stołu, odprowadziła ją na bok, z powagą coś tłumacząc.
– Ostatnie rady dla panny młodej – zażartował don Domingo, zmierzający już w stronę swojego pokoju. Przeszedłszy obok Álvara poklepał go po ramieniu.
– No to dobrej nocy, mój młodszy synu.
– Dobranoc, ojcze.
Álvaro chciał schylić się do jego ręki, ale Bermudez powstrzymał go, serdecznie całując w oba policzki.
– Nie trzeba, chłopcze, mimo wszystko wciąż czuję się tylko podkomendnym twojego ojca. Bądź dobry dla Rosity. Serafino, idziemy!
***
Sypialnia Rosity mieściła się na piętrze, więc młodzi weszli po schodkach na ganek, lecz po otwarciu drzwi dziewczyna cofnęła się z lekkim okrzykiem. Gdy gotów do interwencji Álvaro zajrzał do środka, zobaczył niewielki pokoik z szerokim łożem, przystrojonym wstążkami i zielenią. Na małej komódce paliły się dwie świece osadzone w żelaznym kandelabrze.
Rosita wyjaśniła z zażenowaniem:
– Zabrali mi moje łóżko.
– Bo pewnie było za wąskie dla dwojga. Najmilsza, czy ty się mnie boisz? – wykrzyknął zdziwiony, zauważywszy, że drżą jej usta.
– Nie… Trochę.
– Więc posłuchaj: nic wbrew twojej woli. Będę czekał tak długo, aż sama poczujesz, że jesteś gotowa… stać się moją żoną – dokończył ciszej.
Rosita nie była niczego nieświadomą panienką z miasta. Wychowana w stadninie, wielokrotnie widziała stanowienie klaczy, zdarzyło jej się też mimowolnie podsłuchać miłosne zwierzenia dziewcząt służebnych. Choć tak samo jak one dojrzewała pod gorącym słońcem Andaluzji, płomienna namiętność Álvara budziła w niej obawę podobną tej, jakiej doświadczamy wobec niepohamowanego żywiołu. Wiedziała, że mąż uczyni ją kobietą, lecz pragnęła to odwlec. Zapytała z nadzieją:
– Więc będziesz spał u Miguela?
– Nie. Chcę spać przy tobie. Z tego nie zrezygnuję. Teraz zaczekam za drzwiami, aż się położysz. Zawołaj, jak będziesz gotowa.
Oparty o balustradę ganku czekał, uśmiechając się sam do siebie. Gdy zza drzwi dobiegło ciche „Już”, wszedł do sypialni. Rosita w koszuli i z rozpuszczonymi włosami leżała na skraju łóżka, niemal po szyję zakryta prześcieradłem. Odblask płomyków świec zapalał iskierki w skrętach jej długich włosów, pofalowanych od ciągłego splatania w warkocze i lśnił w brązowych oczach, nadając im barwę ciemnego miodu. Ślicznie zarysowane usta rozchylały się w nieśmiałym uśmiechu, a policzki barwił rumieniec.
Álvaro stał w progu, nie mogąc się na nią napatrzyć. Jeszcze nie całkiem dotarło do jego świadomości, że ta słodka, łagodna dziewczyna, którą kochał niemal od dzieciństwa, wreszcie została mu zaślubiona.
I że wkrótce będzie należeć do niego.
Tymczasem nie miał nawet odwagi się rozebrać, aby nie urazić wstydliwości swojej dziewiczej małżonki. Po chwili wahania zdjął tylko buty, zostając w spodniach i dziennej koszuli, po czym położył się na wolnej połowie łóżka. Oboje wpatrywali się teraz w siebie, jakby nigdy wcześniej się nie widzieli, przy czym rumieniec Rosity przybierał coraz mocniejszą barwę.
Po chwili Álvaro zapytał z prośbą w głosie:
– Ale chyba pozwolisz mi się pocałować?
Do tej pory udawało mu się to bardzo rzadko, zawsze króciutko i w przelocie, nic więc dziwnego, że poczuwszy pod ustami jej usta nie mógł się nimi nasycić. Krew uderzyła mu do głowy i szybko odsunął się od dziewczyny, mówiąc:
– Zgaszę świece.
– Nie trzeba.
– Zawsze śpisz przy świetle? – zdziwił się tak szczerze, iż musiała się roześmiać.
– Więc zostaw tylko jedną – powiedziała.
– Aha, wolisz nie spuszczać mnie z oka? – roześmiał się również, zadowolony, że rozładowało się chwilowe napięcie między nimi. Wykonał polecenie i wrócił do łóżka; tym razem pozwolił sobie na śmielsze pocałunki, które Rosita ku jego radości zaczęła nieśmiało oddawać. Gładził ją po twarzy i po włosach, lecz wkrótce zsunął dłoń na szyję, z szyi – na dziewczęcą pierś, by coraz zachłanniej poznawać kuszące kształty ciała skrytego pod cienkim lnem koszuli. Rosita zaprotestowała dopiero wtedy, gdy próbował ją rozebrać:
– Álvaro, obiecałeś.
