Madryt rozczarował Álvara.
Chłopak, przywykły do wspaniałych miast andaluzyjskich, z opływającą w bogactwa Sewillą na czele, po stolicy królestwa spodziewał się o wiele więcej. Swą nadrzędną funkcję Madryt pełnił jednakże dopiero od siedemnastu lat, czyli od roku 1561, gdy Filip II przeniósł tu siedzibę rządu. Królowi zależało na dogodnej komunikacji ze wszystkimi zakątkami kraju i temu wymaganiu centralne położenie Madrytu rzeczywiście sprzyjało, lecz pod innymi względami nie było ono najszczęśliwsze. Miasto rozciągało się na nieurodzajnym płaskowyżu – latem spalonym słońcem, zimą dręczonym przez mróz – nad rzeką, która nie dawała dostatecznej ilości wody. Ulice wydały się Álvarowi wąskie i tłoczne, stojące przy nich budynki ubogie, gdyż budowano je na ogół z gliny, a małe okienka zaklejano papierem nasączonym oliwą. Kamienne fasady i oszklone okna miały jedynie rezydencje najbogatszych mieszkańców, zazwyczaj wysokie na kilka kondygnacji. Pozostałe były niskie, głównie wskutek królewskiego zarządzenia o oddawaniu części pomieszczeń w największych domach do użytku urzędników dworskich; jako że mało kto miał ochotę dzielić się swoją własnością z obcymi, zaczęto masowo wznosić parterowe budynki, którym urażony król nadał miano „casas de malicia”, czyli „domy złośliwości”. Wysoka zabudowa pozostała w najstarszej części miasta, gdzie znajdowała się również kamienica rodziny de Priego y de la Barra. Ale i ona nie wywarła wrażenia na młodym Andaluzyjczyku, który wolał siedzibę Álvarezów w Grenadzie, od rodowego herbu nazywaną Casa de la Flecha, czyli Dom Strzały.
A przecież madrycki dom nie był skromny. Już w sieni, na błyszczącej podłodze z wypolerowanych marmurowych tafli, stało kilka dekoracyjnych sprzętów; jeszcze droższe i piękniejsze można było podziwiać w salonie. Był to pokój przeznaczony do przyjmowania gości, więc zgromadzono w nim wszystko, co rodzina posiadała cennego: srebrną zastawę, stary złoty puchar z wygrawerowanym herbem, intarsjowane komody, rząd krzeseł obitych kunsztownie malowanym kurdybanem. Na ścianach wisiał wielki flamandzki gobelin i kilka obrazów dawnych mistrzów. Obszerne patio zdobiły posągi, z których najefektowniejszy był Samson rozdzierający paszczę lwa, gdyż spomiędzy kłów zwierzęcia tryskała woda.
Álvaro błyskawicznie zdobył sympatię małżonki swojego gospodarza, doñi Leonor, niewysokiej, pulchnej damy w średnim wieku, która znała już od męża historię romantycznej miłości do córki dzierżawcy. Ponieważ uczyniła z niej główny temat kilku kolejnych spotkań z przyjaciółkami, madryckie damy zyskały świeży materiał do plotek, a co młodsze – także obiekt westchnień. Wiele pań byłoby skłonnych nawiązać romans z „górskim jastrzębiem”, jak go już zaczęły między sobą nazywać, lecz na przeszkodzie stała czujność mężów i kochanków, nie bez pewnej słuszności upatrujących w Álvarezie groźnego rywala.
Jak bardzo był jednak groźny, dopiero mieli się przekonać.
W niedzielę wszyscy wybierali się na uroczyste nabożeństwo, a później na przejażdżkę po Prado, toteż don Esteban zawczasu kazał służbie przygotować powóz dla dam. Álvaro, chcąc jak najlepiej zaprezentować się miejscowemu towarzystwu i nie sprawić wrażenia przybysza z głębokiej prowincji, osobiście dopilnował czyszczenia Alada oraz przygotowań tyczących się jego własnego stroju. Efekt osiągnął nadspodziewanie imponujący.
