Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XIX

Toledańskie panie, niegdysiejsze przyjaciółki księżnej Elviry, szybko dowiedziały się o powrocie jej córki i pospieszyły do Casa de Regina Coeli zaofiarować pomoc. Poza chęcią niesienia pociechy kierowała nimi, co oczywiste, również kobieca ciekawość, niestety Sibilla nie okazała się skłonna do zwierzeń; wyznała tylko, że gdy wyzdrowiała z ciężkiej choroby przebytej w Alvarado, poszukała schronienia w jednym z andaluzyjskich klasztorów, by przez parę miesięcy w samotności odzyskiwać równowagę.

– Modliłam się o spokój ducha dla siebie oraz o sprawiedliwą karę dla zabójcy moich rodziców. Postanowiłam wrócić do domu w pierwszą rocznicę ich śmierci – zakończyła – lecz wybrałam Toledo, gdyż, jak sądzę, łatwiej znajdę tu kogoś, kto udzieli mi pomocy.

Jak słusznie założyła, wszystkie obecne damy gremialnie obiecały swoje wstawiennictwo u wysoko postawionych osobistości, mogących wpłynąć zarówno na skazanie Álvareza, jak i na odzyskanie Białego Zamku. Rodzina de Las Sierras, skłócona i procesująca się z połową Kastylii, nie była w mieście lubiana, a choć przystojny don Ramiro podobał się kobietom, powszechnie raziło jego bezwzględne dążenie do nieustannego pomnażania majątku.

Sibilli poradzono, by jak najszybciej zgłosiła się do przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, aby uzyskać oficjalne wsparcie oraz ewentualnie złożyć zeznania w sprawie Álvareza.

– Do kogo konkretnie powinnam się udać?

Damy szybciej poruszyły wachlarzami, a na ich twarzach pojawiły się dyskretne uśmiechy, gdyż jednocześnie pomyślały o tym samym człowieku. Odpowiedzi udzieliła najstarsza i najtaktowniejsza z nich.

– Myślę, że najodpowiedniejszą osobą będzie don Torcuato de Avellanar, apostolski inkwizytor Toledo. Wiadomo nam, że obserwował proces Álvareza, zatem bez wątpienia wysłucha twojej skargi.

– Czy to nie za wysokie progi? – przelękła się księżniczka.

– Im wyżej, tym lepiej, moje dziecko, a don Torcuato w młodości znał twoją matkę i niewątpliwie wciąż ją pamięta.

 

***

 

Gdy niewiasty wśród pocałunków i zapewnień przyjaźni opuściły dom, Sibilla zmęczona spotkaniem, jako że w ciągu minionego roku zdążyła odwyknąć od ludzi, weszła do swojej sypialni. Za oknami rozciągał się widok na zalane wiosennym słońcem miasto, z niespokojną rzeką daleko w dole. Księżniczka oparła się o parapet i przez chwilę wpatrywała w szarozielone fale Tagu, po czym zawołała:

– Carmelo!

Dueña natychmiast zjawiła się w komnacie.

– Uczesz mnie – rozkazała Sibilla siadając w krytym kurdybanem fotelu przed zwierciadłem.

– Czy wasza wysokość chce odmienić fryzurę? – zdziwiła się dziewczyna spojrzawszy na pięknie ułożone włosy swej pani.

– Nie. Chcę się pozbyć fryzury. Powyciągaj to wszystko – przesunęła palcami po diamentowych zapinkach oraz upięciu z pereł – i rozpuść mi włosy.

Energicznie podniosła się z fotela, aby przesunąć go pod okno.

– Tak. Teraz dobrze. Możesz zaczynać.

Stopniowo uwalniana od uwierających ozdób patrzyła na panoramę miasta, przesuwając wzrok od ruin mostu San Martín ku odległej jasnej bryle Palacio del Infantado.

Przypomniał się jej Biały Zamek.

Rodzice.

Ojciec: jasne oczy, śpiewny głos, krzywa szabla u boku… 

Najlepszy szermierz Andaluzji.

„Dlaczego dałeś się zabić? Dlaczego zostawiłeś nas na pastwę zgrai z Alvarado?”

Matka: wyniosła postać, błyski klejnotów, wspaniałe suknie….

Strzępy brokatu na kamienistej drodze za pałacową bramą.

Ojciec: spełnianie każdej zachcianki, podarki przywożone z miasta, wspólne konne spacery po łąkach u stóp gór…

Kary koń pędzący w ulewie wśród huku piorunów.

Matka: szeleszczące wachlarze, koronki i wstążki, aksamitne puzderka z biżuterią, najdelikatniejsza bielizna… 

Żagwie wrzucane do komnat, czerwony poblask ognia z komina, krew na białym batyście.

Ogień i krew?

Wstrząsnęła się.

„Za ogień i krew trzeba odpłacić ogniem i krwią”.

Wróciła myślą do Álvareza.

„Mam go w ręku. Wystarczy, że złożę odpowiednie zeznania i za parę dni stanie na szafocie”.

Ale jak go obciążyć? Powiedzieć prawdę?

Tak, to wystarczyłoby na szafot. Tylko że oznaczałoby zarazem przyznanie się do hańby. Porwana i zniewolona…

Nie! Nigdy.

Zatem co powiedzieć sędziom? Pół prawdy?

Czyli porwana, ale nietknięta? Już lepiej. Choć brzmi to trochę jak „odrzucona”.

A jeżeli sam zdążył przyznać się do gwałtu?

To już by nie żył. Nie czekaliby na jej powrót i potwierdzenie zeznań. Może nawet uznaliby, że została zamordowana. Właściwie dziwne, dlaczego zwlekali tak długo.

Álvarez musi mieć potężnych protektorów. Ale o tym pomyśli się później. Na razie trzeba przygotować wersję dla sądu. A więc pół prawdy. Porwana z przeznaczeniem na nałożnicę, przed czym uratowała ją najpierw choroba, a potem zamach.

Dokonany przez… Właśnie.

Został jeszcze ten przybłęda. Ten rzekomy brat. Jak się wówczas przedstawił? Belski? Tak. Książę Belski. Nazywał się tak samo jak niegdyś jej ojciec. Mówił coś o innym kraju, innym małżeństwie, nawet o innych dzieciach.

Ale jakich dzieciach? Była jedyną córką swojego ojca. Przecież tyle razy jej to powtarzał. Nigdy nie wspomniał o żadnym synu.

Sibilli zdawało się przez moment, że słyszy za sobą niski, ciepły głos z miękkim zaśpiewem: „Moja mała jedynaczka”.

 

 

***

 

 

Na jej kolana upadła migocząca gwiazdka: upuszczona przez Carmelę zapinka z drobnych diamentów. Tak samo błyszczały drogie kamienie na krzyżu ojca, wydobywanym spod ubrania przez tamtego. A skoro ojciec oddał mu swój krzyż, z którym nigdy się nie rozstawał, musiał go uznać za własne dziecko.

W pamięci odżyły spychane dotychczas w nieświadomość fakty, które przekazał jej Valentin: wymordowanie całej rodziny Sergia Belskiego, ucieczka najstarszego syna, jego wędrówka przez Europę w upartym dążeniu na zachód, pierwsze po latach – a zarazem ostatnie – spotkanie w Grenadzie. Do momentu tego spotkania ojciec rzeczywiście mógł myśleć, iż córka urodzona w Hiszpanii jest jego jedynym żyjącym dzieckiem.

Ciekawe, czy ucieszył się z odzyskania syna?

A może to jednak nie jego syn? Może ktoś, kto wykorzystał sytuację, żeby pod niego się podszyć?

Może nawet nie było żadnego spotkania w Grenadzie?

Wytężyła pamięć, usiłując sobie przypomnieć, jak zachowywał się ojciec podczas ostatniego tygodnia swojego życia.

I czy miał jeszcze na szyi krzyż.

Bo równie dobrze mógł go stracić po śmierci.

Jak mogła dotąd na to nie wpaść! Oczywiście, że nie było żadnego cudownie odnalezionego syna! Ktoś, może i prawdziwy krewny Belskich – nawet przy najgorszej woli podobieństwu nie dało się zaprzeczyć – dostawszy się na Biały Zamek już po zbrodni dokonanej przez najeźdźców z Alvarado zdjął z zabitego klejnot, by móc zagarnąć prawo do dziedziczenia.

Jakie to proste.

A nieoczekiwane pojawienie się przy jej łożu w Czarnym Zamku, krótko przed tym, nim powstało zamieszanie wokół rannego Álvareza?