Wycofał się z ociąganiem, pomyślawszy na pociechę o następnej nocy, podczas której z pewnością uda mu się uzyskać coś więcej. Był zresztą bezgranicznie szczęśliwy i nawet zdobywanie krok po kroku własnej żony samo w sobie stanowiło dlań nagrodę za wszystkie cierpliwie znoszone niedole. Rosita pomyślała widać o tym samym, bo nagle usłyszał jej niepewny głos:
– A może ja jestem dla ciebie niedobra?
– Przecież mamy przed sobą całe życie – uspokoił ją z czułością.
Gdyby nawet wiedział, jak krótko będzie trwało ich małżeństwo, postąpiłby tak samo. Zasnęli trzymając się za ręce, gdyż wszelka próba przytulenia powodowała, że od Álvara natychmiast uciekał sen.
***
Rano oboje znaleźli się pod ostrzałem wymownych spojrzeń, które się nasiliły, gdy niania poszła po coś na piętro, niby przypadkiem zawadzając o pokój Rosity. Wróciwszy, uczyniła nieznaczny ruch głową w kierunku don Dominga, który ze zdziwieniem uniósł brwi. Ponieważ w gospodarstwie nie było dziś dużo pracy, Álvaro postanowił spędzić dzień w Alvarado i wrócić na wieczerzę.
W zamku wiadomość o jego ślubie została przyjęta jako oczywisty fakt, który już dawno powinien był nastąpić i tylko ochmistrzyni zapytała, czy Rosita jest gotowa opuścić Aracenę. Álvaro nieco się zakłopotał, gdyż najchętniej sam przeprowadziłby się do żony. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, mruknął nie bez podstaw coś o konieczności przeprowadzenia remontu, po czym zamknął się w swojej obecnej sypialni.
Jak w każdym bogatszym domu przestrzeń między ścianą a łożem, zwana we Francji la ruelle, służyła za swoisty skarbiec – miejsce przechowywania kosztowności oraz dokumentów. Przed laty wmurowano tam metalową skrzynię, z zawartością której Álvaro co prawda jeszcze nie zdążył dokładnie się zaznajomić, lecz wiedział o cedrowej szkatułce zawierającej klejnoty jego matki. Chciał, aby nosiła je teraz Rosita.
W Aracenie zaczekał, aż skończy się wieczerza, a nim zaczęto wstawać od stołu, powiedział do żony:
– Nie dałem ci wczoraj ślubnego pierścienia. Wybierzesz go sobie sama. A to jest mój dar ślubny.
Zamiast po prostu wręczyć szkatułkę, impulsywnie wysypał jej zawartość na kolana dziewczyny, która wzdrygnęła się i obronnym ruchem uniosła ręce, niechcący strąciwszy przy tym jakiś drobiazg.
– Nie potrzebuję złota, Álvaro. Wezmę tylko pierścień.
Spojrzała bezradnie na piętrzący się przed nią rozmigotany stosik klejnotów. Na pierwszy rzut oka nie było wśród nich żadnego pierścienia, spróbowała więc porozdzielać poszczególne ozdoby, co nie było łatwe, gdyż posczepiały się ze sobą. Tymczasem Miguel z uśmiechem wskazał złote kółko leżące tuż przy ścianie na terakotowych płytkach podłogi.
– On sam znalazł do ciebie drogę. Potoczył się pod obraz.
Miał na myśli wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego, u stóp którego odbyły się wczoraj zaślubiny.
– A więc pod obrazem trzeba go wręczyć – uznał don Domingo. Álvaro pomógł Rosicie umieścić precjoza z powrotem w szkatułce, wziął od Miguela prostą obrączkę z szafirem podtrzymywanym przez dwie nieduże perły i oboje podeszli do ściany, jakby dla powtórzenia wczorajszego obrządku.
– Szafir symbolizuje wierność małżeńską – wypowiedziała się fachowo Serafina.
– Męża czy żony? – chciał wiedzieć don Domingo.
– Obojga!
– To dobrze, bo już się zaniepokoiłem, że jest tylko jeden kamień. No to możecie się wreszcie uważać za prawdziwie zaślubionych.
Odwrócił lekko głowę, aby ukryć uśmiech, lecz Álvaro zdążył się domyślić aluzji do nieskonsumowania małżeństwa.
– Czy naprawdę chcesz dla siebie tylko ten pierścień? – zapytał Rositę, trochę zmartwiony, że nie przyjęła jego daru. Odrzekła z rozbawieniem:
– Álvarito, a gdzież bym nosiła takie wspaniałości? Tutaj w domu, przy pracy?
