Na razie udawał się tylko do Alvarado, pragnąc przebyć tę drogę najszybciej jak będzie można. Valentin już wczesnym rankiem wysłał swojego pachołka, bystrego francuskiego chłopca imieniem Paul, aby wyprzedziwszy ich wraz z obładowanym bagażami mułem zaczekał w umówionej oberży. Morozov musiał jeszcze wstąpić do Jaén w celu przekazania jakiegoś listu, ale że różne sprawy i pożegnania zatrzymały ich na zamku dłużej niż przypuszczali, do miasta dotarli dopiero w południe.
Już pod murami ujrzeli, co tutaj za chwilę się wydarzy, było jednak zbyt późno, aby zawrócić: tłum jak fala uniósł ich w stronę rozległego placu, na którym stało wszystko, co potrzebne jest do egzekucji skazanych za herezję.
– Ależ trafiliśmy – skrzywił się Álvaro. – Niczego dziś w mieście nie załatwimy. A co gorsza, nie ma jak się wycofać.
Obejrzał się na zwartą ciżbę za nimi.
– Teraz już nawet byśmy nie mogli.
– Bo to by wyglądało na negowanie wyroku? – zapytał chłodno Valentin, oczami jak odłamki lodu przyglądając się przygotowanym stosom.
– Mniej więcej.
Z dala rozległy się okrzyki, a po chwili na plac wkroczył ponury pochód, którego główny akcent stanowiła grupa kilku osób w jaskrawych tunikach malowanych w diabły i płomienie oraz w podobnie ozdobionych wysokich spiczastych kołpakach. Za powrozy krępujące ich dłonie zatknięte były małe zielone krzyżyki. Eskortę stanowiła straż świecka, gdyż Kościół jako brzydzący się rozlewem krwi nigdy nie wymierzał kary śmierci rękami swoich ludzi. Tłum na placu w większości wykrzykiwał obelgi pod adresem skazańców, poleciało ku nim także trochę kamieni, jednakże twarze niektórych widzów wyrażały współczucie, a stojąca przy strzemieniu Valentina leciwa niewiasta skrycie płakała, ocierając łzy wypłowiałą mantylą.
W pewnym momencie pochód, już prawie docierający do stosów, przystanął. Powodem było omdlenie jednego ze skazańców, jak dopiero teraz dało się zauważyć – kobiety. Próbowała ją podtrzymać druga kobieta, właściwie niemal dziewczynka, w przekrzywionym kołpaku, od którego tym tragiczniej odbijała jej blada, przerażona twarz.
– To matka i córka… – szepnęła przez łzy staruszka stojąca obok Valentina. – Moje sąsiadki… Zginą przez fałszywy donos podłego oskarżyciela.
– Ciszej, babciu!… – syknął z boku jakiś mężczyzna wyglądający na rzemieślnika. Staruszka potrząsnęła siwą głową.
– W moich latach już się nie boję śmierci, ale to dziewczę ma dopiero szesnaście wiosen…
Skazańców zaczęto wprowadzać na stosy i przywiązywać do stojących pośrodku nich słupów. Álvaro zaniepokoił się, ujrzawszy, że siodło Valentina jest puste, lecz w tym samym momencie z zupełnie innej strony mignęło coś jak srebrna błyskawica. Tłum zaszumiał.
Sztylet rzucony nieomylną ręką trafił prosto w serce dziewczyny, która zwisła w swoich więzach bezwładnie jak szmaciana lalka. Ocucona już matka, przywiązana do sąsiedniego słupa, przyjęła to dziękczynnym wzniesieniem oczu w niebo. Ciżba zafalowała, roztrącana przez strażników, którzy zaczęli przedzierać się w kierunku, z jakiego nadleciał nóż, lecz szybko zrezygnowali, byłoby to bowiem szukanie igły w stogu siana.
A Valentin znalazł się z powrotem na kulbace.
– Jak mogłeś! – wyrzucał mu potem Álvaro, gdy straszne widowisko dobiegło końca i wraz z innymi oddalali się od miejsca kaźni, gnani obrzydliwym swądem spalonych ciał. Valentin wzruszył ramionami.
– Miałem się bezczynnie przyglądać, jak mordują tę małą?
– A jeśli to naprawdę była czarownica?
– Akurat. Wierzysz w takie rzeczy?
– A ty nie?
– Coś ci opowiem. Gdy byłem jeszcze w moim kraju i mieszkałem w lesie, czasem spędzałem tydzień czy dwa we wsi. Podczas jednego z takich pobytów zdarzyło mi się widzieć u koni nieprawdopodobnie splątane ogony i grzywy. W żaden sposób nie można ich było rozczesać. To samo działo się z długimi włosami u kobiet.
– Co to było? – zdziwił się Álvaro.
– Starzy ludzie powiedzieli, że domowy demon się rozgniewał, więc wichrzy włosy kobietom i koniom.
– O…
– Trzeba go przebłagać, zatem konieczna jest ofiara.
***
Wybrali Łuszeńkę. Choć miała dopiero dwanaście lat, jej warkocz był najdłuższy i najpiękniejszy w okolicy. Kobiety pozamiatały podłogę w starej, porzuconej chacie na samym końcu wsi, zabiły czarnego koguta i jego krwią zakreśliły na niej wielki krąg. Mruczały przy tym jakieś zaklęcia, potem ustawiły w środku gliniane naczynia z mlekiem, miodem, uprażoną jęczmienną kaszą, a do maleńkiego koszyczka z kory wsypały odrobinę soli. Napaliwszy w piecu położyły na nim różne stare szmaty, derki i kożuchy, aby demon mógł się wygodnie wygrzewać.
I przed północą wprowadziły do chaty Łuszeńkę.
Choć krzyczała i płakała, nikt się tym nie przejmował. Rozpleciono jej warkocz, gdyż miał się nim w nocy zabawić demon, by w zamian dać spokój włosom innych kobiet. Falujące, połyskliwe pasma okryły aż do kolan drobną postać dziewczynki, zasłaniając jej zapłakaną twarz i związane ręce. Pchnięta, usiadła pod piecem, wciąż rozpaczliwie zawodząc. Obok niej postawiono kwartę wódki1.
A potem wszyscy sobie poszli – kobiety i kilku starych chłopów, którzy też brali udział w obrzędzie. Zabrali łuczywa, więc dziewczynka została sama w ciemnej, dusznej izbie, tak przerażona, że już nie mogła wydobyć głosu. Dygotała tylko coraz mocniej, czekając na straszliwego gościa, lecz zamiast niego zjawił się Valentin.
– Łuszeńka? – zawołał cicho, z początku niczego nie widząc w nieprzeniknionych ciemnościach. – To ja, Wala. Nie bój się, zostanę tu z tobą.
Cisza.
– Łusza! – krzyknął głośniej, zaniepokojony, czy nie stało się jej coś złego. – Łukieria2! Odezwij się!
Udało mu się wreszcie skrzesać ognia, więc szybko zapalił przyniesioną ze sobą smolną drzazgę i podniósł ją w górę. Gdy blask płomienia padł na jego twarz, spod pieca dobiegło westchnienie ulgi.
– Dlaczego się nie odzywałaś? – wyrzucał później dziewczynce, gdy siedzieli obok siebie w bezpiecznym kręgu światła. – Już myślałem, że umarłaś ze strachu.
– Niewiele brakowało – szepnęła, odgarnąwszy włosy uwolnionymi z więzów rękami. – Czy on… już nie przyjdzie?
– Nie przyjdzie – odrzekł stanowczo, choć nie do końca był tego pewien.
– I będzie dalej szkodził we wsi? Baby mnie zabiją! – uświadomiła sobie dziewczynka.
– Powiesz im, że był.
– Będą pytały, jak wyglądał…
– Było ciemno, więc nic nie widziałaś. Zapleć sobie włosy tak jak zawsze, a ja ci nad ranem zwiążę ręce. Pomyślą, że to on bawił się twoim warkoczem.
– A poczęstunek?
– Zaraz go zjemy. Wódkę się wyleje.
Chwycił blaszane naczynie i chciał z nim wyjść na dwór, lecz dziewczynka zaprotestowała:
– Nie zostawiaj mnie samej!
– To co mam z tym zrobić?
Po namyśle wychlusnął zawartość naczynia do pieca, oznajmiając wesoło:
– Powiesz, że wyleciał przez dymnik! Chcesz mleka?
– Boję się…
– Czego? Demona? Już tu nie przyjdzie. Pij, mleko dobrze ci zrobi.
Wypiła trochę, lecz kaszę i miód musiał zjeść sam, do czego zresztą nie trzeba było go namawiać. Odstawiwszy puste naczynia na ich poprzednie miejsce w kręgu zakreślonym kogucią krwią odetchnął z zadowoleniem i usiadł wygodniej; teraz najchętniej by się przespał, wiedział jednak, że Łuszeńka na to nie pozwoli. Znudzony zaczął kręcić w palcach pasmo jej włosów.
– A może nauczysz mnie, jak się zaplata warkocz? Szybciej czas zleci do rana.
Uśmiechnęła się na widok niezdarności, z jaką zaczął naśladować jej ruchy, ale o świcie jej głowę zdobiły już trzy niezbyt równo splecione warkocze.
– Teraz naprawdę wyglądasz, jakby uczesał cię demon – orzekł Valentin, krytycznie przyglądając się swemu dziełu. – Umyślnie zrobiłem ci trzy warkocze, żeby nie było zwyczajnie. Daj ręce, muszę cię związać, bo tamci zaraz wrócą.
– Nie odchodź jeszcze! – przestraszyła się dziewczynka.
– Przecież już robi się jasno!
Zgasił łuczywo, uderzywszy nim o piec i oboje ujrzeli, jak przez błony zastępujące szybki w oknie przedostaje się szarawe światło wczesnego poranka. Valentin pospiesznie okręcił powrozem przeguby Łukierii, a ledwo zacisnął węzeł i wyszedł z chaty, usłyszał z daleka szmer zbiorowych modłów.
„Idą”, pomyślał i ciekaw, co będzie dalej, schował się w pobliskich krzakach.
Po chwili nadciągnął orszak niosący ikony oraz krzyże: na powitanie ofiary demona wybrała się chyba połowa wsi.
„Teraz to przyszliście, ażeby was pokręciło!”, posłał ku nim życzenie Valentin, świadom, że gdyby nie jego obecność, dziewczynka bez wątpienia oszalałaby ze strachu.
Kilka śmielszych bab weszło do chaty, reszta tłoczyła się przed progiem, nie mając odwagi nawet zajrzeć do środka.
– O święty Mikołaju Cudotwórco! – rozległo się z izby. Stojący na zewnątrz zaczęli raz po raz się żegnać.
– Był tutaj! Jeszcze spalenizną po nim śmierdzi!
„A pewnie, przecież dopiero co zgasiłem łuczywo”.
– Uczesał Łuszeńkę! Trzy kosy piekielnik jej zaplótł! Ni panna ona teraz, ni mężatka!
Dziewczęta na Rusi w myśl porzekadła „Kosa – dziewicza krasa” nosiły pojedynczy warkocz, by dopiero po ślubie zaplatać dwa.
– Wszystko zjedzone, gorzałka wypita… Nie będzie on już chyba nękał naszego sioła!
***
– I jak się to skończyło? – zapytał Álvaro, walcząc z chęcią zrobienia tego samego, co chłopi z opowieści, czyli uczynienia znaku krzyża.
– Wcale się nie skończyło, bo włosy plątały się nadal. Może to była jakaś choroba. Ale Łuszeńce dali spokój, a jak ją potem cała okolica szanowała! Wszędzie słynęła jako ta, co ucztowała z demonem. U was spaliliby ją na stosie.
– Jesteś nieprawdopodobnie odważny albo po prostu szalony. Przecież wtedy byłeś jeszcze dzieckiem. A i teraz… – wrócił myślą do wydarzenia sprzed paru kwadransów.
Valentin powiedział na swoją obronę:
– Matce też pewnie było lżej umierać, gdy już wiedziała, że jej córka nie cierpi.
– Ty też mogłeś za to cierpieć, szaleńcze, czy nie zdajesz sobie z tego sprawy?!
– Ci gapie tak się pchali i wrzeszczeli, że w ogóle nie zauważyli, co robię, a gdyby nawet, to powiedziałbym, że nie mogłem znieść widoku tak młodej zbrodniarki i chciałem ją czym prędzej posłać do piekła. Zresztą nieraz ryzykowałem bardziej niż dziś.
– I udawało ci się?
– Przeważnie tak.
– A jednak nie zawsze?
– Czasem zabrakło szczęścia.
Rozejrzał się, czy na drodze, którą jechali, nie ma innych ludzi, po czym zaczął rozpinać kaftan.
– Popatrz.
Uniósł koszulę, by zademonstrować podłużną czerwonosiną plamę na lewym boku.
– Od przypalania pochodnią – wyjaśnił. – Też miałem wtedy jakieś szesnaście lat, jak ta skazana. Chyba niczego tak się nie boję jak ognia. A już śmierć w płomieniach… Więc się nie dziw, że chciałem tego dziewczynie oszczędzić.
– Kto ci to zrobił?
– W więzieniu. Nieważne.
Uporządkował odzież i już zwyczajnym tonem zagadnął:
– To jak, jedziemy prosto do Alvarado?
Álvarez przytaknął, nie przestając myśleć o tym, czego był świadkiem. Mimo iż znał historię Valentina, cudzoziemiec wciąż na nowo go zadziwiał. Ryzykowanie życia dla kogoś przelotnie ujrzanego, sprawność w posługiwaniu się bronią, mroczne historie z przeszłości – to wszystko tworzyło mieszankę, która fascynowała, ale zarazem budziła lęk. Wciąż miał wrażenie, że jego towarzysz mimo pozornej otwartości posiada jeszcze wiele tajemnic i nie ma zamiaru przed nikim ich odkrywać. Coraz lepiej rozumiał też słowa Vazqueza: „To śmiertelnie niebezpieczny człowiek”.
Za parę godzin miał się o tym ponownie przekonać.
***
Ponieważ w mieście stracili więcej czasu niż uwzględniały ich przewidywania, zbliżał się wieczór, gdy zajechali do oberży w małej miejscowości, w której miał na nich czekać Paul. Sprytny chłopak domyślił się, że wskutek spóźnienia będa musieli zanocować, więc od razu wynajął izbę dla dwóch osób, o czym tryumfalnie zameldował Valentinowi, z uwagi na Álvara – łamaną hiszpańszczyzną:
– Zaraz potem przybyła jakaś większa grupa i będzie musiała pomieścić się w dwóch klitkach! Czekają teraz na wieczerzę, a z kuchni tak pięknie pachnie, że chyba warto poczekać. Już przygotowałem dla waszych miłości stroje do przebrania się po podróży, wszystko jest rozłożone w izbie.
Álvaro zainteresował się:
– Czy to jakieś lepsze towarzystwo? Nie wiesz, skąd i dokąd jadą?
– Zdaje mi się, że do Madrytu. Bogaci panowie. Bardzo eleganccy – dodał pospiesznie, chcąc, by Álvaro nakłonił jego pana do odświeżenia się z drogi. Nie spotkał go zawód i po niedługim czasie obaj młodzi ludzie weszli do sali, w której gromadzili się podróżni.
Miała tylko jedno małe okienko, więc była ciemna, za to nadspodziewanie obszerna. W półmroku widniało kilka stołów, z czego jeden był zajęty przez skromnie wyglądających mężczyzn, zapewne miejscowych, a drugi przez mieszane towarzystwo w podróżnych strojach. Przy trzecim popijała wino grupa młodych ludzi, których ubiór – bogaty i modny – zdradzał arystokratyczne pochodzenie. Álvaro z Valentinem zajęli ostatnie wolne miejsca przy małym stoliku w najciemniejszym kącie pod ścianą, świadomi, że skierowały się na nich wszystkie spojrzenia. Nie było w tym nic szczególnego, bo po chwili powrócono do picia i przerwanych rozmów, ale z grupy strojnych młodzieńców poczęły padać ciche zrazu, potem coraz głośniejsze komentarze, przeplatane wybuchami śmiechu.
– Chłopak z dziewczyną?
– Maur z blondynką!
– Zabierzemy mu ją?
Valentin zachowywał spokój, Álvaro nie powstrzymał się od wściekłego spojrzenia, co sprowokowało dalsze uwagi:
– O, jaki zazdrosny! Ona wolałaby siedzieć z nami!
Potężny jak niedźwiedź dwudziestoparolatek, który wykrzykiwał wcześniej o Maurze, odsunął ręce próbujących go zatrzymać kolegów, wstał od stołu i nawet nie odstawiwszy kielicha ruszył w stronę przybyszy, więc obydwaj podnieśli się z miejsc; jeden nadal idealnie spokojny, drugi z ręką na szabli i płomieniem w oczach. Niedźwiedziowaty stanął przed Valentinem, a na jego szerokiej, bardzo wyrazistej twarzy z zawrotną szybkością odbijało się jedno uczucie po drugim: zdumienie, rozczarowanie, a na koniec złość.
– Cudzoziemiec, co? – warknął. – Pewnie heretyk! Co robisz, przybłędo, wśród porządnych ludzi? Z tym arabskim pachołkiem? Nie wiesz, gdzie twoje miejsce?
Całym ciałem agresywnie natarł na Morozova, który odpowiedział bez emocji:
– Moje miejsce jest teraz tutaj, a twoje będzie na cmentarzu, jeśli nie przeprosisz mojego towarzysza.
Niedźwiedziowaty, przyzwyczajony, że zawsze był od wszystkich silniejszy, zupełnie się nie zląkł. Wciąż trzymając kielich, chciał lewą ręką pchnąć Valentina na ścianę, a choć wydawałoby się, że ten nie wykonał żadnego ruchu, napastnik nagle krzyknął. Jego wielka jak półmisek dłoń krwawiła, przebita na wylot nie wiadomo kiedy wydobytym nożem.
– Sam się nadziałeś – oznajmił Valentin – Przepraszaj, bo za chwilę cały będziesz dziurawy jak rzeszoto.
Mimo ostrzeżenia ranny cisnął kielich na podłogę i sięgnął po rapier, więc Valentin wolną ręką chwycił go za przegub. Na oczach zdumionych obserwatorów ogromny mężczyzna zgiął się wpół, a zaraz potem, mimo oporu, zaczął opuszczać się na kolana. W izbie zapadła cisza. Po chwili pokonany napastnik klęczał już przed Álvarem, pojękując z bólu, ale wciąż wzbraniając się przed wygłoszeniem żądanych przeprosin. Jego koledzy jeden po drugim podchodzili coraz bliżej, chyba w pokojowych zamiarach, gdyż wyglądali raczej na zaciekawionych niż na rozgniewanych.
– No i trafiła kosa na kamień – powiedział wreszcie szatyn w kołnierzu z weneckiej koronki. – Zechciejcie nam wybaczyć niewczesne żarty, w tym mroku naprawdę wzięliśmy waszą miłość za pannę w męskim ubiorze.
Valentin nieco poluzował uchwyt, ale go nie zwolnił.
– Nie od was domagam się przeprosin. I chodzi o inne słowa.
Młody, najwyżej osiemnastoletni chłopak, błyskający drogocennymi pierścieniami na niemal wszystkich palcach, schylił się do ucha klęczącego, ale ponieważ jego perswazje nie odniosły żadnego skutku, Valentin postanowił przyspieszyć sprawę:
– Co mam ci złamać, łokieć czy przegub?
– To ja zostałem obrażony – odezwał się wreszcie Álvaro – i proponuję pojedynek.
– A co będzie z kolacją? – zmartwił się upierścieniony, jako że oberżysta wnosił już misę pełną wspaniale pachnącej pieczeni. W półmroku izby błysnęły zęby Morozova.
– To nie potrwa długo. Za kilka pacierzy będziemy już siedzieć przy stole. Oczywiście nie wszyscy.
Jego słowa spełniły się co do joty, bowiem Álvaro szybko poradził sobie z przeciwnikiem, któremu wzrost i siła raczej utrudniały, niż ułatwiały walkę. Do rany lewej ręki, zadanej przez Valentina, doszło nieszkodliwe, za to bolesne cięcie damasceńskiej szabli, wszelako najboleśniejszy okazał się uszczerbek na honorze. Niedźwiedziowaty młodzieniec nie chciał pozostać wśród świadków swej klęski, więc natychmiast po założeniu opatrunku zdawkowo skłonił się kolegom i krzyknął na służbę, by przyprowadziła mu konia.
Po wzajemnej prezentacji Álvaro z Valentinem przyjęli zaproszenie do wspólnego stołu, lecz rozmowa wywiązała się dopiero po zniknięciu ostatniego z nieco już przestudzonych dań. Jej tematem była oczywiście niedawno stoczona walka, okazało się też, że nowym znajomym nieobca jest historia pojedynku Álvara z don Fernandem Puertocarrero.
– Było do przewidzenia, że ktoś go kiedyś zabije, bo szukał zwady na każdym kroku, szczególnie jeśli chodziło o jego żonę, o której też niejedno można by powiedzieć, ale nigdy byśmy się nie spodziewali jego śmierci z ręki kogoś tak młodego.
– Albo ten pojedynek z Almanegrą…
– Z Barbanegrą! – poprawił najbardziej utytułowany z towarzystwa, markiz de la Plata, a widząc, że Álvaro nie orientuje się, o kim mowa, wyjaśnił:
– Luís Almanegra to ten, któremu waszmość wyciąłeś krzyż na policzku.
– Nie krzyż, literę! – przerwał młodzieniec z pierścieniami. – Nadzwyczaj czytelne A, przecież cały Madryt mówił, że nosi teraz na sobie piętno stadniny Álvarezów!
– Niby to i jego własny monogram, od Almanegry – dodał szatyn w koronkach, więc Álvaro zdziwił się:
– Przedtem powiedzieliście „Barbanegra”?
Arystokraci wybuchnęli śmiechem.
– Pewnie nie wiecie, że od czasu owego pojedynku don Luís nosi brodę po same oczy, żeby jakoś zamaskować znak po waszmościnej szabli. Do twarzy mu nie jest, jako że bardziej do zbója niż do szlachcica teraz podobny, stąd przezwisko.
Choć Valentinowi nikt nie przetłumaczył tej prostej gry słów, z łatwością zrozumiał, że szlachcica nazwano Czarnobrodym, bo po hiszpańsku barba znaczy broda, zaś alma dusza. Wskutek nawiązania do pojedynku poproszono o prezentację niezwykłej broni Álvara, choć po obfitej wieczerzy nikt się nie kwapił do prób szermierczych. Wkrótce zresztą nadeszła pora udania się na spoczynek.
– Ubył nam jeden towarzysz, ale w zamian zyskaliśmy dwóch – kurtuazyjnie oznajmił markiz – i liczę na to, że jeszcze się spotkamy. Nasze domy w Madrycie stoją dla waszmościów otworem, ilekroć będziecie bawić w stolicy.
– Ja również zapraszam do Alvarado – zrewanżował się Álvaro, Valentin zaś dodał:
– A ja na polowanie do Clairière, gdyby wypadkiem któryś z waszmościów znalazł się we Francji.
Rozstano się w znakomitych nastrojach, lecz gdy Álvaro został wreszcie sam na sam z towarzyszem w izbie noclegowej, zaatakował:
– Czy ty musisz zawsze zachowywać się jak nożownik? Nie wiesz, że między szlachtą załatwia się nieporozumienia w inny sposób?
– Przez pojedynek? Wybacz, ale nie jestem dobrym szermierzem, a nie chodziło mi o to, żeby honorowo dać się zabić.
– W każdej chwili mogę udzielić ci lekcji. Pokazałbym ci wszystko, czego mnie nauczył don Simplicio – zaofiarował się Álvaro. Morozov odpowiedział niechętnie:
– Pewne nawyki zostają na zawsze. Ponoć walczę rapierem jak nożem.
– Kto ci to powiedział?
– Nauczyciel fechtunku.
Ponieważ w trakcie rozmowy obydwaj rozbierali się do snu, uwagę Álvara przykuła dziwna szrama, biegnąca poczwórnym pasmem przez lewe ramię Valentina.
– Od czego to masz?
– Od rysia. Stara blizna, noszę ją prawie dwadzieścia lat, teraz już dobrze wygląda.
– Od pazurów?
– Jakby była od kłów, to bym już nie żył. Miałem szczęście, bo zanim skoczył z drzewa, usłyszałem, jak trzasnęła pod nim gałąź i trochę się cofnąłem. Dzięki temu nie przegryzł mi karku. Próbował dostać się do gardła, ale że chronił mnie futrzany kołnierz, zdążyłem wyciągnąć nóż. I tak zresztą mało mnie nie zabił.
– Nie wiedziałem, że ryś potrafi rzucić się na człowieka.
– Na dorosłego może nie, ale ja miałem dziewięć lat. To był ogromny stary samiec, ważył chyba tyle samo, co ja. Rany od drapieżników są najgorsze, długo się paskudzą, Stiepanycz sam by mnie nie wyleczył, więc wezwał pomoc z klasztoru. Tego mnicha, o którym ci opowiadałem. Jakoś mnie z tego obaj wyciągnęli, ale do tej pory czasem czuję ból, szczególnie kiedy ma padać deszcz. Nawet to lubię, bo przypomina mi Stiepanycza i tamten las. A ty polujesz?
– Jeździłem na łowy z ojcem. Potem już nie było kiedy.
– Żebyś tak kiedyś zobaczył, jakie lasy są w Clairière! A jaka zwierzyna!
– Nie królewska? Wolno ci tam polować?
– Wolno mi więcej niż innym i wszyscy to respektują. Nie jestem oficjalnym łowczym, ale uprawnienia mam nawet szersze. Wychowałem się w lesie, czym się co prawda we Francji nie chwalę, więc nikt nie potrafi tak zorganizować polowania jak ja. Co jeszcze chciałbyś o mnie wiedzieć?
Pytanie było raczej ironiczne, lecz Álvaro skorzystał z okazji.
– Zapomniałem cię o to zapytać, choć długo się nad tym zastanawiałem. W jaki sposób udało ci się ukryć w Alvarado, a potem opuścić zamek tak, żeby nikt cię nie zauważył? Podobno moi ludzie przeszukali wszystkie kąty.
– Nie szukali tak, jak powinni. Położyłem się w łóżku Carmeli we wnęce korytarza, a ona tak równo je zaścieliła, że wyglądało na nietknięte. Samo miejsce też nie kojarzyło się z kryjówką.
– Zgadza się, to kuchenny korytarz, ciągle nim ktoś przechodzi.
– Wyszedłem nocą, gdy już całe zamieszanie ucichło, Carmela podprowadziła mnie pod mur w porze zmiany wartowników, więc po jego koronie przeszedłem aż do mostu i tam opuściłem się na dół.
– Po gładkim pionowym murze?! I jakim cudem nikt cię nie zauważył na moście?
– Ten mur wcale nie jest taki gładki, ma swoje lata, nawet nie musiałem asekurować się liną. Przez most przebiegłem prawie na czworakach, żeby zmieścić się w cieniu rzucanym przez balustradę, zresztą księżyc był za chmurami, a wśród strażników panowało zamieszanie.
– Muszę ulepszyć procedurę zmiany warty – zadumał się Álvaro. – Aha, a jak wszedłeś do zamku? Też po murze?
– Nie, przez bramę, przebrany za wieśniaka. Wmieszałem się między dostawców siana. To było umówione z Carmelą, czekała na mnie i szybko ukryła w jakieś komorze, żebym nikomu nie wpadł w oko.
– I nikt nie zwrócił na ciebie uwagi?
– Byli zajęci tym sianem.
– Już ja sobie pogadam z wartownikami!
– Na razie właź do łóżka.
– Ty pierwszy, wolę spać z brzegu.
– Ja też, ale niech ci będzie.
Ułożyli się na szerokim posłaniu3, Álvaro z brzegu, Valentin od ściany, lecz cudzoziemiec nie od razu zasnął. Wsparty na łokciu przyglądał się twarzy Andaluzyjczyka, a w jego wyobraźni powstawał kolejny portret.
Rozejrzał się po najbliższym otoczeniu. Świeczka, przylepiona do zagłówka prostego łoża, dawała całkiem dobre światło, ale rozłożone na zydlu ubranie leżało trochę zbyt daleko. Valentin nie chciał wstawać, by nie obudzić Álvara, wyciągnął więc ramię na całą długość, próbując dosięgnąć kaftana. Gdy już prawie dotykał go palcami, przypomniał sobie, że jest to strój odświętny.
„Do diabła!…”
Zrezygnowany wycofał się delikatnie, mimo ostrożności potrąciwszy jednak towarzysza, który zamruczał przez sen i obrócił się na bok.
Teraz wyglądał jeszcze lepiej.
„Co za profil… Przy zamkniętych oczach lepiej widać ich migdałowy wykrój, długość rzęs i tę niezrównaną linię profilu. Żeby tak mieć ołówek!”
Ale ołówek tkwił w podróżnym ubraniu, niedbale rzuconym w najdalszy kąt izby. Ponieważ Morozov nie zamierzał rezygnować ze swojej zachcianki, chwycił sztylet, z którym nie rozstawał się nawet we śnie i jego czubkiem zaczął ryć w miękkim wapnie wielokrotnie bielonej ściany obok łóżka.
„Muszę uchwycić podobieństwo od pierwszego razu, bo niczego nie będę mógł poprawić”.
Czoło, łuk nosa, rozchylone usta. Silna linia podbródka. Fala włosów z dwoma wysuwającymi się pasmami nad prawą brwią. Delikatny zarys zamkniętych powiek. Rzęsy… powinny być bardziej podwinięte. Ucho…
Zaznaczył jeszcze kontur szyi, zgnieciony róg poduszki i fragment zagłówka, aby było wiadomo, że wydrapany na ścianie portret przedstawia śpiącego mężczyznę. Przez chwilę porównywał podobiznę z oryginałem, po czym zgasił świecę, z uczuciem głębokiej satysfakcji zwinął się w kłębek i również zasnął.