Część planu: chciał uprawdopodobnić swoją wersję wydarzeń, a najłatwiej było to uczynić mając poparcie rzekomej siostry.

„Szkoda, że nie wydałam go ludziom Álvareza. A wystarczyło tylko przywołać Carmelę. Miałabym jeden kłopot mniej.

No cóż, Belskim – jak on miał na imię? – trzeba będzie zająć się później. Na razie ważniejszy jest Álvarez.

Krew i ogień.

Najpierw tortury, potem śmierć”.

Świadoma wagi własnej decyzji wypowiedziała na głos, niczym wojenne hasło: 

– Krew i ogień!

Kocim ruchem przeciągnęła się w fotelu pod ciepłym płaszczem rozpuszczonych włosów i znów skierowała wzrok na miasto za oknami. Wyniosłe wieże kościołów. Budynek synagogi Transito. Skaliste zbocza nad Tagiem.

Tej nocy śniły się jej skały wokół Białego Zamku.

 

 

***

 

 

Rankiem długo rozważała wybór stroju odpowiedniego na wizytę u inkwizytora. Nie miała żadnych sukien, gdyż wszystkie zostały w Białym Zamku, ale mogła dysponować garderobą pozostałą po matce, często bywającej w Toledo i przechowującej tutaj część swoich reprezentacyjnych ubrań. Choć doña Elvira była wyższa i znacznie pełniejszych kształtów, dla obeznanej z igłą służącej zwężenie sukni nie powinno stanowić większego problemu.

– Carmelo!

– Co wasza wysokość rozkaże?

– Którą z tych sukien będzie ci łatwiej przerobić na moją figurę? – zapytała Sibilla, pokazując dwie toalety, które pokojówka skończyła właśnie rozkładać na adamaszkowej kapie łoża. Dueña przyjrzała się im fachowo, po czym odrzekła:

– Obie wystarczy zwęzić w ramionach i w talii oraz nieco dopasować… hm, z przodu – z pewnym zażenowaniem dotknęła własnego biustu. – Ale jeśli wolno mi powiedzieć, co myślę, to dla waszej wysokości stosowniejsza byłaby ta wiśniowa jedwabna. W tak młodziutkim wieku nie ma potrzeby dodawać sobie powagi.

– Właśnie o to mi chodzi. Chcę dodać sobie powagi. Zatem wybieram tę czarną aksamitną.

Pozwoliła włożyć na siebie ciężką, tylko na pozór skromną suknię dyskretnie ozdobioną taśmami z grubej złotej koronki. Biegły od góry do dołu, co bardzo wysmuklało i optycznie podwyższało postać. Cała górna część sukni naszyta była w symetrycznych odstępach rozetkami ze złota iskrzącymi się od różnobarwnych drogich kamieni, które stanowiły jedyny akcent kolorystyczny wśród czerni. Czarną barwę miały nawet wysuwające się przez liczne rozcięcia w aksamicie atłasowe rękawy części spodniej, urozmaicone przez kwiatowy wzór utkany na przemian z nici lśniących i matowych.

– Trochę to rzeczywiście ponure – uznała Sibilla stanąwszy przed zwierciadłem. – Wprawdzie dojdzie biała kreza i mankiety, ale…

– Należy zawiesić na szyi jakiś błyszczący klejnot – dokończyła Carmela i nachyliła się nad cedrową skrzynią, zawierającą oprócz bielizny także szkatułę z biżuterią.

Księżniczka westchnęła z żalem:

– Niestety, najcenniejsze klejnoty mojej matki zostały na Białym Zamku. Pewnie wszystko zagarnął wuj Ramiro i reszta krewniaków. Ale ja im to wyrwę z gardła! – dodała mściwie, podnosząc wieko dużej szkatuły zdobnej w reliefy z kości słoniowej.

– Ach! – krzyknęła z zaskoczeniem. Carmela podeszła, by zajrzeć jej przez ramię, przekonana, że szkatuła jest pusta.

– Ktoś wszystko zabrał? – spytała ze strachem.

– Wprost przeciwnie. Dziwne – zamyśliła się Sibilla. – Mam wrażenie, jakby mama przewiozła tutaj część… nawet większą część… swojej biżuterii z Białego Zamku. Ale po co miałaby to robić?

– Może czekała ją w Toledo jakaś duża uroczystość, podczas której należało wystąpić w pełnej gali? – podsunęła służąca.