Gdy don Esteban, prowadząc pod ramię małżonkę, wyszedł z budynku, zobaczył przed bramą jeźdźca na roztańczonym ogierze, którego sierść lśniła, jakby przed chwilą wynurzył się z wody. Czarny strój jeźdźca migotał od drogich kamieni – takie wrażenie sprawiał obcisły, podkreślający smukłość sylwetki kaftan Álvara, nabijany z przodu dziesiątkami maleńkich diamencików. Pod szyją rozjaśniał go rąbek brabanckiej koronki, stanowiący obrzeżenie wysokiego sztywnego kołnierza, podobna koronka widniała też przy mankietach. Sięgające do kolan pludry zdobiła srebrna pasmanteria, wykończeniem stroju był męski toczek z pękiem piór przypiętym diamentową agrafą. Damasceńska szabla wisiała na jedwabnym bandolierze haftowanym złotem, a uzbrojenia dopełniał kosztowny sztylet, niegdysiejsza zdobycz wojenna Ángela Álvareza.
– O! – powiedział tylko don Esteban, który natychmiast poczuł się stary i źle ubrany. Jego żona patrzyła nie tyle na strój, co na smagłą twarz jeźdźca, rozjaśnioną w tej chwili oślepiająco białym uśmiechem. Mauretańskie oczy lśniły silniejszym blaskiem niż diamenty, więc pani Leonor westchnęła w poczuciu nieokreślonego żalu, po czym z pomocą męża usadowiła się w powozie. Álvaro zeskoczywszy z konia pomógł zająć miejsce ich córce, dwudziestoletniej doñi Marcie, obok której później jechał, bawiąc konwersacją. Don Esteban asystował konno małżonce, a za powozem podążał orszak, do którego należało również czterech żołnierzy wybranych przez don Ángela. Z satysfakcją obserwowali wrażenie, jakie ich młody pan uczynił na mieszkańcach stolicy, gdyż zarówno w kościele, jak i podczas promenady ku Álvarowi zwracało się wiele oczu.
On sam, zajęty rozmową, początkowo tego nie zauważał, ale gdy sam raz czy dwa obejrzał się za jakąś ładną twarzyczką, nie mógł nie dostrzec gorących kobiecych spojrzeń. Promenada odbywała się na Prado, dawnych łąkach1 zmienionych teraz w ogromny park, poprzecinany alejami młodych topoli i kameralnymi ścieżkami. Nie brakowało tam fontann, studni z najlepszą wodą w królestwie, straganów z owocami i słodyczami, a przede wszystkim tłumu ludzi, niekoniecznie szlachetnego urodzenia, którzy przechadzali się w cieniu drzew albo grupkami wypoczywali na trawie, podziwiając przejeżdżające powozy, przeważnie otoczone konną asystą. Don Esteban co chwila wymieniał ukłony ze znajomymi, Álvaro starał się brać udział w tej wymianie uprzejmości, lecz najwięcej uwagi poświęcał zabawianiu doñi Marty. Gdy rozmawiali na temat ujrzanych przed chwilą osób, Alado ostro szarpnął głową i wyszczerzył zęby w stronę jeźdźca zrównującego się właśnie z Álvarem. Wystraszony gniady wałach gwałtownie uskoczył w bok, natomiast jego pan wrzasnął z wściekłością nie pasującą do wytwornego stroju, jaki miał na sobie:
– Jak acan jeździsz? Oczu nie masz czy co?
Chłopaka oblało gorąco. Nie dość, że nieznajomy nie miał racji, podjechał bowiem zdecydowanie za blisko i prawie otarł się o jego strzemię, to jeszcze ośmielił się użyć lekceważącego zwrotu „acan” zamiast „wasza miłość”.
Wstrzymał konia. Adwersarz zrobił to samo. Miał może trzydzieści lat, jasny wąsik, wielką koronkową krezę, u boku szpadę z pozłacaną gardą, a towarzyszyli mu dwaj mężczyźni, starsi i nie tak strojni, niemniej zachowujący się równie napastliwie. Álvaro z zimną krwią wysłuchał jeszcze paru uwag o rozbijających się smarkaczach, którzy powinni chodzić piechotą, wreszcie uznawszy, że dostatecznie go obrażono, położył dłoń na rękojeści szabli i oznajmił:
– Jeżeli waszmościowie poświęcicie mi trochę czasu, będziemy mogli rozstrzygnąć ten spór żelazem.
Wszyscy trzej nieznajomi momentalnie się rozjaśnili.
– A więc spotkamy się za murami – powiedział ten, który rozpoczął sprzeczkę. – Jaka pora waszmości dogadza?
Álvaro zastanowił się, czy wtajemniczać we wszystko don Estebana, który wraz z powozem znikał już w perspektywie topolowej alei, lecz pomyślawszy, że w takiej sprawie trudno kłamać, szczególnie jeśli pojedynek miałby się źle dla niego zakończyć, przeprosił na chwilę swoich przeciwników i pokłusował za orszakiem. Nie na tyle jednak szybko, by nie dotarł do niego szyderczy komentarz:
– Musi zapytać tatusia, czy mu pozwoli się bić…
Owo stwierdzenie było w zasadzie słuszne, do tego bowiem sprowadziła się pospieszna relacja z incydentu. Don Esteban przeląkł się nieco, lecz zaraz potem przypomniał sobie popisowy pojedynek z Vazquezem i doszedł do wniosku, że nie ma wielkiego powodu do obaw.
– Jeśli uważasz, że dasz im radę, możesz walczyć – powiedział, mimo wszystko cokolwiek niepewnie. – Ale czy musiałeś wyzywać wszystkich trzech?
– Tak jakoś wyszło, don Estebanie. Potrącił mnie jeden, ale obrażali wszyscy.
– Z pewnością chcieli cię sprowokować. Choć pojedynki są zakazane, zwłaszcza w bliskiej obecności króla, wciąż nie brakuje takich, co tylko szukają okazji.
– No to znaleźli. Zobaczymy, czy dobrze na tym wyjdą.
***
Spotkanie miało się odbyć przed zachodem słońca za jedną z bram miejskich. Uczestnicy stawili się w strojach przystosowanych do walki, ale z tą samą bronią, którą nosili na promenadzie. Reguły pojedynku zalecały wprawdzie, by przeciwnicy posiadali jednakowy oręż, lecz w praktyce bywało z tym różnie i użycie straszliwej damasceńskiej klingi przeciwko szpadzie czy rapierowi niekoniecznie musiało być uznane za niehonorowe. Álvaro natychmiast ocenił, że elegancka szpada mężczyzny z blond wąsikiem nie wytrzyma starcia z jego szablą, jednakże z nikim nie dzielił się tym odkryciem.
I bez tego szybko przedostało się ono do powszechnej wiadomości. Już po pierwszym mocniejszym cięciu Álvara delikatna broń pękła niemal u nasady, zostawiwszy w ręku swojego właściciela całkowicie bezużyteczną złoconą gardę. Spod blond wąsika wymknęło się bardzo prostackie przekleństwo, a następnie rozkaz:
– Dajcie mi coś trwalszego!
Wręczono mu długi, lekki rapier o graniastym ostrzu, rzeczywiście mocniejszym niż ostrze szpady, jako że złamało się dopiero po odbiciu kilkunastu ciosów Andaluzyjczyka.
Mina pechowego uczestnika pojedynku była tak zaskoczona, że choć na jej widok pierwszy roześmiał się Álvaro, to zaraz dołączyli do niego pozostali świadkowie walki.
– Przerywamy pojedynek, czy do trzech razy sztuka? – zapytał jeden z nich.
– Biję się dalej, tylko albo mi dajcie porządny oręż, albo niech on zamieni ten łamacz głowni na coś innego.
Drugi spróbował załagodzić sprawę.
– A co stoi na przeszkodzie, żebyśmy się pogodzili? Z takiej walki więcej śmiechu niż pociechy. Ileż razy można zmieniać broń?
Jasny wąsik najeżył się.
– Żebym ja ciebie nie wyzwał, przyjacielu!
– Zawsze do usług. Tylko czym będziesz walczył?
Ogólny wybuch wesołości spowodował, że szlachcic z blond wąsikiem rad nierad także się w końcu uśmiechnął.
– Wobec tego pozostaje nam tylko zapytać waszmości, czy żądasz dalszej satysfakcji? – zwrócił się do Álvara.
– Jeżeli wasza miłość mnie przeprosisz, to całkowicie z niej zrezygnuję.
Blondyn przez moment się zawahał, ale wobec ponaglających gestów towarzyszy wycedził niechętnie:
– Zechciejcie wybaczyć, że was potrąciłem.
– Nie żywcie urazy za ostre słowa – dołączyli się tamci. Álvaro skwitował to ukłonem i schował szablę, przeciwko czemu natychmiast zaprotestowano.
– Pokaż nam waszmość to cudo! Nie wiadomo, czy zdarzy się jeszcze okazja takie obejrzeć! – zawołał drugi z wyzwanych.
– I może to być ostatnia okazja przed śmiercią – dodał z szacunkiem trzeci. – W istocie broń cudowna. Spodziewam się, że przecięłaby włos w powietrzu?
– Na włos już trochę za ciemno, ale z jedwabną chusteczką możemy spróbować – odpowiedział Álvaro, więc niemal natychmiast ktoś rzucił w górę płatek cieniutkiej materii.
Andaluzyjczyk wbrew oczekiwaniom nie machnął klingą, lecz trzymał ją nieruchomo ostrzem do góry, by gwałtownie poderwać dopiero w ostatnim momencie. Jedwab, miękko falujący w powietrzu, zetknął się z czarną stalą… i rozdzielił na dwie części. Wśród widzów rozległ się jęk niedowierzania, więc Álvaro z uśmiechem podał szablę najbliżej stojącemu mężczyźnie. Oglądanie i zachwyty trwały tak długo, że omal nie zapomniano o dokonaniu wzajemnej prezentacji. Rozstanie miało charakter najzupełniej przyjazny i obiecywano sobie jeszcze niejedno spotkanie podczas pobytu Álvara w Madrycie.
***
Kolejny pojedynek nie miał równie pokojowego przebiegu.
Doszło do niego w podobnych okolicznościach, bowiem kawalerów ze stolicy tak drażniła uroda i pewność siebie Álvara, że na każdym kroku szukali zaczepki. Tym razem za pretekst posłużyło rzekome wpatrywanie się w damę towarzyszącą wyzywającemu, choć w rzeczywistości to właśnie ona nie spuszczała wzroku z Andaluzyjczyka.
Stając do walki chłopak usłyszał głos podjudzający przeciwnika:
– Wytnij temu przybłędzie krzyż!
Wycięcie ostrzem krzyża na policzku bywało praktykowane przez szermierzy, lecz Álvaro sam z siebie na taki pomysł by nie wpadł. Teraz postanowił się zemścić.
Spokojnie i bez większej trudności odbijając ciosy wyczekiwał na moment, kiedy przeciwnik się odsłoni. Nie trwało to długo – w pewnym momencie atakująca klinga opadła za nisko. Damasceńska szabla szybko i lekko, ruchami prawie nieuchwytnymi dla oka dotknęła twarzy madrytczyka.
Świadkowie zaszumieli.
– Zrobił krzyż!…
– Nie, monogram!
– Zostawiam waszmości swój podpis – błysnął zębami Álvaro, gdyż na policzku tamtego spływała krwią litera A. Nie był to jakiś niezwykły wyczyn, bo dobry szermierz potrafił w bitwie przeciąć zapięcie hełmu przeciwnika, zrzucić mu go z głowy i wymierzyć cios, a wszystko to w ułamku chwili, liczyła się jednakże fantazja, więc widzowie nagrodzili Álvara pomrukiem uznania.
Gdy zwyciężył w kolejnych kilku pojedynkach, stopniowo przestano go zaczepiać, a don Esteban mógł odpocząć od dręczącego poczucia odpowiedzialności. Rzecz jasna uwielbienie kobiet dla Álvara wzrosło i „górski jastrząb” stał się ulubionym tematem rozmów na damskich spotkaniach.
Na pierwszy romans nie musiał długo czekać.
Zaczęło się od spojrzeń wymienianych w kościele, klasycznym miejscu pierwszych spotkań, gdyż Hiszpanki nie miały wielu okazji do przebywania z mężczyznami spoza kręgu najbliższej rodziny. Po spojrzeniach przyszedł czas na przelotne, ukradkowe rozmowy podsycające budzącą się namiętność, a wreszcie i na bilecik niepostrzeżenie wciśnięty w dłoń Álvara. Oczywistą koleją rzeczy niebawem musiała odbyć się schadzka. Dama, o której już wiedział, że nazywa się Elena Puertocarrero de la Luz, wyznaczyła spotkanie następnej nocy w dość odległej dzielnicy miasta.
Álvaro długo zastanawiał się, jak ma teraz postąpić, bo choć ciągnęło go do miłosnej przygody, zarazem zdawał sobie sprawę, że w razie jakichś komplikacji naraża na kłopoty nie tylko siebie, ale i swoich opiekunów.
Adres na bileciku nie należał do eleganckich, więc chłopak domyślił się, że chodzi o wynajęte lokum, co było okolicznością sprzyjającą zachowaniu tajemnicy. Czyhających w nocy niebezpieczeństw zupełnie się nie obawiał, a nawet przeciwnie – uznał, iż przysporzą one blasku spodziewanym atrakcjom. Koniec końców zdecydował się na pójście z eskortą w osobach żołnierzy, którzy wtajemniczeni w sprawę ucieszyli się z możliwości przeżycia jakiejś awantury.
Na miasto wyruszyli piechotą; w ten sposób łatwiej było niepostrzeżenie wymknąć się z domu don Estebana, a i na ulicy orszak konny zwracałby o tej porze zbyt dużą uwagę. Owinięci płaszczami szli szybko we wcześniej ustalonym kierunku, bo choć żaden z nich nie znał dobrze Madrytu, żołnierze zasięgnęli informacji w gospodzie, w której się stołowali.
Z racji poruszania się po ulicach wyłącznie konno i za dnia, Álvaro nie miał okazji do bliższego zetknięcia z wszechobecnym brudem i odorem bijącym nie tylko z rynsztoków, ale i z każdego niemal zakamarka. Narzucone przez przepisy masowe opróżnianie o tej porze nocnych naczyń nie dodawało uroku przechadzce, do tego wybitnie ją spowalniało, gdyż usłyszawszy ostrzegawczy okrzyk: „Agua va!”2 ze zrozumiałych względów należało się zatrzymać. Álvaro, od dziecka przyzwyczajony do czystego górskiego powietrza Nevady, zakrył nos i usta płaszczem i starał się nie oddychać. Jego towarzysze byli mniej wrażliwi, rozglądali się natomiast za sposobnością do przewietrzenia rapierów, ale jakoś brakowało chętnych do zaczepki.
Pod umówionym adresem znajdował się niewielki żółty dom bez okien od strony ulicy, osłonięty kamiennym murem. Gdy tylko poruszyli kołatką, na progu stanęła starsza, schludnie odziana kobieta i o nic nie pytając powiedziała:
– Doña Elena już oczekuje waszmości. Ale broń proszę zostawić tutaj.
– Mam przez to rozumieć, że jestem w domu publicznym? – oburzył się Álvaro, gdyż zwyczaj oddawania odźwiernym broni rzeczywiście obowiązywał w szulerniach oraz burdelach. Kobieta skrzywiła się nieco i już bez słowa wskazała mu wąski korytarz. Żołnierze zajęli miejsca na kamiennej ławce w sieni, a on stanąwszy przed zamkniętymi drzwiami nacisnął klamkę i prosto od progu wpadł w gorące kobiece objęcia. Wilgotne usta, pachnące loki, gładkie ramiona wynurzające się z powodzi koronek początkowo przyprawiły go o zawrót głowy, lecz pociągnięty na łoże odzyskał trzeźwość umysłu. Obrzucił niewielki pokój bacznym spojrzeniem, aby sprawdzić, czy nie kryje się w nim ktoś trzeci, zrzucając zaś z siebie ubranie nie zapomniał o zostawieniu pod ręką broni. Elena Puertocarrero de la Luz przyglądała mu się z zachwytem, choć jednocześnie ściągała ostatnie batystowe szmatki zakrywające jej nagość. Przywarli do siebie, oboje jednakowo spragnieni. Ku zaskoczeniu damy Álvaro mimo młodego wieku bynajmniej nie okazał się niedoświadczonym kochankiem; jego kunszt miłosny był bez zarzutu, a spotęgowany przez temperament pierwszej młodości sprawił, że Elena postanowiła zatrzymać przy sobie pięknego Andaluzyjczyka tak długo, jak tylko będzie mogła.
Niestety nie przewidziała działania osób trzecich.
***
Ponieważ Álvaro podobał się nie tylko Elenie, inne damy również usiłowały go uwieść, zdziwione zaś brakiem efektów przystąpiły do prywatnego śledztwa, które szybko wykazało, dlaczego ich starania nie odniosły skutku.
– Trzeba będzie coś z tym zrobić – powiedziała rozkapryszonym tonem śliczna Isabel Casares, zanurzając biszkopta w filiżance czekolady podczas damskiego przyjęcia w pałacyku don Carlosa de Montejo. Pani domu, również imieniem Isabel, ale dużo starsza i tym samym już nie tak śliczna, prychnęła kpiąco:
– Poproś Elenę, żeby się z tobą podzieliła.
– Myślisz, że on nie dałby rady dwóm kobietom? – podjęła temat rudowłosa Angélica de las Pinas, zmysłowo oblizując usta z resztek czekolady.
– Myślę, że albo jest naiwny i uważa, że powinien dochować wierności, albo ta rozpustnica nie zostawia mu na nic czasu.
– To drugie! – wrzasnęła piskliwie Isabel Casares. – Nie wiecie, jaka jest Elena? Trzeba o wszystkim powiedzieć Fernandowi!
Gospodyni sięgnęła po srebrny imbryk z czekoladą, by nalać Angélice nową porcję – przyjęcie było kameralne i obywano się bez służby. Uczyniwszy to odruchowo starła palcem gęstą brunatną kroplę, która spadła na intarsjowany stolik, po czym z rozwagą powiedziała:
– Nie wiem, czy powiadomienie don Fernanda byłoby takim dobrym pomysłem. Przecież wszystkie znamy jego porywczość.
Don Fernando był mężem Eleny, a jego zazdrość w pełni odpowiadała jej temperamentowi. Doña Isabel z przejęcia złamała biszkopta.
– Tym lepiej.Uniemożliwi Elenie schadzki, a my będziemy miały wolną rękę.
– Moje kochane – wtrąciła Angélica de las Pinas – pozwolę sobie zauważyć, że przecież mamy wolną rękę. Czyż ktoś zabrania nam oczarować Álvara?
– To czemu go dotąd nie oczarowałaś? – spytała Isabel Casares.
– Bo widać nie lubi rudych – odpowiedziała dowcipnie Angélica. – Ale wy macie szanse, jesteście brunetkami jak Elena.
Pani domu podjęła przerwany wątek:
– Wracając do don Fernanda, pierwsze, co zrobi, dowiedziawszy się o zdradzie żony…
– … to stłucze ją na kwaśne jabłko!
– Isabelito, jeżeli będziesz mi przerywać, nigdy się nie dowiecie, co chciałam powiedzieć. Otóż don Fernando, nawet jeśli rozprawi się z Eleną, na co, mówiąc między nami, od dawna sobie zasłużyła, to w następnej kolejności zechce rozprawić się z Álvarem.
– Najświętsza Panienko! Będzie jak z markizem! – rozległo się spod okna, gdzie siedziała młoda kobieta w sukni o nieco prowincjonalnym kroju.
– Właśnie – zakończyła posępnie Isabel de Montejo. – Która z pań życzy sobie jeszcze czekolady?
Imienniczka wysunęła w jej stronę złoconą filiżankę i zanurzając następnie wargi w gorącym napoju pomyślała o młodziutkim markizie, którego don Fernando zabił w pojedynku tylko za wysłanie miłosnego bilecika do jego żony.
– Gdyby Álvaro miał podzielić los markiza – powiedziała przełknąwszy czekoladę – już wolałabym całkiem z niego zrezygnować.
– I zostawić go Elenie? – oburzyła się gospodyni. Prowincjonalna dama odezwała się poważnie, podkreślając ton głosu wymownym ruchem wachlarza z kościanych płytek:
– Pani, zechciej wspomnieć sąd Salomona.
– Że niby prawdziwie kochająca matka woli oddać dziecko innej kobiecie, niż pozwolić na jego śmierć? – roześmiała się Angélica. – Dobre porównanie.
– Przecież nie jestem matką Álvara – zaprotestowała gospodyni.
– Ale mogłabyś nią być – szepnęła złośliwie dama siedząca najbliżej Isabel Casares, na tyle jednak cicho, by nie słyszały tego pozostałe panie. Spod okna doszła teraz dłuższa wypowiedź:
– Przybyłam do stolicy zaledwie przed miesiącem, a zdążyłam usłyszeć o kilku pojedynkach don Álvara. Z każdego wyszedł zwycięsko. Więc może jednak nasze obawy są zbyteczne?
– To prawda, że do tej pory zwyciężał – westchnęła Angélica – ale też i nie były to pojedynki na śmierć i życie. Zaś don Fernando z pewnością starałby się go zabić, a ma nieporównywalnie większe doświadczenie w walce.
Od progu rozległ się męski śmiech.
– Widzę, że się martwicie o tego waszego czarnego sokoła, czy jak go tam nazwałyście? Tedy wam powiem, że już macie powód: don Fernando Puertocarrero3 dowiedział się o wszystkim i pewnie przetrąci mu skrzydła.
Był to don Carlos de Montejo, który, jak większość madryckich panów, nie przepadał za Álvarem, przy czym zazdrość o urodę i powodzenie u kobiet grała akurat najmniejszą rolę.
– I, jak mi Bóg miły, dobrze zrobi. Pora, żeby tacy jak on poznali wreszcie swoje miejsce. Nie po to nasi dziadowie walczyli z Maurami…
– Napijesz się z nami czekolady? – przerwała mu żona, zdecydowanie niechętna przypominaniu pochodzenia Álvara.
– Rad bym w tak miłym towarzystwie, ale nie mam czasu. Chciałem jeno przekazać waszym miłościom nowinę. Ani chybi będziemy mieli pojedynek.
Wyszedł, wesoło zacierając ręce, natomiast damy popatrzyły po sobie w osłupieniu.
– No i kto by przypuścił, że to się tak prędko skończy! – zapiszczała wreszcie Isabel Casares. Druga Isabel gwałtownie odstawiła filiżankę.
– A może dałoby się jeszcze zapobiec walce?
Angélica potrząsnęła rudą głową, aż zabrzęczały kolczyki ze złotego filigranu.
– Znając don Fernanda, to już przypina szpadę. Możemy co najwyżej dać na mszę za Álvara.
– Przecież jeszcze żyje?! – przeraziła się pani z prowincji.
– Ależ nie za jego duszę! Na intencję zwycięstwa w pojedynku.
Przyjezdnej nie spodobało się to wyjaśnienie.
– Może wydam się paniom staromodna, ale chciałabym wyrazić swoje zdanie. Nie godzi się zamawiać mszy na intencję, wybaczcie ostre słowo: cudzołożnika. Jeśli Bóg będzie miał litość nad młodością i nierozwagą, sam zachowa don Álvara przy życiu.
***
– Niech Bóg się nad tobą ulituje, bo mój mąż nie będzie miał dla ciebie litości! – lamentowała Elena Puertocarrero de la Luz w objęciach Álvara, gdy po raz ostatni, jak zaznaczyła, spotkali się w żółtym domu. – Od dwóch dni powtarza, że cię zabije!
– Skarbie, ja też noszę broń.
– Masz dopiero siedemnaście lat!
– No to co? Walczyłem już ze starszymi.
– To nie była walka na śmierć i życie… Mój Boże…
– I o co rozpaczasz? Na razie żyję.
Zaczął ją pieścić, a potem kilkakrotnie dowiódł swej żywotności. Zmęczona i nasycona, uspokoiła się trochę, nie przestawała jednak rozmyślać nad uniknięciem niebezpieczeństwa.
– A może byś wyjechał z Madrytu?
– Nie ma mowy – oburzył się Álvaro. – Uważasz mnie za tchórza?
Powiodła ręką po jego włosach.
– Gdy chodzi o ratowanie życia…
– Więc powiedz mężowi, żeby ratował swoje.
– Álvarito… Nie znasz Fernanda.
Zawahała się, jakby nie chcąc powiedzieć zbyt dużo, wreszcie podjęła decyzję. Ściągnęła rozwiązaną już wcześniej przez Álvara koronkową zarzutkę i przysunęła się bliżej stojącego przy łóżku świecznika.
– Popatrz – szepnęła.
Na jej nagich ramionach i plecach widniały liczne sińce, zlewające się miejscami w wielkie niebieskoczarne plamy.
– Caray! – zaklął ordynarnie chłopak. – On ci to zrobił? Zapłaci mi za to.
***
Wracając przed świtem do domu Estebana rozglądał się czujnie po ulicy w oczekiwaniu ewentualnej napaści, don Fernando jednak albo nie znał miejsca jego spotkań z Eleną, albo też wolał załatwiać podobne sprawy bardziej honorowo. Żołnierze, wtajemniczeni we wszystko dzięki plotkom krążącym po mieście, spoglądali na niego ze współczuciem, wreszcie odezwał się najśmielszy, Miguel Falcón:
– Wasza miłość będziecie mieć ciężką przeprawę z don Fernandem. To doświadczony szermierz.
– Słyszałem – uciął Álvaro bez żadnej chęci do rozmowy, lecz żołnierz mówił dalej:
– Jeno że gniewem się łatwo unosi, a wtedy na nic nie baczy, zaś w walce trza mieć głowę chłodną.
– I młodych nie lubi – dorzucił drugi weteran.
Powtórzyli mu zasłyszaną wczoraj w gospodzie historię markiza, który zalecał się do Eleny, a potem zaczęli rozprawiać o pojedynkach, czego Álvaro słuchał jednym uchem, zastanawiając się, co powie don Estebanowi.
Rankiem, gdy jeszcze odsypiał miłosną noc, rozległo się głośne pukanie do drzwi.
– Wasza miłość! Posłaniec z Alvarado! – oznajmił lokaj.
Mogło to oznaczać wyłącznie złe wiadomości, chyba że ojciec postanowił skrócić jego pobyt w Madrycie. Co też właściwie byłoby złą wiadomością.
Ubrał się pospiesznie i zbiegł na dół. W sieni już czekał na niego don Esteban i jeden z wiarusów don Ángela, w odzieży pokrytej kurzem od długiej jazdy. Skłoniwszy się przed Álvarem bez słowa podał mu płaską skórzaną sakwę. Chłopak rozwiązał zamykający ją rzemyk i wytrząsnął zawartość na stół. O dębowy blat stuknął wąski sztylet, zapieczętowana karta oraz żelazne kółko, które stoczyło się na błyszczące płyty posadzki. Stary żołnierz schylił się, by podać je Álvarowi.
Sygnet ze znakiem strzały.
Álvaro zbladł i szepnął:
– Ojciec?…
Gdy otrzymał nieme potwierdzenie, złamał pieczęć, nerwowo rozprostował list, a przeczytawszy go podniósł pałające oczy na don Estebana.
– Ojciec nie żyje. Zabito go tym sztyletem. Muszę wracać do domu.
– Ale kto go zabił?
– Nie wiem, wasza miłość. List pisał Emilio. Musiał być wzburzony… Sami zobaczcie.
Podał mu zabazgraną kartę, na której zarządca krótko, zawile i z błędami donosił o śmierci don Ángela, zasztyletowanego w Grenadzie, po czym jawnie rozkazującym tonem żądał natychmiastowego przyjazdu Álvara jako jedynego mściciela.
Gdy rozmawiali później w gabinecie na piętrze, Álvaro zapowiedział swój powrót do Madrytu celem odbycia pojedynku.
– Inaczej uznaliby, że stchórzyłem.
– To najmniej ważne – mruknął don Esteban – ale nasz dom jest zawsze dla ciebie otwarty. Tymczasem jednak musisz myśleć o pogrzebie ojca. Przecież po to cię wzywają.
Álvaro przecząco pokręcił głową.
– Sądzę, że wszystkim zajął się już Emilio. Ja jestem potrzebny dla dokonania zemsty. Muszę się tylko dowiedzieć, na kim.
Don Esteban przypomniał sobie rozmowę przed wyjazdem z Alvarado.
– Czy nie podejrzewasz księżnej de Las Sierras?
– To była pierwsza osoba, o której pomyślałem, ale przecież nie wiem, kto naprawdę się za tym kryje.
– Może na miejscu się czegoś dowiesz?
– Może.
Spuścił głowę i westchnął, lecz zaraz energicznie podniósł się z krzesła.
– Chciałbym waszej miłości podziękować za opiekę i życzliwość. Było mi tutaj bardzo dobrze – powiedział z ukłonem, nie zapomniawszy dodać:
– Jeśli pozwolicie, pójdę pożegnać się z doñą Leonor, a potem zacznę przygotowania do podróży.
– Zaczekaj – powstrzymał go don Esteban. – Kiedy chcesz wyjechać?
– Jak najszybciej. Jeszcze przed południem.
– Gdybyś odłożył to do jutra, pojechałbym z tobą. Chcę uczestniczyć w pogrzebie Ángela.
– Wasza miłość, pogrzeb odbędzie się nie wcześniej niż za tydzień. Zanim to wszystko uda się zorganizować… A ja muszę być tam jak najprędzej.
– Więc jedź, Álvaro. Niech Bóg cię prowadzi.