– A chociażby – mruknął nieprzekonany i nagle się ożywił.
– Zauważyłem coś akurat dla ciebie. Do tej różowej sukienki, którą wkładasz w święta. O, leży na wierzchu.
Ostrożnie wydobył ze szkatułki kolię z pięknych pereł o różowym połysku i zapiął na szyi dziewczyny.
– Widzisz? To jest skromne, a bardzo ładne. I pasuje do pierścienia.
Don Domingo wybuchnął śmiechem.
– Chłopcze, toż za te kulki można by dostać dobrego konia! Taki naszyjnik wart jest majątek, a ty go nazywasz skromnym. A może byś nam się pokazała, córko, w swojej pięknej różowej sukience?
Rosita bez słowa wysunęła się z izby, by po dłuższej chwili wrócić w sukni, która wcale nie była różowa – uszyto ją z delikatnej szarobrązowej wełny i tylko podbicie rękawów, przezierające przez ozdobne nacięcia, lśniło intensywną barwą różowego atłasu. Różowe były też aksamitki zdobiące gors i spódnicę, a pod szyją widniało obramowane riuszką niewielkie wycięcie, na którym teraz błyszczał perłowy naszyjnik.
Suknia, choć na tle prosto urządzonego pomieszczenia i ludzi w roboczej odzieży wydawała się niezwykle strojna, w rzeczywistości nie była bogata i przypominała raczej domowe ubranie księżniczki z Białego Zamku. Jednakże Álvaro i tak był olśniony. Rosita widząc jego zachwyt zarumieniła się z radości, a don Domingo spoglądał na oboje z przyjemnością i dumą.
– Wyglądasz jak prawdziwa róża – szepnął z podziwem nowożeniec, czyniąc aluzję do imienia wybranki, na co dzierżawca zaśmiał się głośno:
– A zerwijże ją wreszcie, chłopcze! Długo będziecie z tym czekać?
Tym razem zarumienił się i Álvaro, lecz gdy został z Rositą sam w sypialni, postanowił zachowywać się śmielej niż poprzedniej nocy. Ponieważ dziewczyna leżała już w łóżku, zdmuchnął od razu obie świece, by pod osłoną ciemności ściągnąć z siebie odzież. Nagi wsunął się pod prześcieradła, oczekując protestu. Istotnie niemal natychmiast usłyszał okrzyk:
– Álvaro!…
– Mam spać w ubraniu?
– W koszuli!
– Przecież jestem twoim mężem. Dlaczego się mnie wstydzisz? Poza tym jest ciemno.
Przysunął się bliżej i nieoczekiwanie poczuł, jak jedwabiste ramiona wyłaniające się z szerokich rękawów owijają mu szyję.
– Nie gniewaj się – szepnęła. – Muszę się do ciebie przyzwyczaić.
Przesunęła dłońmi po jego barkach, ale zaraz potem straciła śmiałość i zaplotła mu palce na karku. Uwięziony w tym na pół czułym, a na pół lękliwym uścisku całował jej twarz, szyję i ręce poniżej łokci, gdyż tylko tyle odsłaniała nocna koszula.
– Rozbierz się – poprosił wreszcie bez większej nadziei na spełnienie tego życzenia, jednakże z ciemności padła cicha odpowiedź:
– Dobrze. Ale nie jestem jeszcze gotowa na… wszystko.
Walcząc z własną gotowością pieścił dane mu na własność, a wciąż nie należące do niego ciało żony, ona zaś odwzajemniała się lekkimi muśnięciami jego ramion i pleców. Ponieważ bardziej go to łaskotało niż sprawiało przyjemność, powiedział półżartem:
– Nie musisz być taka delikatna. Nie jestem z lodu, nie roztopię się.
– Jesteś gorący…
– A widzisz. Dotykaj mnie tak, jak ja ciebie.
Cierpliwie uczył ją pierwszych kroków w sztuce miłości, przezwyciężając zarówno jej wstydliwość, jak i własne pożądanie, aż nad ranem zasnęli oboje, z dłonią w dłoni i ustami przy ustach.
***
Dopiero następnej nocy – trzeciej po ślubie – Álvaro zerwał swoją różę.
Gdy rankiem spojrzał na prześcieradło, jednym ruchem ściągnął je z łoża, zwinął w kłębek i podał ubierającej się Rosicie.
– Schowaj to. Nie chcę, żeby wszyscy widzieli.
Zdziwiła się.
– Taki jest zwyczaj.
– Więc może jeszcze mamy wywiesić je przez okno, jak u Maurów?
– To pochwała panny młodej – pouczyła go poważnym tonem. – Żeby wszyscy mogli się dowiedzieć, że była uczciwą dziewczyną.
– Wystarczy, że ja wiem. Schowaj to, powiedziałem. Albo pokaż po cichu tej osobie, na której najwięcej ci zależy. Pewnie to Serafina.
– O, niania nie musi oglądać prześcieradła! Przecież to ona mnie wychowała.
– Więc o co chodzi?
– Bo taki jest zwyczaj3 – powtórzyła, lecz bez poprzedniej stanowczości.
Spotkanie z domownikami nie przyniosło żadnych komentarzy, choć musiano wiedzieć o dopełnieniu się małżeństwa, gdyż don Domingo, mijając w przejściu Álvara szepnął ni to kpiąco, ni to z uznaniem:
– Myślę, że wkrótce doczekam się wnuków.
***
Od tego dnia Álvaro został stałym mieszkańcem Araceny. Kazał przywieźć sobie z Alvarado najpotrzebniejsze rzeczy, a do zamku jeździł tylko w celu przeglądu ksiąg gospodarskich z ubiegłych lat, jako że na wsi trzymał wyłącznie aktualne rejestry. Zaczął się zastanawiać nad rozbudową domu don Dominga, lecz teść odwodził go od tego zamiaru.
– Kiedy rodzina się powiększy, miejsca i tak będzie za mało. Poza tym powinieneś mieć siedzibę godną Álvareza, a nie wybudujesz tutaj pałacu. A może zamieszkalibyście w Casa de la Flecha?
– Rosita nie chce przenosić się do miasta, ja też w takim wypadku wolałbym Alvarado.
– Więc poczekaj, aż będzie cię stać na remont zamku, zamiast topić pieniądze w Aracenie. A póki co jakoś się pomieścimy, prawda, Serafino?
Niania wzruszyła ramionami.
– Jeżeli komuś odpowiada gnieżdżenie się w wiejskim domu… Don Álvaro powinien żyć zgodnie ze swoją pozycją. Nieboszczyk don Ángel nie pochwaliłby tego.
– Nieboszczyk nie pochwaliłby przede wszystkim małżeństwa – przypomniał Domingo. – A i tobie, mam wrażenie, coś się w tych zaślubinach nie podobało. Może nam teraz powiesz, dlaczego miałaś taką ponurą minę. Bo Álvaro nie odczekał okresu żałoby?
– Nie, toć przecie nie urządzaliśmy wesela. Ale ten obraz… Czy musieli składać przysięgę właśnie pod takim napisem?
Wszystkie spojrzenia odruchowo powędrowały ku poczerniałemu haftowi ze srebrnych nici, układającemu się w słowa: „Przez krzyż i mękę zbawiłeś nas, Panie”. Don Domingo powiedział w zamyśleniu:
– To najstarsza rzecz w naszym domu. Pamiątka po moich rodzicach i ich dar ślubny dla mnie i Teresy. Skoro my byliśmy szczęśliwi…
Urwał pod znaczącym spojrzeniem Serafiny, która w parę godzin później, gdy byli już sami, przypomniała mu z wymówką:
– Zdałoby ci się więcej taktu. Don Álvaro wie, jak wcześnie straciłeś żonę. Powiadam ci, ten obraz nie przynosi szczęścia.
– Moja Serafino, Teresa umarła w połogu, a nie dlatego, że na ścianie wisiał obraz. Nam przecież dobrze ze sobą już tyle lat i jakoś nie dzieje się nic złego. Może dzięki temu, że nie jesteśmy małżeństwem? – zażartował, chcąc ją udobruchać.
Serafina należała do licznych w tym czasie w Hiszpanii viudas, czyli wdów, które jednakże niekoniecznie były prawdziwymi wdowami. Zaliczano do nich kobiety osamotnione po śmierci męża, ale i samodzielne panny, czy – jak w przypadku Serafiny – opuszczone mężatki, których mężczyźni przebywali w Indiach Zachodnich. Serafina przybyła do Araceny przed dwudziestu laty jako niańka dla nowo narodzonego Miguela, a gdy urodziła się Rosita, od początku zastępowała jej matkę, bowiem doña Teresa nie przeżyła połogu. Z czasem złączona coraz ściślejszymi więzami z don Domingiem mogłaby zostać jego drugą małżonką, gdyby nie brak pewności co do zgonu własnego męża, marynarza.
– Bóg jeden wie, jak pragnę szczęścia dla mojej gołąbki, a i don Álvara lubię jak rodzonego, ale nie opuszczają mnie złe przeczucia.
– Jeśli miałoby cię to uspokoić, gotów jestem ofiarować ten obraz do kościoła. Daj wina, Serafino, wypijemy za szczęście naszych dzieci.
Pocałował ją w rękę, a gdy nachyliła się, by napełnić kubki – w kark, rad, że się wreszcie rozchmurzyła.