– Możliwe. Już się tego nie dowiemy. Zastanówmy się, co będzie najlepiej pasowało do czarnej sukni.

Otwierając kolejne puzderka obejrzała kilka pięknych naszyjników, prawdziwych arcydzieł sztuki jubilerskiej, niestety nadających się raczej do toalet z dużym dekoltem, które już dwadzieścia lat temu zaczęły wychodzić z mody.

– A może by coś w stylu niemieckim?

Nie bez trudności wydobyła niezmiernie długi złoty łańcuch norymberskiej roboty i kilkakrotnie okręciła go sobie wokół szyi. Była to ozdoba cenna, ale prosta i nadspodziewanie dobrze harmonizująca ze złotymi przybraniami sukni. Służąca przyjrzała się jej z namysłem.

– Może inaczej, wasza wysokość. Ten łańcuch można rozdzielić, więc proponuję jedną częścią przewiązać się w pasie, o tak, a resztę zawiesić na szyi, ale w ten sposób, by poszczególne sploty się nie dotykały. Wtedy złota wydaje się więcej i bardziej rozjaśni ono suknię. O, teraz wydaje mi się dobrze.

– Masz całkowitą rację. Skąd u ciebie taki dobry smak, Carmelo?

– Gdy jeszcze miałam dom i rodziców, mieszkaliśmy w pobliżu kościoła hieronimitów w Grenadzie, więc obie z siostrą lubiłyśmy obserwować z okna damy udające się na nabożeństwo. Ileż w tym czasie obejrzałam pięknych strojów!

„Może Rufina już wtedy zaczęła marzyć o ucieczce do innego świata i o posiadaniu tych wszystkich wspaniałych rzeczy? Ale czy naprawdę zadowala ją życie, jakie prowadzi w Kadyksie?”

Księżniczka przerwała dziewczynie wspomnienia.

– Teraz zaznacz sobie szpilkami miejsca, które należy zwęzić i niech do jutra wszystko będzie gotowe. Do tego przygotuj mi krezę i mankiety, ale nie z koronki. Te zwyczajne z holenderskiego płótna. 

– Wasza wysokość chce wystąpić skromnie?

– Dokładnie o to mi chodzi.

– W takim razie proponuję uczesanie z warkoczy. Odmłodzi waszą wysokość, bo ta suknia naprawdę dodaje lat. Chyba że…

– Nie, nie – przerwała Sibilla. – Nie chcę się postarzać, niech będą warkocze.

– Upniemy je złotymi szpilkami, żeby pasowały do całości.

– Nie lubię ich, mają ostre końce, ale trudno. 

– Postaram się nie zadrapać waszej wysokości.

– W ogóle postaraj się, Carmelo. Zależy mi, żeby zaprezentować się jak najlepiej.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

 

 

***

 

 

Gdy na drugi dzień Sibilla gotowa do wyjścia stała przed zwierciadłem, musiała przyznać, że połączone wysiłki własne oraz służącej dały znakomity efekt. Surowa czerń w połączeniu z prostymi liniami stroju kontrastowała z delikatną dziewczęcą urodą i filigranową sylwetką, zarazem przydając jej majestatu. Złoty łańcuch – ozdoba tyleż kosztowna, co skromna – świadczył o wysokim urodzeniu, nie nasuwając przy tym podejrzeń, iż właścicielka wystroiła się na pokaz. Głowę zdobiły jedynie misternie upięte warkocze.

Księżniczka wyglądała dokładnie tak, jak chciała wyglądać.

Jeszcze raz taksująco przesunęła wzrokiem po całym swoim odbiciu, po czym wyprostowała się dumnie, by wypróbować kilka spojrzeń z repertuaru matki oraz uśmiech, zawierający w sobie jednocześnie obietnicę i nakaz trzymania się na dystans. 

Powinno to wywrzeć należyte wrażenie.

Nawet na inkwizytorze.

 

 

***

 

 

Z nieodstępną Carmelą u boku udała się wynajętym powozem do San Juan de Los Reyes, klasztoru franciszkanów, gdzie miał na nią oczekiwać don Torcuato. Zdawała sobie sprawę, że wyznaczając miejsce spotkania okazał wielką delikatność, ponieważ zgodnie z obyczajem wypadałoby jej się stawić w La Casa Santa – siedzibie Inkwizycji.

Nie była spokojna. Już samo nazwisko don Torcuata, jednego z trzech apostolskich inkwizytorów Toledo, budziło lęk, ona zaś musiała przeprowadzić skomplikowaną  grę dążącą do zdobycia celu bez konieczności odkrywania prawdy.

Prawdy wyjątkowo dla niej niewygodnej.

Powóz już dojeżdżał nad rzekę i w perspektywie rysowała się niewysoka, rozłożysta budowla o płaskich dachach, nad które wystawała ośmiokątna wieża zwieńczona bogatą ażurową balustradą. W przedłużeniu frontowej ściany kościoła widniały sylwetki dzwonów, ostro odcinając się na tle błękitnego nieba. 

Młode kobiety wysiadły z powozu i minąwszy wejściowy portal z rzeźbą apostoła Jana Ewangelisty w otoczeniu świętych franciszkańskich skierowały się ku wewnętrznemu dziedzińcowi prowadzącemu do pomieszczeń klasztoru. Carmelę zdziwił widok zardzewiałych łańcuchów zawieszonych na zewnętrznej ścianie kościoła, więc księżniczka wyjaśniła:

– To okowy wyzwolonych chrześcijan, pamiątka po czasach, gdy rządzili tu Maurowie. Tędy, Carmelo.

Idąc pod dwoma piętrami delikatnych arkad ominęły niewielki wirydarz z fontanną, by po chwili stanąć na wprost młodego franciszkanina.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Jestem Sibilla de Las Sierras.

– Na wieki wieków amen. Wasza wysokość pozwoli ze mną.

– Carmelo, zaczekaj tutaj.

Służąca skłoniła głowę, a potem uśmiechnęła się leciutko, by dodać swojej  pani odwagi.

Don Torcuato wyglądał zupełnie tak, jak Sibilla wyobrażała sobie inkwizytora: szczupły mężczyzna o ostrej, ascetycznej twarzy i przenikliwym spojrzeniu, chyba trochę starszy od jej matki. Przywitawszy się od razu zaznaczył, iż wymaga absolutnej szczerości – „jak podczas świętej spowiedzi” – lecz przy zadawaniu pytań ujawnił daleko idący takt i powściągliwość. Tę ostatnią posunął na tyle daleko, że Sibilla w żaden sposób nie mogła się zorientować, czemu kryminalny w gruncie rzeczy postępek Álvareza spotkał się z zainteresowaniem Świętego Trybunału. Od razu przyszło jej na myśl, że warto wykorzystać okazję dla dodatkowego zaszkodzenia ludziom z Alvarado zeznaniem, jak dalece łamali oni zasady wiary. Pamiętała pogardliwe wypowiedzi matki o „Maurach z Czarnego Zamku”, niestety nie bardzo wiedziała, na co należy położyć nacisk.  

Jedyny arabski akcent w Czarnym Zamku poza twarzą Álvara stanowiła właściwie tylko jego szabla. Architekturę trudno było uwzględniać, gdyż podobne budowle zdobiły całą Iberię i nawet tutaj, w zbudowanej za czasów Królów Katolickich siedzibie zakonu świętego Franciszka z pewnością znalazłyby się motywy obce sztuce chrześcijańskiej.

„W ostateczności mogę coś wymyślić”.

Szybko zdecydowała, że jeśli dominikanin zada stosowne pytanie, uraczy go opowieścią o nieprzestrzeganiu w Alvarado postów i o kąpielach w dni świąt muzułmańskich.

„Aha, jeszcze mycie rąk przed jedzeniem”, przypomniała sobie, lecz po chwili straciła pewność, czy jest to rzeczywiście obyczaj mahometan.

„Tak chyba postępują tylko Żydzi”.

Tymczasem don Torcuato myślał o czymś zupełnie innym.

„Jaka podobna do matki… Nie z twarzy, Elvira nie miała tak subtelnych rysów. Za to spojrzenie, sposób trzymania się, chód… Dumne uniesienie głowy… Jakby ożyła przeszłość.

Elviry już nie ma.

Dopóki żyła, też się nie widywaliśmy.

Ale przyjeżdżała do Toledo. Była jakaś nadzieja na przypadkowe spotkanie – choćby na minięcie się dwóch powozów na ulicy. Na podsłuchanie relacji z tego, jak wyglądała podczas uroczystej mszy w katedrze czy na przyjęciu u Casaresów. Jej myśli z pewnością niejeden raz pobiegły w stronę siedziby Świętego Oficjum.

I to imię dla córki… Sibilla…”

Jak Sibilla Tibaldi – jego babka. Drobna, czarnooka staruszka o włosach białych jak śnieg, ongiś znakomita rzymska dama, później już tylko hafciarka ornatów, samotnie wychowująca ukochanego wnuka. Wnuka od wczesnego dzieciństwa przeznaczonego Bogu.

Otrząsnął się z obrazów przeszłości i przeniósł wzrok na córkę uwielbianej niegdyś kobiety. Wiedział, że skończyła szesnaście lat, mimo to postrzegał ją jako podlotka wchodzącego dopiero w wiek dziewczęcy. Podlotka o wiotkiej sylwetce, delikatnych rysach, cerze jak płatek lilii i błękitnych oczach pełnych głębokiego spokoju.

„Jakąż niezachwianą wiarą obdarzył ją Zbawiciel, skoro po tak dramatycznych przejściach potrafiła zachować czystość duszy”, pomyślał, całkowicie urzeczony mieszanką wspomnień, anielskiej urody i srebrzystego głosu, który właśnie nieśmiało skarżył się na bezdomność.

– Jak to, córko? Przecież mieszkasz w Toledo?

– Ale moim rodzinnym domem jest Biały Zamek w Nevadzie.

– Słyszałem o podpaleniu go podczas napadu… Więc chciałabyś podjąć się odbudowy? Czy to nie za trudne przedsięwzięcie?

– Ależ nie, wasza przewielebność. Pożar został ponoć szybko ugaszony, lecz podczas mojej nieobecności do pałacu wprowadzili się ludzie będący wprawdzie krewnymi mojej matki, jednakże bez prawa dziedziczenia po niej.

Inkwizytor pamiętał niebieskookiego szlachcica nazwiskiem Ramiro de Las Sierras, który prosił go o asystowanie śledztwu w sprawie Álvareza. 

„Zależało mu na zdobyciu dowodów śmierci jedynej dziedziczki zamku, bo wtedy mógłby go przejąć na własność. Będzie bardzo rozczarowany”, pomyślał, ale powiedział dyplomatycznie:

– Jeżeli wiedzą o twoim powrocie, powinni cię przyjąć z radością. 

Sibilla zmrużyła oczy.

„Przyjąć? Na moim zamku?! Czy on nie rozumie, o co chodzi?”

– Wasza przewielebność, oni w ogóle nie powinni tam przebywać, tymczasem chcą zagarnąć dla siebie nie tylko pałac, ale i posiadłości ziemskie. Nie dość, że zamordowano moich rodziców, to jeszcze źli ludzie chcą mnie pozbawić majątku. Teraz mam tylko na wpół zrujnowany dom w Toledo, gdzie czasem zatrzymywała się moja matka.

„Na wpół zrujnowany?”, zdziwił się w duchu dominikanin. „Prawda, przecież to było tyle lat temu”.

Przypomniał sobie śliczne patio wyłożone płytkami, na które spadały srebrne rozbryzgi wody z fontanny, koronkę cieni rzucanych przez gęstą kratę osłaniającą okno – i przyciśnięte do kraty usta Elviry.

Ich pierwszy pocałunek miał smak żelaza, ale potem przyszły następne.

Mężczyzna zacisnął palce na krzyżyku różańca tak mocno, że poczuł, jak jego ostre końce przebijają skórę.

– Jeżeli pragniesz odzyskać majątek – odezwał się umyślnie oficjalnym tonem – musisz zwrócić się do władz świeckich.

– Nie mam pojęcia, do kogo się udać, wasza przewielebność.

„Przez pamięć Elviry nie zostawię cię bez pomocy”. 

Oczekującej w wirydarzu Carmeli od razu rzuciła się w oczy radość, jaka biła z twarzy księżniczki, w powozie zaś dowiedziała się wyniku posłuchania.

– Don Torcuato dał mi listy polecające do paru ważnych osobistości, żebym bez kłopotu odzyskała Biały Zamek. Carmelo, wrócę do siebie!

– A co z ukaraniem Álvareza? – odważyła się zapytać służąca. Sibilla spochmurniała.

– Wygląda na to, że ujdzie z życiem. Ostateczny wyrok ma wydać trybunał świecki, więc przypiszą mu tylko napad z bronią w ręku.

– To nie jest tak mało – zauważyła Carmela.

– Ale za okoliczność łagodzącą uznali zabójstwo tej jego dziewczyny ze wsi. Niby że został sprowokowany. A tak bym chciała zobaczyć, jak wchodzi na szafot! Nie – poprawiła się szybko. – Jak go wloką!

Carmela również pragnęła tego widoku, toteż zdobyła się na optymistyczną przepowiednię:

– Wasza wysokość, może go to jeszcze nie minie.

– Myślisz? – uśmiechnęła się Sibilla. – Więc możemy jechać do domu. Mam do napisania parę listów.

 

 

***

 

 

– Najchętniej widziałbym go na szafocie – don Francisco nieświadomie powtórzył zdanie księżniczki, gdy narada trybunału dobiegła końca i ostatecznie sformułowano wyrok na Álvareza.

– Jest to istotnie najprostsze rozwiązanie niemal każdej sprawy – uprzejmym głosem zgodził się z nim szlachcic w ubraniu tym razem nie brązowym, lecz o barwie zbliżonej do przejrzałej śliwki – wszelako w tym wypadku ustalono karę bardziej adekwatną do przestępstwa.

– Za morderstwo powinna być kara śmierci! – zaperzył się zakonnik. Dwóch świeckich sędziów jednocześnie wydało z siebie jęk:

– Nie zaczynajmy wszystkiego od nowa!

Przewodniczący trzykrotnie uderzył dłonią w stół.

– Proszę o spokój. Trybunał ustalił już wyrok. Wprowadzić podsądnego.

 

 

***

 

 

– Na jak długo musisz wyjechać? – zawołał świeżo przybyły do zamku Valentin wpadając do komnaty Álvara. O skazaniu go na wygnanie usłyszał zaraz za bramą, nie były mu jednak znane szczegóły wyroku.

– Na osiem lat – westchnął zapytany.

– Mogło być dużo gorzej – ocenił trzeźwo Morozov. – A kiedy? Bo chyba nie wyrzucą cię z kraju tak z dnia na dzień?

– Nie. Mam miesiąc na uporządkowanie swoich spraw. Chcę opuścić Jaén już jutro rano.

– Pewnie, że szkoda czasu – zgodził się Morozov i uświadomił sobie:

– Przecież nie skończyłem portretu! Brakuje mi na nim twojej szabli. Chyba ci ją oddadzą, co?

Álvaro bez słowa wskazał na broń leżącą za nim na stole. Valentin wziął ją w ręce i natychmiast zaczął się zachwycać przepiękną robotą oraz niespotykaną ostrością klingi.

– Toledo?

– Damaszek. Ale wzór jest perski.

– To unikat nawet wśród wschodniej broni, choć pewnie zdarzają się jeszcze bogatsze. Ta ostrość…

– Żeby ją uzyskać, pracowano nad głownią przez wiele miesięcy – poinformował beznamiętnie Álvaro. – Valentinie, dzisiaj nie będę ci pozował, a szablę możesz sobie wziąć na noc do pracowni.

– Mogę? Więc wezmę. Nie dziwię się, że nie masz humoru, ale jednak uratowałeś życie. A wcale nie było co do tego pewności.

Álvaro spojrzał mu w oczy.

– Spodziewałeś się dla mnie wyroku śmierci?

– Tak. Z tego, co usłyszałem nieoficjalnie, były naciski, żeby cię posłać na szafot. Twoją sytuację poprawiło dopiero odnalezienie się Sibilli.

– Więc poniekąd zawdzięczam jej życie?

– Bez wątpienia. Do czasu – dodał ciszej Morozov.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To samo, co mówiłem ci kilka razy. Ona o tobie nie zapomni.

– Bierz już tę szablę.

Cudzoziemiec okazał się domyślny i wraz z bronią opuścił komnatę, zaś Álvaro usiłował uporządkować wzburzone myśli. 

„Wygnanie. Osiem lat z dala od wszystkiego, z czym zżyłem się od dzieciństwa. Poza granicami kraju. Dokąd mam teraz wyjechać?”

Odpowiedź nasuwała się sama – do Flandrii.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli