Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział I

Po dwóch dniach żeglugi Alvaro zobaczył wybrzeża Afryki. Im bardziej przybliżała się do nich galera, tym więcej wokół pojawiało się statków; były to głównie jednostki handlowe, ale też i wojenne, którym ze szczególną uwagą przyglądał się Morozov. Do portu wpływali w towarzystwie niskiego wojennego okrętu pod zieloną muzułmańską banderą, wlokącym za sobą po falach czerwony sztandar z białym krzyżem o zębato rozdwojonych ramionach jednakowej długości. 

Alvaro przechylił się przez burtę, żeby lepiej widzieć.

– Chorągiew joannitów?

– Tak, to flaga Zakonu Maltańskiego – przytaknął z dumą stojący obok niego Mansur. – Allach jest wielki! Pewnie zatopili ich galerę.

„Niedobry znak… Na samym początku wita mnie tryumfujący półksiężyc”.

– A tam jest miasto Sidi Ussem – Mansur machnął ręką w stronę wznoszących się za portem wzgórz, pokrytych malowniczą plątaniną ulic, zaułków, placów i ogrodów. Małe kwadratowe domy z wewnętrznymi podwórzami przypominały budownictwo andaluzyjskie, ale pałace z ubitej ziemi i żwiru, otoczone murami o barwie pustyni były inne. Istniała jeszcze jedna różnica: zewsząd strzelały smukłe iglice minaretów.

– Ani jednego krzyża – szepnął do siebie Alvaro, na tyle jednak głośno, że usłyszał to Valentin.

– Tam masz jeden. W wodzie.

Znowu spojrzeli na zwycięską galerę. Jej pokład zapełniały gromady ludzi przygotowujących się do zejścia na ląd, a pośrodku, otoczone przez arabskie tuniki i krótkie mauretańskie kaftany, czerwieniały płaszcze kawalerów maltańskich.

– Co zrobią z joannitami? – zaniepokoił się Alvaro.

– Jak to co, sprzedadzą na targu – odpowiedział rzeczowo Morozov. –  No i dlaczego wzdychasz? Litujesz się nad nimi? Mogli się tutaj nie pchać. Obrońcy wiary!… U nas też byli tacy.

– Jak to: u was?

– Najeżdżali nasze ziemie pod pretekstem krzewienia chrześcijaństwa. Też nosili płaszcze z krzyżem. Pamiętam, jak opowiadano, że kiedyś, już bardzo dawno temu, była z nimi wielka bitwa na zamarzniętym jeziorze1 i dostali takiego łupnia, że na długie lata dali nam spokój.

Przerwał, gdyż galera zaczęła wolno przybijać do nabrzeża. Zebrany tam tłum podniósł radosny krzyk na widok sprowadzanych z wojennego okrętu pokonanych rycerzy. Szli skuci po dwóch łańcuchami, podtrzymując towarzyszy, którzy odnieśli rany w niedawnej potyczce. Na końcu pochodu widniało kilka kobiecych postaci. Mansur ożywił się:

– Na chwilę was zostawię. Muszę zwrócić uwagę Abdallahowi, żeby wysłał kogoś dla obejrzenia tych kobiet. Wśród pasażerek chrześcijańskich statków nieraz się trafia coś godnego uwagi.

– Te tutaj nie wyglądają mi na perły haremu – ocenił Valentin, spoglądając w kierunku branek z takim wyrazem twarzy, jaki niewątpliwie miewał podczas polowania. – Z tej odległości nie widzę ich dokładnie, ale sądząc po sylwetkach są raczej stare niż młode.

– Starych nie przywożono by aż tutaj – sprzeciwił się Mansur. – Chyba że jest wśród nich jakaś znamienita osobistość, wtedy można liczyć na okup.

 

***

 

Gdy zatłoczonymi uliczkami miasta jechali w stronę domu Nurallaha, Abdallah przypomniał sobie o chrześcijańskich brankach i od niechcenia powiadomił Mansura:

– Nic, co mogłoby nas interesować. Małżonka jakiegoś rakuskiego wielmoży, spodziewają się za nią dużego okupu i pewna znakomita dama z Italii. Obie stare i brzydkie. Pozostałe kobiety to ich służki, też nic ciekawego.

– A nie mówiłem? – zatryumfował Valentin. – Wzrok myśliwego jest nieomylny.

– Przekonamy się na łowach! – zachichotał Sherif, zręcznie wymijając koniem zawoalowaną od stóp do głów kobiecą postać z wielkim koszem na głowie. Wierzchowce dla Maurów czekały na nich w porcie, natomiast Alvaro miał spore trudności w opanowaniu zdenerwowanego po morskiej podróży Alada, dodatkowo podnieconego zmianą otoczenia. Valentin podjechał bliżej na swoim idealnie ułożonym kasztanie, by pogładzić karego ogiera po szyi i łagodnie do niego zagadać. Sunęli wciąż w górę wąskich uliczek, mijając ślepe ściany domów, huczące wrzawą kolorowe bazary i bramy meczetów, za którymi widniały dziedzińce z fontannami, gdzie wierni dokonywali rytualnych ablucji. Morozov z roziskrzonymi ciekawością oczami rozglądał się na wszystkie strony, jakby nie chcąc niczego uronić z fascynującego widoku, a swoje wrażenia przekazywał już nawet nie Alvarowi, lecz wprost w spiczaste, czarne ucho Alada, który pod wpływem jego głosu stawał się coraz spokojniejszy.

– Niedługo będziemy w domu – oznajmił Sherif, gdy otworzyła się przed nimi znacznie bogatsza dzielnica. Ulice zrobiły się szersze, znikły bazary i pojedyncze stragany z różnobarwnymi piramidami owoców, ustępując miejsca wysokim murom, za którymi szeleściły majestatyczne korony palm.

– Zaczynają się pałace. Zmierzamy do jednego z nich.

Droga stała się jeszcze bardziej stroma, ale wkrótce wyrósł przed nimi kolejny mur. Jadąc wzdłuż niego dotarli do strzeżonej przez wartowników z włóczniami i szablami potężnej bramy nabijanej mosiądzem, która otwarła się bez najlżejszego hałasu, ukazując pełen ludzi plac z rozległą, oślepiająco białą budowlą w głębi. Gdy zsiedli z koni, uformował się orszak wiodący ich w jej kierunku, przy czym z każdym krokiem dołączali do niego coraz to nowi mężczyźni.

– Wszyscy od dawna pragnęli zobaczyć syna Marjam – odwrócił się do Europejczyków Sherif. – Wiem, że jesteście znużeni, ale wytrzymajcie jeszcze trochę, niedługo odpoczniecie.

– Czy konie będą miały dobrą opiekę? – zatroszczył się Valentin.

– Dużo lepszą niż na statku, a tam też przecież nie było im źle. W takich warunkach, jakie panują w stajniach Nurallaha, chciałby zamieszkać niejeden człowiek, zresztą przekonacie się o tym sami. A teraz już wchodzimy do domu.Przez sześciokątną sień, wykładaną pięknie wypalaną, różnobarwną cegłą, wkroczyli na dziedziniec podobny do ogrodu, tak dużo tam rosło rozmaitych drzew i kwiatów. Środek zajmowała podłużna sadzawka z szumiącą fontanną, która rozpylała wokół srebrzystą, chłodną mgiełkę. Nie był to wodotrysk, nieznany jeszcze wówczas Arabom – woda spływała z wysoko umieszczonej misy, wyżłobionej w bloku czerwonego porfiru. Po obu stronach dziedzińca ciągnął się szereg pomieszczeń o dużych podkowiastych oknach obramowanych wzorami z mozaiki, lecz oni poszli prosto, przez kolejną sień trafiając na jeszcze piękniejszy podworzec. Bezszelestnie otworzyły się przed nimi rzeźbione w drewnie dwuskrzydłowe drzwi i znaleźli się w prawdziwym pałacu.

Choć Alvaro znał bogate siedziby magnatów andaluzyjskich, a Valentin – wykwintnie urządzone zamki w dolinie Loary, takiego przepychu nie widzieli nigdy w życiu. Wysokie pokoje migotały od kolorów i świateł, rozbrzmiewały szmerem wody oraz cichą muzyką. Ściany, sufity, podłogi udekorowane były stiukami, malowidłami, lazurowo-złotą mozaiką, a od nadmiaru zawiłych wzorów kręciło się w głowie. Ozdobiona była każda płaszczyzna, każdy najdrobniejszy element. Wszystko pokrywała subtelna plecionka linii – niekiedy miękkich, naśladujących wici roślinne, liście i kwiaty, częściej zgeometryzowanych, tworzących regularne figury: romby, kwadraty i trójkąty. Zachodząc na siebie w różnych układach tworzyły całe konstelacje symetrycznych gwiazd.

  Poszczególne części pomieszczeń rozdzielały rzędy smukłych kolumn połączonych charakterystycznymi łukami w kształcie podkowy, które wyglądały, jakby je zrobiono z wielu nałożonych na siebie warstw misternych koronek. Wszędzie rozpościerały się drogocenne tkaniny o stonowanych, szlachetnych barwach, a na podłogach leżały rzucone jeden na drugi kobierce. Rozgrzane powietrze chłodziły niewielkie sadzawki wykładane marmurem, w których pływały stadka złotych rybek i kojąco szemrały fontanny. Umeblowanie przypominało andaluzyjskie domy przez wielką ilość niskich stolików i sof, choć popularne w Hiszpanii serwantki zastępowały tutaj wykute w ścianach nisze z wmurowanymi półkami pełnymi ozdobnych drobiazgów: szkatułek, flakonów na wonności, lampek z alabastru, różnych naczyniek niewiadomego przeznaczenia. Valentin zauważył, że stały tam również artystycznie oprawione książki.

Komnaty wychodziły na wewnętrzne patia, zamknięte z czterech stron arkadowymi galeriami niczym wirydarze chrześcijańskich klasztorów, lecz tak wypełnione bujną roślinnością, że przypominały miniaturowe ogrody. Amfilada zdawała się nie mieć końca, przy czym bogactwo dekoracji rosło z każdym mijanym pomieszczeniem. Wreszcie znaleźli się w dwóch bliźniaczych pokojach połączonych ze sobą łukowatym przejściem, gdzie pod ścianą czekała grupa ludzi zgiętych w niskim pokłonie. Abdallah za pośrednictwem Sherifa oznajmił:

– To wasze sypialnie i służba do waszej wyłącznej dyspozycji. Konie będą we wspólnych stajniach, a jeżeli zechcecie spróbować jazdy na wielbłądach, stajenni pomogą wam wybrać wierzchowce. Teraz odświeżcie się i wypocznijcie po podróży. Służba po kąpieli przebierze was w nowe szaty, chyba że będziecie woleli zachować wasze stroje. A po wieczornej modlitwie zaprowadzimy was przed oblicze Nurallaha.

 

***

 

– Zupełnie jakbyśmy mieli stanąć przed sądem – skomentował Valentin, gdy zostali sami.

– To będzie raczej audiencja. Już taki tu mają uroczysty sposób mówienia. 

– Jak u was w wyższych sferach. Ale nie martw się, na codzień nie są tacy oficjalni. Myślę, że z niejednym szybko się zaprzyjaźnisz, przestanę ci być potrzebny i będę mógł wrócić do Francji.

– Bądź spokojny, jeżeli stąd wyjedziemy, to obydwaj. Czuję się równie obco jak ty.

– Nie zapominaj, że ja nie znam języka i nie jestem niczyim krewnym.

– Jesteś moim towarzyszem i to im musi wystarczyć – odpowiedział dumnie Alvaro. – Chcę, żeby pobyt tutaj był dla ciebie przyjemnością.

– Już mi obiecali polowanie z orłami, a ja bym chciał wybrać się na lwy. Widziałeś kiedyś lwa?

– Tak. W herbie Leónu.

Zaśmiali się i przerwali rozmowę, gdyż niewolnicy gestami poprosili o przejście do łaźni, która składała się z trzech pomieszczeń: izby do kąpieli parowej, basenu z chłodną wodą oraz miejsca, gdzie można było odpocząć po ablucjach, a nawet zjeść posiłek. Alvaro, przyzwyczajony do pełnej obsługi, jaką miał na swoim zamku, pozwolił się rozebrać, Valentin od razu odepchnął chcącego mu pomóc niewolnika i sam zdjął ubranie, co trwało o wiele krócej, gdyż przydzieleni im słudzy wydawali się zupełnie nieobyci z systemem haftek i sprzączek, w jakie zaopatrzona była europejska odzież. 

Gdy już siedzieli w kłębach pary, Valentin powiedział:

– W moim kraju wybiegało się potem z łaźni prosto w śnieg.

– Nago? I nie było wam zimno?

– Po takiej kąpieli? Skądże! Ojciec potrafił mnie wrzucić w najgłębszą zaspę, a ile było przy tym śmiechu! Tutaj będziemy się pewnie chłodzić w basenie. Szkoda, że jest taki mały, z rozkoszą bym popływał.

– Umiesz pływać?

– Pewnie! Stiepanycz mnie nauczył, chodziliśmy w lecie nad rzekę. A ty umiesz? Pływałeś w Darro?

– Nie, ale gdy ojciec był na wojnie, mieszkałem w Sewilli u ciotki i wuja, którzy mi na wszystko pozwalali, więc często wymykałem się z Salvadorem nad  Gwadalkiwir. Nawet nie wiem, jak i kiedy nauczyłem się pływać. Może już zapomniałem, jak to się robi, bo od tamtych czasów nie miałem okazji wejść do wody.

– Tego się nie zapomina – oświadczył z przekonaniem Valentin, przechodząc na okrytą płótnem marmurową ławę wskazaną przez niewolnika. Pojawili się dwaj masażyści, aby natrzeć ich ciała szorstkimi rękawicami zanurzonymi w jakiejś brunatnej glince o miłym zapachu, którą na koniec spłukali wodą, po czym umyli im głowy. Jeden zapytał o coś Valentina, więc Alvaro przetłumaczył:

– Chce się dowiedzieć, czy ma ufarbować ci włosy.

– Tak! Na niebiesko! – parsknął Morozov. – Czy tutaj nie wolno mieć jasnych?

– Z reguły wolą ciemne, nawet u kobiet. Słyszałem o farbowaniu blondynek na czarno, nie lubią też jasnych oczu. Niebieskie ma według nich diabeł. 

– Trudno, nie muszę się podobać. Długo to jeszcze potrwa? Bo zaczynam się nudzić.

Usiadł na ławie i mimo protestu masażysty wstał, żeby iść do basenu. Alvaro zwrócił uwagę na szeroką szramę biegnącą niemal przez całą długość prawego uda przyjaciela.

– Od jakiej to broni?

– Od szabli! – roześmiał się Valentin.

– Niemożliwe.

– To była szabla dzika. Jeden z uczestników polowania zranił oszczepem odyńca, który uciekł, więc go tropiłem, dopóki nie odnalazłem. Leżał na polanie, myślałem, że już nie żyje, ale na wszelki wypadek nie podszedłem, bo to byłby klasyczny błąd. Stałem z  kuszą gotową do strzału i wtedy zaszarżował. 

– Nie zdążyłeś strzelić?

– Wpakowałem mu dwa bełty! W końcu padł, ale wcześniej rozszarpał mi nogę. Wiesz, że locha gryzie, a odyniec pruje. Dwa cale w lewo i skończyłbym jak Stiepanycz. I tak o mało co nie wykrwawiłem się na śmierć. Dobrze, że w porę nadeszła pomoc.

– Jak ją wezwałeś?

– Resztkami sił zagrałem na rogu. Mówili potem, że wyglądałem jak hrabia Roland umierający w Wąwozie Ronsewalskim, tyle że przy odyńcu, a nie przy koniu. Gdy wyzdrowiałem, dostałem na pamiątkę tę klamrę.

Gestem polecił niewolnikowi, aby mu podał leżący przy ubraniu pas z klamrą rzeźbioną w srebrze. Wyobrażony był na niej łeb dzika, róg myśliwski i dwa skrzyżowane bełty do kuszy w okolu dębowych liści. Alvaro obejrzał klamrę, ale zaraz jego uwagę zwróciło odgniecione w skórze pasa miejsce, w którym był zwykle zapinany. Zdziwił się:

– Masz obwód w talii jak dziewczyna. Po co tak ciasno się ściągasz?

– Stare przyzwyczajenie. Żeby nie podwiewało. Nie zawsze miałem ciepłą odzież – wyjaśnił Valentin. – No i żeby przeciwnikom było w razie czego trudniej chwycić.

Przeszli do pomieszczenia z basenem, by z przyjemnością pogrążyć się w chłodnej wodzie. Morozov zanurzył się całkowicie, a gdy po dłuższej chwili wychynął, by złapać oddech, mokre włosy przylgnęły mu płasko do głowy, odsłoniwszy proste brwi i wysokie kości policzkowe, przy których jego zielonkawe oczy wydawały się skośne. Alvaro zażartował:

– Wyglądasz jak kot bez uszu!

– Przecież mam uszy – nie zrozumiał Valentin.

– Ale zawsze włosy otaczają ci twarz, a teraz czegoś brakuje.

– Zaraz wyschną.

Zanim do tego doszło, niewolnicy osuszyli ich ręcznikami i przystąpili do czesania. Z krótką fryzurą Alvara poradzili sobie szybko, ale splątane po myciu jedwabiste loki Morozova niełatwo poddawały się grzebieniowi, w dodatku ich właściciel był zbyt niecierpliwy, aby spokojnie przetrwać całą operację. Już po paru pociągnięciach odebrał czeszącemu grzebień i użył go raczej symbolicznie, natychmiast uzyskując swój zwykły nieład na głowie. Masażyści zabrali się teraz za nacieranie olejkami, przeciwko czemu Valentin również zaprotestował mimo zachęty Alvara:

– Dlaczego nie chcesz? Będziesz ładnie pachniał. 

– Myśliwy nie może niczym pachnieć! I w ogóle nie znoszę, jak mnie ktoś dotyka.

Alvarozbuntował się za to przy ubieraniu. Gdy zobaczył przygotowane dla nich jedwabne szaty i safianowe pantofle bez pięt, oświadczył:

– Nie włożę tego! Czułbym się jak w kobiecej sukience. A te kłapiące papucie nadają się tylko do potykania o wszystkie dywany.

– Nie obowiązują cię rytualne ablucje, więc nie musisz nosić otwartych butów2, ja też zostanę w swoich, ale te zwiewności chyba będziemy musieli włożyć. Na nasze stroje jest za gorąco.

Nawet tym argumentem nie przekonał Alvara, który zadecydował:

– Ubierzemy się w nasze rzeczy. Niech ci Maurowie nie myślą, że nas od razu przerobią na mahometan. 

– Pora byłaby, żebyś się oduczył mówienia „ci Maurowie” – upomniał go Valentin. – Może ci to przejdzie, jak zobaczysz dziadka.

Tymczasem owinięci bawełnianymi prześcieradłami przeszli do ostatniej sali, gdzie na ozdobnych miedzianych tacach czekał lekki posiłek złożony z pieczeni na zimno i bakłażanów w occie. Do picia podano sorbet z granatów oraz dziwny napój, który okazał się mrożonym miodem pitnym. Andaluzyjczyk, przejęty czekającym go spotkaniem, prawie niczego nie tknął, za to Valentin jadł i pił za nich obydwóch. Gdy się potem ubierali, Alvaro zauważył:

– Tyle zjadłeś, że już chyba nie dopniesz tego swojego przyciasnego paska.

– Dopinam z łatwością – zademonstrował Morozov.

– Więc jesteś jeszcze chudszy niż myślałem.

– Chudy to ja byłem dziesięć lat temu.

Włożyli swoje najlepsze ubrania: Alvaro ten sam kaftan, w którym został sportretowany i pludry ze srebrną pasmanterią, Valentin – zdobiony złotymi haftami strój z ciemnoszafirowego aksamitu. Nie były to tkaniny dostosowane do tutejszego klimatu, więc Morozov oznajmił stanowczo:

– Nie wiem, jak ty, ale ja od jutra ubieram się po tutejszemu. Już w Andaluzji stale mi było za gorąco, a tutaj jest jeszcze gorzej.

– Pochodzisz z północy, więc rzeczywiście może być ci trudniej wytrzymać. Ja ze swojego stroju nie zrezygnuję.

  – A to się męcz, kto ci broni.

Do sali wsunęła się młoda niewolnica o podłużnych ciemnych oczach i złocistej skórze. Skłoniwszy się aż do ziemi nieśmiało pokazała Valentinowi grzebień trzymany w wyciągniętych dłoniach.

– Czego ona chce? 

Alvaro zapytał o to po arabsku, a słuchając odpowiedzi nie krył rozbawienia.

– Przysłali ją na miejsce tamtych mężczyzn, którym nie dałeś się uczesać. Myślę, że ona to zrobi lepiej, jeśli pozwolisz jej zbliżyć się do siebie.

– Jej bym pozwolił nawet na więcej…

Valentin przesunął wzrokiem po zgrabnej postaci niewolnicy, która przyklękła przed nim, gdyż siedział nisko na poduszkach i odłożywszy grzebień na dywan zanurzyła ręce w jego lokach. 

– Ona czesze włosy tak samo jak ja! Palcami! – ucieszył się, lecz delikatne rozdzielenie splątanych kędziorów stanowiło tylko wstęp do właściwej operacji przy użyciu grzebienia. Jej podsumowaniem był komentarz Alvara:

– Odkąd cię znam, pierwszy raz masz prosty przedziałek.

 

***  

 

Do Nurallaha zaprowadzono ich po zapadnięciu zmierzchu. W salach paliły się ażurowe lampy z miedzianej lub srebrnej blachy, ustawione przy zwierciadłach, aby ich światło było silniejsze, lecz mimo to na tkaninach i arabeskach pokrywających ściany zalegały tajemnicze, wzorzyste cienie. Wszechobecna woń pachnideł jakby się jeszcze spotęgowała.

Po wielobarwnym półmroku spowijającym pałac tym mocniej uderzyła w nich jasność panująca w ogromnej sali, do której na koniec weszli. Jasność ta biła z olbrzymich żyrandoli mających postać koncentrycznie umieszczonych jeden nad drugim, coraz to większych metalowych kręgów z osadzonymi w nich setkami  malutkich lampek oliwnych. Płomyczki migotały, tworząc iluzję, że dekorujące salę tkaniny są w nieustannym ruchu.

Na wyłożonym kobiercami i jedwabnymi poduszkami podium pod najdalszą ścianą grupa ludzi siedziała wokół rzucającej się w oczy postaci starca z długą, śnieżnobiałą brodą. Abdallah ogłosił uroczyście:

– Oto ten, który jest Wielki, Potężny, zezwolił, by syn Marjam dotarł nareszcie do rodzinnego gniazda.

Alvaro złożył niski ukłon, za jego przykładem to samo uczynił Valentin, a wówczas starzec odezwał się po arabsku powolnym, głębokim głosem, co kilka słów robiąc przerwę, by siedzący za nim tłumacz powtórzył to po hiszpańsku.

– Niech będzie chwała Miłosiernemu, albowiem pozwolił mi dożyć dnia, w którym ujrzałem syna Marjam, mojej ukochanej córki, mojego ostatniego dziecka,  najpiękniejszej perły w naszyjniku. Gdy przywieziono mi z al-Andalus portret, patrząc w oczy wnuka widziałem oczy Marjam. I za to niech będzie chwała Allachowi, a podziękowanie tobie, malarzu, który zdołałeś z martwego płótna wydobyć twarz i spojrzenie żywej istoty. Obydwóch was, szlachetni młodzieńcy, będący braćmi z wyboru, pragnę gościć u siebie tak długo, jak długo wy będziecie tego pragnąć. Poleciłem, by oddano do waszej dyspozycji komnaty, służbę, broń, konie i wielbłądy, niewolników i niewolnice. Jeżeli czegoś będzie wam brakować, mówcie, a otrzymacie to natychmiast.

W tym momencie jakby coś sobie przypomniał i odczekawszy, aż tłumacz skończy ostatnie zdanie, dodał:

– Nie możemy wam zapewnić jedynie spotkania z kapłanami waszej wiary, ale jeden jest Bóg. Zbliż się teraz do mnie, synu mojej córki, gdyż chciałbym cię uścisnąć.

Przy pomocy dwóch mężczyzn podniósł się z poduszek, długo trzymał Alvara w objęciach, po czym odsunąwszy na odległość wyciągniętych ramion wpatrzył się w niego  z czułością. Szeptał przy tym sam do siebie:

– Oczy Marjam, zupełnie oczy Marjam… A nos i brwi jak u moich synów, tylko włosy inne.

Pogładził go po włosach, przesunął pieszczotliwie ręką po policzku i ponownie uściskał, przez co Alvaro poczuł się jak mały chłopiec.

Ale nie był wzruszony.

Za to gdy wrócił do Valentina, zobaczył w jego oczach, które w świetle żyrandoli wydawały się zupełnie zielone, niespotykany dotąd wyraz.

Rozrzewnienia? 

Tęsknoty?

Żadne z tych uczuć nie pasowało mu do Morozova, nie miał jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, ponieważ Nurallah zarządził prezentację rodziny. Przed Alvarem zaczęły się przesuwać brodate twarze o ostrych rysach, różniące się na pierwszy rzut oka jedynie odcieniami turbanów. Padały trudne do zapamiętania szeregi arabskich imion i wyjaśnienia skomplikowanych stopni pokrewieństwa. Nie potrafiłby powtórzyć ani jednego i wręcz doznał ulgi, gdy na zakończenie zobaczył przed sobą znajome oblicze Selima. W następnej chwili mocno się zdziwił, ujrzawszy za jego plecami kobietę – a właściwie bardzo młodą dziewczynę w męskich szatach. Jak dotąd poza niewolnicami nie spotkał w domu żadnej niewiasty, bo żeńska część rodziny przebywała w ściśle strzeżonym haremie, całkowicie niedostępnym dla obcych mężczyzn. Alvaro znał ten zwyczaj, ponieważ przetrwał on w chrześcijańskiej Andaluzji, szczególnie w Królestwie Grenady; był bliski także Valentinowi, w którego kraju surowa moralność nakazywała izolację kobietom z wyższych sfer. 

Selim oznajmił:

– Oto najmłodszy członek naszego rodu, nie licząc małych dzieci, syn mojej zamordowanej siostry. Ma na imię Tarik.

Więc jednak nie dziewczyna?

O ile Valentin z daleka bywał czasami uznawany za kobietę, to w wypadku Tarika można się było pomylić nawet widząc go z bliska. Miał delikatną, jasną jak u wuja twarz pozbawioną jeszcze zarostu, w której wyróżniały się wilgotne, sarnie oczy. Jego sylwetka była wiotka, ruchy miękkie i niemal taneczne. Szczególny wdzięk ruchów Valentina nasuwał skojarzenie z drapieżnym zwierzęciem, gdyż poza gracją przebijała z nich siła i zwinność; kiedy stał nieruchomo, wyglądał jak każdy szczupły, wąski w biodrach mężczyzna. Tarik natomiast, co dało się zauważyć po zajęciu miejsc na poduszkach, przybierał pozy rozleniwionej hurysy, a jego ręce o długich palcach z wypielęgnowanymi paznokciami były delikatne jak u damy wysokiego rodu. Gdy przedstawiono go Valentinowi, oblał się rumieńcem niczym panna, zatrzepotał rzęsami, usiłując ukryć nagły blask w oczach, później zaś starał się tak manewrować, by usiąść jak najbliżej cudzoziemskiego gościa.

Alvaro już tego nie widział, bowiem rozpoczęła się mniej oficjalna część audiencji i Valentin został zagarnięty przez grupę młodszych mężczyzn z Sherifem na czele. Jemu Nurallah kazał usiąść obok siebie na poduszkach i odbył z nim długą, serdeczną rozmowę, wypytując o dotychczasowe koleje życia oraz o plany na przyszłość. Nie ukrywał przy tym chęci zatrzymania go w Sidi Ussem na stałe. Zauważywszy po jakimś czasie, że chłopak jest coraz bardziej zmęczony i oszołomiony, dał hasło do zakończenia spotkania.

Wróciwszy do swoich komnat obaj Europejczycy początkowo z ożywieniem dzielili się wrażeniami, wkrótce jednak, co chwila ziewając, zaczęli rozglądać się za miejscem sypialnym.

– Czy tutaj śpią na dywanach? – zapytał zupełnie serio Valentin, gdyż w żadnym z widzianych dzisiaj licznych pomieszczeń nie dostrzegł łoża ani czegokolwiek, co mogłoby je zastąpić.

– Sądzę, że raczej na tych sofach – powiedział Alvaro i podszedł do bardzo niskiej, szerokiej ławy z cennego drewna, na której umieszczona była sofa z oparciem utworzonym z ustawionych obok siebie twardych poduszek. Miał rację, gdyż po zdjęciu przez niewolnika poduszek oraz bogatej tkaniny okrywającej sofę okazała się ona po prostu zwiniętym materacem. Rozłożony i zaopatrzony w pościel podobną do europejskiej zamienił się w całkiem wygodne legowisko. Drugie, takie samo, przygotowano w bliźniaczym pomieszczeniu dla Valentina. 

Leżąc pod lekkimi bawełnianymi kołdrami wymieniali półgłosem ostatnie uwagi, dopóki nie zmorzył ich sen. 

  1. Chodzi o bitwę na Jeziorze Czudzkim 5 kwietnia 1242 r., gdy wojska ruskie pod dowództwem Aleksandra Newskiego rozbiły oddziały Kawalerów Mieczowych, na długo odsuwając groźbę agresji germańskiej.
  2. Niezależnie od wcześniejszych obowiązkowych ablucji przed wejściem do meczetu należy zdjąć buty, toteż nawet dzisiaj Arabowie niechętnie noszą zamknięte obuwie; na budowach i w innych tego rodzaju miejscach pracy stale łamane są przepisy BHP przez nagminne noszenie przydeptanych adidasów.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli