Wyjechali niedługo potem. Álvaro ziewał i przysypiał w siodle, więc Alado, poczuwszy, że jeździec jest rozluźniony, zaczął rzucać łbem, by się uwolnić od kontroli lejców. Valentin nie zwracał na to uwagi, zajęty obserwowaniem okolicy. Z tyłu jechało dwóch weteranów oraz Paul i Pito, pachołek Álvara, który przyciszonym głosem opowiadał niewiele starszemu od siebie Francuzowi o życiu na wsi andaluzyjskiej. Mijali żyzne pola, winnice, cytrusowe ogrody, gaje oliwne pełne krzątających się ludzi, głównie miejscowych chłopów ale też i zniewolonych morysków, łatwych do rozpoznania przez odmienne rysy i elementy tradycyjnego ubioru. Najbardziej rzucali się w oczy czarnoskórzy niewolnicy, pracujący w grupkach pod strażą białych nadzorców, nierzadko spętani dla zapobieżenia ucieczkom. Valentin widywał ich wcześniej w okolicach Sewilli, którą kilkakrotnie odwiedził podczas wyjazdów z Jaén.
Gdy słońce stanęło w zenicie, co oznaczało porę sjesty, zjechali na popas w cień rzucany przez kępę drzew. Álvaro zagadnął towarzysza:
– Pewnie trudno ci było przyzwyczaić się do spania po południu?
Wiedział, że ten zwyczaj nie występuje w krajach o chłodniejszym klimacie.
– Wprost przeciwnie – żywo zaprzeczył Valentin. – Wróciłem do rodzimej tradycji.
– Więc u was również obowiązuje sjesta?
– Pod inną nazwą, ale po obiedzie życie na pewien czas zamiera, nieraz nawet na cztery godziny, licząc od południa. Sklepy są zamknięte, kramarze śpią pod ladami i w mieście niczego nie można załatwić. Potem znów się pracuje aż do wieczerzy, którą wszyscy jedzą o tej samej porze1.
Ponieważ Pito oznajmił, że zaraz zrobi gazpacho, Álvaro zapytał, czy Valentin zetknął się już z tą potrawą.
– Nie pamiętam.
– Z pewnością, bo choć to zupa andaluzyjska, jadają ją też w Kastylii. Przepis zostawili nam przed laty Maurowie. Gazpacho znaczy po arabsku „zmoczony chleb”.
– Zupę z chleba jadałem w Niemczech.
– Więc teraz spróbujesz naszej.
Pito wyciągnął z bagaży spory gliniany garnek i zwróciwszy w stronę Valentina swą brzydką twarz z nosem zmiażdżonym przez Gonzalesa, wyjaśnił:
– Kiedyś to była zupa biedaków, teraz najczęściej zupa podróżnych, bo łatwo ją przyrządzić poza domem.
Ze skórzanej sakwy wysypał na ziemię ogórki i kilkanaście ząbków czosnku, już obranych ze sztywnych osłonek, obok położył niewielki bukłak, kawał chleba owinięty lnianym ręcznikiem oraz znalezione przy drodze dwa płaskie kamienie. Rozgniótł między nimi czosnek, powstałą miazgę zsunął nożem do garnka, zalał oliwą z bukłaka, zamieszał tym samym nożem i przykrył grubą warstwą chleba, pokruszonego palcami. Na to zrzucił ogórki pokrojone w talarki oraz kolejną warstwę chleba. Ręcznik wręczył Paulowi, pokazując gestem, że ma go zamoczyć w pobliskim kanale melioracyjnym. Dolawszy oliwy do garnka rozciągnął na nim mokry len, po czym wystawił na ostre południowe słońce2.
– To wszystko! – zaśmiał się widząc zdziwioną minę Paula. – Gdy ręcznik wyschnie, zupa będzie gotowa.
– Czyli już za chwilę – stwierdził Valentin, bowiem lniana tkanina niemal w oczach zaczęła robić się sucha. – Jakie to praktyczne! Nawet nie trzeba rozpalać ognia.
– Przede wszystkim nie trzeba opału – podkreślił z naciskiem Pito – a nie bez przyczyny po wsiach powiadają, że opał więcej kosztuje niż to, co na nim się warzy. No, można jeść. I jak, smakuje waszej miłości?
– Jadłem coś podobnego w Madrycie, ale miało ostrzejszy smak. A może mi się zdaje?
Álvaro zaprzeczył głową i przełknąwszy to, co miał w ustach, powiedział:
– Nie zdaje ci się, andaluzyjskie gazpacho rzeczywiście jest łagodniejsze. A jadłeś olla podrida3?
– Tak. To też jest zdaje się potrawa biedaków?
– Ale jaka smaczna! A jakie zupy były w twoim kraju?
– U moich rodziców często podawano zupę z kury, białą, czarną albo szafranową. Pamiętam też inne wywary mięsne, czasem zdarzała się zupa z cytryn, ale to są potrawy dla bogatych. Za to absolutnie wszyscy, chłopi, bojarzy, nawet sam car, jedzą szti na wywarze z kapusty4. Różnice polegają na dodatkach, jeśli kogoś nie stać na mięso czy choćby mięsne pierożki do zupy, wrzuca grzyby, marchew, rzepę, co tylko jest pod ręką. Im dalej od Moskwy, tym częściej spotyka się barszcz, robiony z rośliny, która ma takie strzępiaste liście5, nie wiem, czy występuje w waszym kraju. Obiera się jej łodygi, kroi na kawałki i zalewa wodą, żeby sfermentowały. Smak ma… do czego by to porównać… Ty byś pewnie powiedział, że do octu.
– Taki kwaśny? – zdumiał się Álvaro.
– Kwaśny, ale pożywny. Można dolać mleka, wtedy smak staje się łagodniejszy. Jadłem to na Litwie i w Polsce.
– A gdzie leży Polska, don Valentin? – zapytał z szacunkiem jeden z weteranów, którzy hiszpańskim zwyczajem jedli razem z nimi.
– Wiesz, gdzie są Niderlandy?
– Toć żem tam wojował!
– Za Niderlandami są kraje niemieckie, a dalej Polska.
– A potem twój kraj? – upewnił się Álvaro.
– Tak. Ale to bardzo daleko.
Kolejne pytanie zadał Pito.
– Jak nazywa się ojczyzna waszej wielmożności?
– Po waszemu: el Gran Principado de Moscovia. Uff – mruknął odkładając łyżkę. – Smakowało mi gazpacho, ale mam już dosyć.
Położył się z rękami pod głową na wyschniętej, szeleszczącej trawie, a gdy spojrzał na obłoki, w jego jasnych oczach odbiło się niebo, nadając im czysto błękitny kolor. Weterani dokończywszy zupę zajęli się końmi, chłopcy poszli umyć garnek w kanale, zaś Álvaro stanął nad Valentinem i zażartował:
– Wyglądasz teraz na człowieka doskonale szczęśliwego.
Valentin nie okazał żadnej reakcji, lecz po chwili szepnął:
– A co to jest szczęście?…
– Nie wiem. Miłość? Dobrobyt? Zwycięstwo?
– Wolność.
– Tylko tyle?
– To jest wszystko, Andaluzyjczyku.
– Nasze królestwo jest wolnym krajem, a czy szczęśliwym?
Morozov gwałtownie poderwał się do pozycji siedzącej, zburzywszy tym nastrój sielanki. Jego oczy pociemniały jak niebo zakryte chmurą.
– Nie mów mi o wolności w Hiszpanii, bo co to za wolność, gdzie każdy donosi na każdego. Wszyscy żyjecie w bezustannym strachu przed Inkwizycją. Za byle co mogą uwięzić i spalić!
Álvaro obejrzał się w stronę drogi.
– Nie krzycz.
– O właśnie. Tak wygląda wasza wolność. Nawet ty się boisz, że ktoś usłyszy.
– A w twoim kraju jest lepiej?
– Nie było lepiej. Nie wiem, jak jest teraz.
– To gdzie jest ta wolność?
– Może w człowieku. Gdy wiesz na pewno, że w każdej sytuacji pozostaniesz sobą.
– W takim razie niewiele potrzeba ci do szczęścia.
– Bo też i niewiele miałem. Dlatego wystarczał mi ciepły posiłek raz w tygodniu, w ciągu dnia choć kawałek chleba, bo inaczej głód nie dawał zasnąć, czysta koszula, dobry nóż i jakieś buty. I może jeszcze płaszcz, żeby owinąć się w nocy. Noc pod dachem to już był szczyt marzeń.
– A przyjaciele? Kobiety?
– Kobiety poznałem późno i nigdy nie traciłem dla nich głowy. Przyjaciele?… Pierwszy był Stiepanycz. Po czterech latach musiałem wykopać mu nożem grób w lesie. Krew drugiego opryskała mnie na szafocie. Na śmierć skazano nas obu, ale że byłem od niego o kilka lat młodszy, a wyglądałem jeszcze młodziej, zamieniono mi to na asystowanie przy egzekucji i publiczną chłostę. A trzecim chyba jesteś ty.
– Też tak myślę – powiedział cicho Álvaro. – Ciężkie miałeś życie.
– Tylko młodość – sprzeciwił się Valentin. – Dopóki trwał dom rodziców, nie brakowało mi niczego. Ze Stiepanyczem było mi bardzo dobrze. W klasztorze… mimo wszystko nie byłem nieszczęśliwy. A po przybyciu do Francji jakoś ułożyłem sobie życie.
– Myślałeś o małżeństwie? O założeniu rodziny?
– Nie. Może to kiedyś zrobię. A ty?
– Ja już miałem żonę. I żadnej kobiety nie pokocham tak, jak kochałem Rositę.
Na twarzy Valentina pojawiło się rozbawienie zmieszane z pobłażliwą wyrozumiałością.
– Pokochasz ją inaczej. Jestem tego pewny. Andaluzyjczyku, przecież ty masz dopiero dwadzieścia lat!
Po sjeście jechali dalej. Ciepłą noc spędzili pod gołym niebem, a o pierwszym świtaniu znów ruszyli na południe. Mimo wczesnej pory dawał się odczuć upał, narastający w miarę upływu godzin; ulgę przyniósł podróżnym dopiero powiew od morza, który ochłodził ich na przedmieściach Malagi.
To portowe miasto miało już zdecydowanie południowy charakter. Górowała nad nim mauretańska warownia otoczona potrójnym pierścieniem murów, niegdyś najpotężniejsza w całej Iberii, trochę przypominająca Alhambrę w Grenadzie. Kręte uliczki wrzały ożywionym ruchem, tym większym, im bliższa odległość dzieliła je od morza. Rozbrzmiewały okrzyki w różnych językach, ludzi o ciemnej, a nawet czarnej skórze widywało się niemal tylu, ilu białych, więc Valentinowi przypomniało się powiedzenie dotyczące mieszkańców Sewilli: „Są jak figury do gry w szachy, połowa białych, połowa czarnych”.
Przez tłum, nad którym sucho szeleściły korony palm, powoli przecisnęli się do zajazdu. Valentin polecił Álvarowi, by zaczekał tam na niego z orszakiem, podczas gdy sam z Paulem pojechał przekazać portret. Wrócili nadspodziewanie szybko.
– I jak? Podobał się obraz?
– Byli zupełnie oszołomieni. Nie spodziewali się takiego podobieństwa do twojej matki. A co dopiero będzie, gdy zobaczą oryginał, czyli ciebie! Możemy jechać.
Álvaro świadomie zostawił swoich towarzyszy w zajeździe. Nie chciał, żeby stali się świadkami jego spotkania z muzułmańską rodziną – po roku 1568 takie kontakty były już bardzo niebezpieczne i groziły natychmiastową interwencją Inkwizycji. Choć ani Pito, ani żaden z weteranów nie dopuściłby się donosu, mógł to uczynić ktoś przypadkowy, więc Álvaro zamierzał maksymalnie zmniejszyć potencjalne zagrożenie, utrzymując cel wyjazdu w tajemnicy. Valentin, poproszony wcześniej o zrobienie tego samego względem Paula, odrzekł, że jest go absolutnie pewny, niemniej obiecał dostosować się do wymagań Álvara i na spotkanie wyruszyli tylko we dwóch.
Odbyło się ono w niepozornym domu przy jednej z bocznych ulic. Choć mały i zaniedbany, wewnątrz mienił się barwami kafelków, wschodnich tkanin i lampek z różnokolorowego szkła. Stary, milczący Murzyn wprowadził ich do sali o ścianach obwieszonych bogato zdobioną bronią, którą w innych okolicznościach Álvaro chętnie obejrzałby dokładniej. Teraz jego uwagę przykuła siedząca na poduszkach pod ścianą grupa czarnobrodych mężczyzn w zawojach.
Rodzina?
Tak. Wystarczył rzut oka na ciemne twarze o ostrych profilach i charakterystycznych brwiach tworzących jak gdyby zarys jaskółki w locie.
Ale czarne oczy miał tylko jeden.
Utkwił je w Álvarze z wyrazem zdumienia, które stopniowo przeszło w radość, a następnie wstał z poduszek i wraz z pozostałymi towarzyszami podszedł, wyciągając przed siebie ręce.
– Więc to ty, orle z gór Nevady, jesteś synem mojej siostry Marjam? Bądź pozdrowiony wśród mężów, w których płynie ta sama krew! Nazywam się Mansur, a tamci sami oznajmią ci swoje imiona.
Mówił po arabsku. Álvaro na tyle znał ten język, by wszystko zrozumieć i nawet zdobyć się na parę słów odpowiedzi, dalsza rozmowa toczyła się jednak za pośrednictwem płynnie mówiącego po hiszpańsku Sherifa, aby mógł w niej brać udział także Valentin. Było to dla wszystkich wygodne także i z tego powodu, że dawało więcej czasu do namysłu, a co za tym idzie, do wzajemnego oswojenia się ze sobą. Álvaro, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, przyglądał się Maurom, widząc teraz między nimi wyraźne różnice. Od szczupłego, nieśmiałego Selima o jasnej cerze, zielonkawych oczach i zamyślonym uśmiechu bił spokój, w przeciwieństwie do Mansura, w którym wprost kipiał temperament. Poważny Mohammad podobny był do Abdallaha, co nie dziwiło, gdyż obaj pochodzili od jednego ojca i jednej matki. Wesoły Sherif miał mocną, krępą sylwetkę, brązową twarz, a rysy nieco murzyńskie, ponieważ jego matka była czarną niewolnicą. Nie przynosiło mu to żadnej ujmy – niewolnicami były nawet matki wielkich kalifów i jeśli czasem zdarzyło się inaczej, taką kobietę określano wyróżniającym mianem Al-Hurra, czyli Wolna.
Pomimo różnych matek wszyscy rozmówcy Álvara byli synami jego dziadka Nurallaha, a więc jego wujami, wszyscy też okazywali mu jednakową serdeczność, lecz na razie rozmowa nie wykraczała poza ramy grzecznościowych frazesów. Po mniej więcej godzinie luźnej konwersacji służba rozstawiła niskie stoliki i wniosła misy z różaną wodą do umycia rąk, miał bowiem nastąpić posiłek. Przy pilawie z baraniną atmosfera uczyniła się swobodniejsza, więc niecierpliwy Mansur pierwszy wystąpił z pytaniem, czy Álvaro zechciałby popłynąć do siedziby Nurallaha – Sidi Ussem, wolnego portu między Algierią a Marokiem. Pozostali bracia syknęli ostrzegawczo, gdyż najwyraźniej wyrwał się z tym za wcześnie, lecz Álvaro odrzekł swobodnie w tym samym kwiecistym stylu:
– Z wdzięcznością skorzystam z tak zaszczytnego zaproszenia, jeżeli będzie mi wolno zabrać ze sobą mojego towarzysza z północnych krajów.
Sherif posłał Valentinowi szeroki uśmiech, po czym przetłumaczył odpowiedź na arabski. Wszystkie zawoje poruszyły się w potakującym geście, zaś Mohammad wygłosił z powagą:
– Synu Marjam, możesz wziąć ze sobą tylu towarzyszy, ilu zapragniesz, ale nawet gdy nie weźmiesz żadnego, znajdziesz ich na naszej ziemi, albowiem przyjaźń z tobą będzie dla nas radością. Przydamy ci również orszak sług i niewolników, abyś miał poczet godny wnuka Nurallaha.
W skierowanych na Álvara świetlistych oczach Valentina dało się odczytać wyraźne: „A nie mówiłem?”, po czym Morozov skrzyżował wzrok ze spojrzeniem Sherifa. Álvaro mógłby przysiąc, że łączy ich jakieś porozumienie.
Wniesiono kolejne potrawy, a na koniec wschodnie słodycze, do których Álvaro był przyzwyczajony, ponieważ jadano je także w Andaluzji, szczególnie w okolicach Grenady; za to Valentin nieznacznie się skrzywił, podnosząc do ust ciasteczko mocno pachnące różami, zjadł je na jeden kęs i więcej niczego nie spróbował. Przy sorbetach ustalono, że Álvaro wróci jeszcze na parę dni do domu, by ostatecznie uporządkować swoje sprawy, a potem przybędzie z Valentinem wprost na statek mający przewieźć ich przez morze. Morozov zatroskał się:
– Czy konie przetrzymają taką podróż?
– Wasze rumaki będziecie mogli odesłać z powrotem, gdyż na miejscu dostaniecie wierzchowce godne tak znamienitych gości – odpowiedział za pośrednictwem Sherifa Abdallah. Jego brat dodał:
– Jak również najszlachetniejsze wielbłądy, równe potomstwu białej wielbłądzicy Proroka.
– Nigdy nie jechałem na wielbłądzie! – ożywił się Valentin, którego pociągała każda nowość. Zaraz też zaczął szeptać z Sherifem; Álvaro słysząc oderwane słowa odniósł wrażenie, że umawiają się na polowanie na pustyni.
„On się tam odnajdzie szybciej niż ja”, pomyślał i zaprotestował głośno:
– Wolałbym jednak mieć swojego konia, do którego jestem przyzwyczajony.
– Zatem stanie się wedle twojego życzenia. Przygotujemy na statku specjalne pomieszczenie, paszę i stajennych – zapewnił Mohammad.
– Może to dla nich za duży kłopot? – upomniał go później Morozov, lecz Álvaro odpowiedział z nagle zrodzoną śmiałością:
– Skoro nas zapraszają, zachowujmy się od początku tak, żeby musieli się z nami liczyć. Nie chciałbym uchodzić za ubogiego krewnego.
– I tak nim jesteś, ale masz rację, trzeba zachowywać pozory.
Ustalili miejsce i termin ostatecznego spotkania, po czym Álvaro zaczął się żegnać. Maurowie uprzejmie zaproponowali nocleg, on jednak wolał w pełni wykorzystać czas, pozostały mu do opuszczenia granic królestwa.
Wracając do Alvarado w zapadającym zmierzchu, gdyż zdecydowali się jechać nocą, rozmawiali o ludziach, których ze sobą zabiorą. Valentin westchnął:
– Będę musiał rozstać się z Paulem. Czy dałbyś mi jakiegoś chłopaka do posług?
– Dlaczego Paul nie może z nami jechać?
– Bo muszę go wysłać do Madrytu z listami, które przekaże komuś jadącemu do Francji.
– W takim razie mogę ci dać zaufanego człowieka albo i dwóch, żeby to zrobili za Paula, a on niech płynie z nami.
– Bardzo ci dziękuję – ucieszył się Valentin. – Przyzwyczaiłem się do Paula, będę miał do kogo odezwać się po francusku, a on też pewnie woli jechać ze mną niż wracać tam, gdzie nikt na niego nie czeka. A kogo ty zabierzesz?
– Chyba Pita, bo umie dbać o moją garderobę i wie, jak obchodzić się z Aladem. Będzie jeszcze musiał nauczyć się mnie golić, bo niezbyt sprawnie mu to idzie.
– Pito jest tylko trochę młodszy od Paula, na pewno się szybko zaprzyjaźnią. A co do golenia, raczej nie będzie ci potrzebne. Obydwaj powinniśmy zacząć nosić brody, bo tam nie mają ich tylko niewolnicy.
– Skąd wiesz?
– Od Sherifa. Ty nie wiedziałeś?
– Nie znam wszystkich muzułmańskich zwyczajów.
– To się naucz. Bo mogą się stać twoimi.
– A właśnie. Jeden muzułmański zwyczaj znam na pewno. Nie uznają wizerunków zwierząt ani ludzi, bo tylko Allach ma prawo do stwarzania istot. Więc jak to jest z tym moim portretem? Nie sprzeciwia się czasem nakazom religii?
Alado parsknął, jakby potakując słowom swego pana, więc Valentin wyciągnął rękę i poklepał go po karku.
– Nakazom religii sprzeciwia się niewątpliwie, tylko że twoja rodzina nie należy chyba do przesadnie pobożnych. Wyobraź sobie, że Sherif częstował mnie winem.
– Przecież nie podali nam wina?
– Nie teraz! Kiedyś, jak nie było z nim tamtych.
– Naprawdę? – zdziwił się Álvaro. – Ale chyba sam nie pił, skoro zakazuje tego Koran?
– Pił więcej ode mnie.
– A to może i lepiej. Będziemy się czuli swobodniejsi.
Wstrzymał trochę konia, opuścił głowę i wyznał:
– Bo ja na razie mam uczucie zupełnej obcości. Dobrze, że jedziesz ze mną.
– Nie bądźże dzieckiem – zniecierpliwił się Morozov. – Przecież ciągle ci powtarzam, że to twoja rodzina. Z kim będziesz czuł się lepiej?
– Z Miguelem. Z Chavem. I z tobą. Do diabła! Znów muszę wszystko rzucić i tułać się nie wiadomo gdzie!
– Nie rozczulaj się nad sobą, Andaluzyjczyku. Traktuj to jako przygodę.
– Pięknie dziękuję za takie przygody! Wolałbym siedzieć w Aracenie.
– Ciesz się, że nie siedzisz w więzieniu.
Álvaro już nic nie odpowiedział i dalszą drogę odbywali w milczeniu, oblani blaskiem księżyca.