Drugi dzień również upłynął spokojnie i dlatego Álvaro poczuł większą niż zwykle obawę, gdy pod wieczór usłyszał za drzwiami swojej celi męskie głosy, a potem zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Złe przeczucia potwierdził kierunek, w którym poprowadziło go trzech strażników – schodami w górę wieży, zamiast do wyjścia prowadzącego na dziedziniec.
„Oczywiście, gdzie ma się znajdować izba tortur, jak nie w wieży więziennej? Ale dlaczego na piętrze?”
Przecież podobne przybytki z reguły mieściły się w podziemiach. I zawsze w bliskości cel, co należało tłumaczyć względami praktycznymi: łatwiejszym transportem więźniów przed i po przesłuchaniu.
„Zwłaszcza po…”.
Na pociechę przywołał popularne hiszpańskie przysłowie, zachęcające do zaprzeczania wszelkim zarzutom: „Tyle samo liter jest w nie, co w tak” i poprzedzany przez strażnika zaczął wstępować na kolejną kondygnację.
„Czy oni chcą wejść na samą górę?”.
Rzeczywiście tak było. Kręcone schody zawiodły ich na szczyt wieży, do dużej, okrągłej komnaty, gdzie nie zastali nikogo. Wypełniało ją światło dzięki kilku ostrołukowym oknom, których liczba podwajała się przez odbicie w posadzce z wypolerowanego marmuru; różnobarwne płytki tworzyły kształt kwiatu o płatkach koncentrycznie rozchodzących się po całym pomieszczeniu. Sprzętów było niewiele i uwagę zwracał przede wszystkim duży stół. Nic tutaj nie kojarzyło się z izbą tortur.
– Nikogój nie ma – ogłosił oczywisty fakt jeden ze strażników.
– Trza nam zaczekać – wywnioskował drugi. Trzeci skrzywił się:
– Poniosło gdzieś narwańca, a ty, człowieku, trać czas po próżnicy i stercz tu jak kto głupi. Chwili to czupiradło na dupie nie usiedzi, ino ganiaj za nim po całym zamku.
– Nikaj nie będziemy ganiać – zadecydował pierwszy. – Kazał se tutaj Andaluzyjczyka przywieść, to…
– On kazał? – przerwali mu jednocześnie obaj towarzysze.
– No niby don Genadio, ale wiadomo, czyja to zachcianka. Rozkapryszony jak panna w narzeczeństwie, co i rusz jakiś nowy pomysł.
– Że tyż komendant takie coś trzyma, nie wiadomo nawet, z jakiego on kraju.
– Wedle mowy sądząc ani chybi Włoch z Mediolanu.
– Toć z Francyi ponoć przyjechał.
– Ale uczesanie i ubiór u niego italskie.
– Et, włosy jak u dziewki!
– A to może Italianki takie noszą.
Strażnicy zarechotali, natomiast Álvaro, coraz bardziej zaintrygowany, zastanawiał się:
„Włoch? Kazał mnie przyprowadzić? Może ma do przekazania jakąś wiadomość? A może przysłała go Sibilla? Kto wie, czy nie wyjechała za granicę. Albo…”
Przyszło mu do głowy, że któryś z jego przyjaciół mógł podjąć próbę umożliwienia mu ucieczki. Słyszało się, choć rzadko, o takich wypadkach i nie było to całkowicie nieprawdopodobne.
– Czekamy dalej, czy zaczniem go szukać? – zniecierpliwił się najmłodszy ze strażników.
– Pewnikiem polazł jak zwykle do stajni.
Álvaro przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę i pomyślał: „Może to ten, o którym opowiadali, jak bez rozbiegu wskakuje na siodło?”
Zjawił się w błękitnawym świetle wczesnego zmierzchu tak nagle, że przypominało to ukazanie się ducha. Żaden z obecnych w pomieszczeniu mężczyzn nie usłyszał kroków i nie zauważył momentu wejścia smukłej postaci, którą wszyscy jednocześnie ujrzeli pośrodku sali. Álvaro w pierwszej chwili był pewny, iż ma przed sobą kobietę w męskim stroju, tak lekkie i płynne były jej ruchy.
Ale głos był męski, choć z dziwnym śpiewnym akcentem.
– Zostawcie nas samych.
Gdy za strażnikami zamknęły się drzwi, nieznajomy bezszelestnie podszedł do Álvara. Był tego samego wzrostu i w zbliżonym wieku. Miał jasne kędzierzawe włosy, dłuższe niż nakazywała moda, lecz dogasający dzień dawał za mało światła, by dokładnie dojrzeć rysy twarzy. Odezwał się ze swoim miękkim zaśpiewem:
– To ty wybiłeś oko sierżantowi? Czy już wiesz, że stracił stanowisko?
Álvara zaskoczyło odezwanie się per „ty” – nie znajdował się przecież przed trybunałem – jednakże słysząc obcy akcent położył to na karb złego opanowania mowy kastylijskiej. Odpowiedział w tej samej formie:
– Od kogo to usłyszałeś?
– Wszyscy o tym mówią. Komendant ukarał go za brak dyscypliny. To prawda, że cię prowokował?
– Tak, podczas przesłuchania, dlatego go uderzyłem. Czy rozmawiasz ze mną na rozkaz don Genadia?
Nieznajomego wyraźnie to rozbawiło.
– Ja nie słucham niczyich rozkazów.
– I dlatego wspiąłeś się nocą na skałę?
– Już ci ktoś opowiedział? Lubię wracać wtedy, kiedy mi się podoba.
– Więc chyba nie należysz do załogi zamku?
– Nie, jestem tu gościem.
Zaczęło się na dobre ściemniać i do komnaty wszedł sługa, by zapalić świece w stojącym na stole wieloramiennym kandelabrze. Gdy rozbłysły miodowe płomyki, na ich tle wyraziście zarysowała się smukła jak u kilkunastoletniego chłopca sylwetka cudzoziemca, nasunąwszy Álvarowi odległe skojarzenie ze schodami rodzinnego zamku.
Tylko że wtedy zamiast świec płonęło łuczywo… a zaraz potem śmignął srebrny błysk.
„Więc to jego wówczas przez moment widziałem? Czy chce dokończyć to, czego nie udało mu się zrobić w Alvarado?”
Odruchowo przybrał obronną postawę i może dzięki temu jasnowłosy odgadł jego myśli.
– Poznałeś mnie, prawda? To ja rzuciłem w ciebie nożem.
– Dlaczego to zrobiłeś? Czy nasłał cię Biały Zamek?
– Właśnie o tym chcę porozmawiać. Usiądźmy przy stole. Może napijesz się wina?
Trunek był francuski, wytrawny, o głębokim korzennym smaku. Siedząc nad srebrnymi pucharkami obydwaj młodzi ludzie przypatrywali się sobie nawzajem i każdy z nich myślał to samo.
Że bardzo chciałby wyglądać tak, jak ten drugi.
Álvarowi, urodzonemu w kraju, gdzie mauretańskie rysy stanowiły dowód złego pochodzenia, jasnowłosy nieznajomy wydawał się ideałem arystokratycznej urody. Miał jasne oczy o ni to szarym, ni to zielonym odcieniu, wąskie ciemne brwi, prosty nos i pięknie zarysowane usta; wszystko tworzyło klasyczną całość, spokojną i harmonijną. Natomiast dla tamtego płomienne oczy Andaluzyjczyka pod skrzydlatymi brwiami, jastrzębi profil i smagła cera były uosobieniem dojrzałej męskości.
Od wzajemnych oględzin ważniejsza okazała się rozmowa. Cudzoziemiec, obracając w palcach grawerowaną podstawkę kielicha, zapytał jakby w zamiarze odwleczenia właściwego tematu:
– A może jesteś głodny? Dobrze cię tutaj traktują?
Álvaro zwrócił uwagę na jego ręce o dłoniach mocnych i szerokich niczym u ludzi pracujących fizycznie. Za to długie, szczupłe palce świadczyły o szlachetnym pochodzeniu. Odpowiedział:
– Nie mam powodu do skarg.
Tamten zmrużył na moment swoje świetliste oczy.
– Don Francisco zrobi wszystko, żeby ci zaszkodzić.
– Don Francisco? Ten łysy dominikanin?
– Jest przedstawicielem Świętego Oficjum. Nienawidzi Maurów, podobno za to, że jeden z nich uwiódł mu siostrę, a ty masz z nimi coś wspólnego.
– Moja matka była Mauretanką. Dlaczego mnie straszysz Świętym Oficjum?
– Bo lepiej, żebyś się przyznał, co zrobiłeś z Sibillą.
– Już to powiedziałem na przesłuchaniu, a poza tym co cię to obchodzi?
– Obchodzi mnie. Jestem jej bratem.
– Ona nie ma rodzeństwa! Księżna Elvira miała tylko jedno dziecko. Chyba że to Sergio de Las Sierras był twoim ojcem.
– Tak. W innych czasach i w innym kraju. Musiał z niego uciekać, a potem cała nasza rodzina została wymordowana. Tylko ja ocalałem. Ojciec przez Francję dotarł tutaj i ponownie się ożenił, bo doszła go wieść o śmierci mojej matki i rodzeństwa. Myślał, że ja też zginąłem, więc mnie nie szukał, ale ja szedłem do niego przez całą Europę. I spotkaliśmy się. Krótko przed Świętem Zwiastowania… Rozumiesz teraz? Sibilla to moja siostra przyrodnia, jedyna moja żyjąca krewna. Jeżeli jeszcze żyje.
Szeroko otwarte oczy cudzoziemca z czarnym punktem zwężonej źrenicy miały w sobie coś kociego, zwłaszcza że przy wystających kościach policzkowych wydawały się skośne. Ich nieruchome spojrzenie hipnotyzowało, a gęste ciemne rzęsy harmonizowały z czarną obwódką tęczówki. Powtórzył z naciskiem:
– Jeżeli żyje.
Álvaro nie zamierzał niczego ukrywać.
– Nie wiem, czy żyje – odrzekł uczciwie. – Wyjechała z Alvarado… z mojego zamku na własne życzenie. Byłem przekonany, że udaje się do siebie, na Biały Zamek, tymczasem podobno tam nie dotarła. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. Dokładnie to samo opowiedziałem instygatorom.
Zaczerpnął powietrza.
– I nawet tortury nie byłyby w stanie wydobyć ze mnie czegoś więcej.
Nieznajomy uśmiechnął się ironicznie.
– Nie masz pojęcia o torturach… Jeżeli mówisz prawdę, co mogło się stać z Sibillą? Czy ktoś ją porwał po drodze?
– Mało prawdopodobne, ale możliwe. Mogła też pojechać do Grenady, albo do Toledo, skąd pochodziła jej matka. Albo…
Uświadomił sobie, że istnieje druga możliwość. Przekroczenie przełęczy.
„Ale po co miałaby udawać się na drugą stronę gór? Chyba że namówił ją na to hakim”.
– Albo co? Ukrywa się tobie na złość?
– Już sam nie wiem – powiedział zrezygnowany Álvaro. – Skoro byłeś w Alvarado, powinieneś to wiedzieć lepiej ode mnie. Przypuszczam, że chciałeś ją uwolnić, ale coś cię spłoszyło. Mam rację?
– Niezupełnie. Spłoszyłeś mnie tylko ty, bo miałeś być wtedy gdzie indziej.
– Skąd mogłeś to wiedzieć?! I jak w ogóle dostałeś się na zamek?
– Możesz się domyślić, że ktoś mnie tam wprowadził.
– Kto?!
– Carmela.
– A to suka!
– Już nie pamiętasz, co jej zrobiłeś?
– Chodzi ci o to, że z nią spałem? – zdziwił się Álvaro.
– Mnie powiedziała, że ją zgwałciłeś, gdy przyszła służyć na zamku.
– A gdzie tam, sama chciała, pewnie liczyła na coś więcej.
– Więc może dlatego szkodziła ci jak mogła. Dokładnie opisała mi zamek, wasze zwyczaje, wprowadziła za bramę i pokazała, gdzie jest komnata Sibilli. Nie przewidziała tylko tego, że wleziesz na schody w najmniej odpowiednim momencie.
– Czyli nie widziałeś się z Sibillą?
– Widziałem. Zaryzykowałem i wszedłem do jej komnaty, a Carmela pilnowała na zewnątrz, czy nikt nie idzie.
– I jak cię przyjęła?
– Dziwnie. Gdy ją zobaczyłem, taką bledziutką w tym ogromnym łożu, myślałem, że mam przed sobą skrzywdzone dziecko. A ona fuknęła na mnie jak rozzłoszczona kotka. Nie chciała uwierzyć, że jestem jej bratem, a potem… miałem wrażenie, jakby była o mnie zazdrosna. Nie wiem, czy ojciec powiedział jej o moim istnieniu. Raczej nie.
– Zaproponowałeś jej, żeby z tobą uciekła?
– Przecież po to tam przybyłem. Nie chciała. Rozmawiała ze mną prawie wrogo. Nie miałem czasu, żeby ją przekonywać, w każdej chwili mógł ktoś nadejść, a ty wciąż leżałeś pod drzwiami. Miałeś szczęście, że nie trafiłem cię w serce, choć nigdy nie chybiam.
– Byłbyś trafił, gdyby nóż nie obsunął się na sprzączce od pendentu. Dostałem w płuco, ledwie z tego wyszedłem. Żałujesz, że mnie wtedy nie zabiłeś?
Cudzoziemiec uciekł ze spojrzeniem.
– Nie – powiedział bez przekonania. – Chyba nie. Bo choć nie powiedziałeś mi, co stało się z Sibillą, może opowiesz, jak zginął mój ojciec.
– Przecież wiesz… Zabiłem go w pojedynku. Daję ci słowo, że uczciwie.
– Nie mogę sobie tego wyobrazić. Był niezrównanym szermierzem, bez trudu pokonywał nawet trzech przeciwników jednocześnie, a ty… Jak to możliwe, żebyś zwyciężył takiego mistrza?
– Ja też nie wiem, jak to się stało. Byłem przygotowany na śmierć. Zranił mnie kilkakrotnie, ta blizna to od jego szabli – Álvaro dotknął wąskiej szramy na policzku, wskutek czego nieznajomy zwrócił uwagę na jego przecięty nadgarstek. Spontanicznie ujął go za przegub ręki i zapytał:
– A to skąd?
– Skaleczyłem się kajdanami, gdy uderzyłem Escameza – odpowiedział Álvaro, ze zdumieniem uświadamiając sobie, że ciepły dotyk palców rozmówcy zarazem łagodzi ból i uspokaja. Zapytał impulsywnie:
– Czy umiesz leczyć dotknięciem?
Tamten roześmiał się, ukazawszy zęby trochę nierówne, za to tak białe, że rozświetlały nawet jego jasną twarz.
– Leczyć nie próbowałem, ale potrafię dotknięciem uspokoić rozhukanego konia. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje.
– To o tobie mówili, że potrafisz jednym skokiem znaleźć się na siodle?
– Kto mówił?
– Strażnicy.
– Potrafię. Ten dziobaty sierżant próbował mnie naśladować i zwichnął sobie nogę. Mało nie pękł ze złości!
Teraz zaśmiali się obydwaj. Álvaro doznał wrażenia, jakby znali się od dawna i pomyślał: „Gdyby nie to, że jestem w więzieniu, moglibyśmy zostać przyjaciółmi”.
Ale był w więzieniu, czego dowodem stały się dobiegające od strony schodów ciężkie kroki. Jasnowłosy poszedł zobaczyć, kto się zbliża.
– Twoi strażnicy. Musisz już wracać do celi.
– Zaczekaj! Jak ty właściwie masz na imię?
Tamten obejrzał się od drzwi.
– Valentin.
***
Po odprowadzeniu do celi Álvaro był tak podekscytowany nową znajomością, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Rysowała się przed nim perspektywa złagodzenia aktu oskarżenia: jeżeli Sibilla żyje, być może śmierć jej rodziców zostanie uznana za zemstę uzasadnioną okolicznościami i ukarana jakoś łagodniej? O całkowitym uniewinnieniu oczywiście nie śmiał nawet marzyć. Wszystkie te przewidywania miały za podstawę działania, które powinien podjąć cudzoziemiec.
„Skoro jest bratem Sibilli, będzie jej szukał. Chyba mi uwierzył, że jej nie zabiłem. Nie jest uwięziony, ma więcej możliwości niż ja i pewnie się w końcu czegoś dowie. Mogłoby mi to uratować życie…”
Choć pragnął tylko uniknąć kary śmierci, podświadomie tliła się w nim nadzieja, że kiedyś wyjdzie na wolność.
Zobaczy zielone łąki… Dosiądzie Alada…
Marzenie urzeczywistniło się we śnie.
Poranną polewkę przyniósł mu do celi najinteligentniejszy i najbardziej rozmowny ze strażników, do tego pochodzący z Sewilli, co w jakiś sposób zbliżało go do Álvara, który w tym mieście spędził kilka lat. Nadarzyła się więc okazja zasięgnięcia wiadomości, kim jest i skąd przybył Valentin.
– Don Valentin? – zadumał się sewilczyk. – Po prawdzie nikt tutaj go nie zna. Przyjechał z Francji ze szwagierką naszego komendanta, ale czy on Francuz, rzec trudno, bo na Włocha więcej patrzy. Mówią, że wysokiego rodu. Na koniu jeździ jakby się urodził w siodle, a do wojaczki chyba nieskory, za to papier i ołówek ze sobą nosi jak jaki artysta. Gdy konia narysował, to jeno siodło zakładać, taki był do żywego podobny. Zresztą przepada po całych dniach, bywało, że nocą wracał i bramę trza było dla niego otwierać. Ale raz…
Opowiedział znaną już Álvarowi historię o wspięciu się na mury, po czym zakończył:
– Dziwny on dosyć, ten Valentin i jużem kiedyś powiadał, że nie jest on chyba tym, kim się na pozór wydaje. Lepiej żyć z nim zgodnie, bo może pokazać, co potrafi. Kończcie jeść, panie, czekam na miskę.
Álvaro zaczerpnął ostatni łyk polewki, oddał naczynie, a gdy za strażnikiem zamknęły się drzwi, zaczął analizować usłyszane informacje. W gruncie rzeczy dowiedział się niewiele i nadal nie był w stanie ocenić, czy domniemany Włoch lub Francuz mógłby mu jakoś pomóc. Będąc gościem don Genadia potrafiłby może uzyskać dostęp do śledztwa, ale czy to by się na coś przydało?
Niemniej znajomość była warta podtrzymywania.
Zapewne cudzoziemiec podzielał ten pogląd, ponieważ około południa zjawił się w celi.
– I jak ci tutaj? – zagadnął wesoło, rozglądając się po pustych kątach. – Nie nudzisz się?
Álvaro wzruszył ramionami.
– Głupie pytanie. Przecież jestem w więzieniu.
– Nawet więzienie można sobie umilić. Ręka ci się zagoiła?
Zauważył sygnet ze znakiem strzały i natychmiast się zainteresował:
– Pierścień z żelaza? Pierwszy raz taki widzę u szlachcica. Musi być bardzo stary.
– Jest stary. To pierścień z herbem mojej rodziny.
– Tego akurat łatwo się domyślić, ale dlaczego żelazny? Twoich przodków nie było stać na złoto?
– Od spodu jest podbity złotem, żeby nie rdzewiał. Żelazo symbolizuje nieugiętość oraz pogardę dla bogactw i zaszczytów.
– Herb też masz prosty, zupełnie jak w Italii. Widziałem, że hiszpańskie są przeważnie podwójne, nawet poczwórne, w każdym polu tarczy jest inny rysunek, a u ciebie tylko strzała.
– W Hiszpanii jest moda na pokazywanie szlacheckiego pochodzenia także matki i dziadków, więc dzieli się tarczę, żeby umieścić ich herby. Alvarezowie z Nevady żenili się najczęściej w obrębie własnej rodziny, dlatego herb pozostawał wciąż ten sam. Przynajmniej tak mi to tłumaczył ojciec.
– Twój ojciec już nie żyje, prawda? Nie masz rodzeństwa?
– Nic mi o tym nie wiadomo.
– Więc zostałeś ostatnim przedstawicielem rodu. Tak samo jak ja.
– Przecież masz siostrę.
– Kobieta należy do rodziny swojego męża. Czy żyłeś z Sibillą?
Pytanie padło tak nieoczekiwanie, że Álvaro zmieszał się i zawahał, lecz zaraz odpowiedział:
– Nie, choć wiem, że wszyscy mnie o to podejrzewają.
– Podejrzewają? – parsknął tamten. – Są tego pewni!
– A ty? Komu wierzysz, mnie czy innym?
– Może powinienem uwierzyć tobie, ale nie wiem, co o tym myśleć.
– Trzeba było zapytać Sibillę.
– Nie miałem czasu. Zresztą… i tak by mi nie odpowiedziała.
– Jak sądzisz, czy jeszcze się odezwie?
– Mnie się pytasz? Widziałem ją przez parę minut, a o jej istnieniu dowiedziałem się zaledwie parę dni wcześniej. Musisz czekać na jakiś sygnał.
– Nie będziesz jej szukać?
– Gdzie i po co?
Álvaro spuścił głowę, usiłując ukryć zawód, gdyż rozwiała się i tak słaba nadzieja na poprawę sytuacji. Zza drzwi dobiegł zniecierpliwiony głos:
– Don Valentin, czekają na waszą miłość!
– Powinienem już iść – oznajmił cudzoziemiec – ale na pewno jeszcze nieraz porozmawiamy.
Uniósł dłoń w geście pozdrowienia, a gdy wychodził, Álvaro zlustrował wzrokiem jego strój, prosty i praktyczny, choć z wysokogatunkowych tkanin, pozbawiony klejnotów, jeśli nie liczyć srebrnej klamry u pasa. Przy kosztownych wysokich butach z miękkiej skóry nie było ostróg i Álvaro domyślił się trafnie, że tak doskonały jeździec panuje nad wierzchowcem bez ich pomocy.
„Ciekaw jestem, jakiego ma konia”.
Nieprędko miał się tego dowiedzieć, zwłaszcza że przez następnych kilka dni nikt poza dyżurnymi strażnikami nie zajrzał do celi. Tym razem zaczął naprawdę się nudzić. Jego młodość i czynna natura domagały się ruchu, wrażeń, pracy, przebywania między ludźmi. Nawet uwięziony przez ojca w swojej komnacie w Alvarado miał książki oraz codzienne lekcje fechtunku; teraz nie było do kogo się odezwać, ponieważ sewilczyk nie przychodził, a jego trzech gburowatych kolegów nie zdradzało ochoty na pogawędki.
Prawie zatęsknił za przesłuchaniami – i wtedy jasnowłosy cudzoziemiec zjawił się ponownie.