Gdy za panowania Królów Katolickich Maurowie utracili kwitnące królestwo Grenady, swój nowy raj na ziemi znaleźli po drugiej stronie gór, w dolinach Alpujarras. Ale i tę krainę musieli opuścić.
Po klęsce powstania morysków, krwawo stłumionego w 1570 roku, wygnana została cała muzułmańska ludność tych żyznych dolin. Sprowadzono nowych osadników – chrześcijan z Galicji i Asturii, a dla zapoznania ich ze skomplikowanym arabskim systemem nawadniania w każdej z kilkudziesięciu wiosek pozostawiono dwie rodziny Maurów.
Dzięki temu hakim Murad nie musiał rozstawać się z rodzinną ziemią. Jego dom znajdował się nieopodal wioski rozciągniętej nad rzeką, od lat toczącą swoje wody przez głęboki wąwóz. Samo to położenie izolowało go od świata, reszty zaś dopełniał wysoki kamienny mur z solidną bramą, która rzadko kiedy stała otworem.
Nie było takiej potrzeby. Ludzie zasięgający porady lekarskiej wchodzili przez boczną furtkę wprost do niewielkiego pawilonu, gdzie przyjmował ich hakim. Do głównego budynku nie mieli dostępu, toteż nikt nie wiedział, że od jakiegoś czasu zamieszkały w nim dwie młode chrześcijańskie kobiety.
Wygodny, obszerny dom Murada otoczony był przez cudownie utrzymany ogród. Choć wykwintne ogrody Białego Zamku wydawały się Sibilli najwspanialsze na świecie, dopiero tutaj zrozumiała, czym może być prawdziwa miłość do kwiatów. Stary ogrodnik Hassan wiedział o nich wszystko, ale największym uczuciem obdarzał róże. Pod jego opieką zakwitały coraz to nowe ich gatunki, a jeden kwiat piękniejszy był od drugiego.
Początkowo Sibilla przypatrywała się im obojętnie, lekkim krokiem przemierzając ścieżki obrzeżone bukszpanem lub mirtem. Lubiła wsłuchiwać się w szmer fontanny, wokół której wymurowano wygodne majolikowe ławeczki. Codziennie odwiedzała to miejsce z Carmelą, w zapachu kwiatów i w szumie wody stopniowo odnajdując utracony spokój ducha.
Fizycznie czuła się dobrze. Choroba minęła bez śladu, podobnie jak mdłości nękające ją przez prawie trzy miesiące: teraz księżniczka miała wrażenie, iż rozkwita. Znacznie gorzej przedstawiał się jej stan psychiczny. Najpierw pozbawiona rodziny i domu, potem wyrwana ze znajomego otoczenia, nie mogła oswoić się z nowym krajobrazem i niemal klasztorną pustką.
Jedyną jej towarzyszką była Carmela. Murad, jeżeli nie znajdował się akurat poza domem, przyjmował ludzi przybywających – nieraz z bardzo daleka – by zasięgnąć porady lekarskiej. Zajęte gospodarstwem mauretańskie kobiety nie stanowiły dla Sibilli żadnego towarzystwa, mężczyzn nigdy nie widywała.
Z wyjątkiem ogrodnika. Stary, przygarbiony Maur występował początkowo gdzieś w tle, zwykle z jakimś narzędziem ogrodniczym w ręku, a księżniczka nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, przyzwyczajona, że służbę traktuje się jak powietrze.
Wszystko się zmieniło, gdy ujrzała Sułtankę.
Tego dnia od rana była rozdrażniona i smutna. Dokuczała jej samotność, nuda spowodowana przymusową bezczynnością, przede wszystkim zaś tęsknota za utraconym domem. Ogród wydał się jej obcy, kwiaty i drzewa nieprzyjazne, majolikowe siedziska twarde i zimne. Ponieważ Carmela została w domu, zajęta poszerzaniem jej sukienki, Sibilla nie miała nawet do kogo się odezwać. Na domiar złego już w ogrodzie pękła wysłużona szylkretowa klamra, którą upinała warkocze, więc opadały teraz swobodnie niemal do kolan właścicielki.
I zaczepiały, o co się dało.
Zniecierpliwiona wyplątała je raz i drugi ze strzyżonych bukszpanowych kul, wieńczących naroża alejek – lecz z krzakiem róży sprawa była trudniejsza.
Chyba tylko dzięki temu zobaczyła Sułtankę.
Szarpiąc zaplątaną wśród kolców końcówkę warkocza przypadkowo spojrzała w górę i aż westchnęła z zachwytu. Tuż nad jej twarzą pyszniła się cudowna, czarna róża. Jej kolor był właściwie ciemnoczerwony, ale czerwień miała natężenie tak głębokie, że kwiat wydawał się zrobiony z czarnego aksamitu. Miękkość jego płatków również musiała dorównywać aksamitowi.
Księżniczka zapragnęła się o tym przekonać. Wspiąwszy się na palce impulsywnie dotknęła róży ustami. Chłodny, kojący dotyk nie przypominał jednakże aksamitu. Raczej najdelikatniejszy jedwab.
Nagle rozległ się za nią jakiś głos.
Na pożegnanie nocy
poranek podaje swe usta ciemności…
Zawstydzona zerknęła za siebie i ujrzała siwobrodego starca o twarzy tak pomarszczonej i ciemnej, że przypominała suszony owoc. Spoglądając na nią łagodnie, mówił po hiszpańsku z gardłowym arabskim akcentem:
– Nazwałem tę różę Sułtanka. Długo krzyżowałem różne gatunki, żeby otrzymać taki kolor. Właśnie zakwitła po raz pierwszy… może na twoje powitanie?
Choć mówił do niej per „ty”, wcale się nie rozgniewała – czyżby to oddziaływał przemożny urok czarnej róży? Odpowiedziała uprzejmie:
– Jest przepiękna. Ale jak się krzyżuje gatunki?
– Chcesz zobaczyć? Chodź ze mną.
Zaprowadził ją pod wysoki mur, który otaczał ogród, skutecznie izolując go od świata. W silnie nasłonecznionym miejscu znajdowała się kratownica, na której rozpięto winorośl: widok absolutnie zwyczajny, ale nie w tym przypadku. Na jednym pędzie rosły równocześnie białe i czarne grona.
– Jak to możliwe? – zdumiała się Sibilla.
***
Tak rozpoczęła się jej znajomość z Hassanem. Stary ogrodnik posiadał olbrzymią wiedzę na temat roślin i z radością się nią dzielił, szczęśliwy, że napotkał kogoś, kto chętnie go słucha. Księżniczka nawet nie przypuszczała, jak ciekawe mogą być tajemnice hodowli, toteż z każdym dniem dłużej asystowała starcowi przy jego zajęciach. Aby nie zapomnieć, czego się nauczyła, po powrocie do swego pokoju notowała zdobyte wiadomości na kartach papieru, znalezionych wraz z przyborami do pisania w słodko pachnącej kasetce z drzewa sandałowego, która zdobiła półkę wykutą w ścianie nad jej łóżkiem. Przy pisaniu zastał ją kiedyś Murad.
– Prowadzisz dziennik, księżniczko? – zagadnął swoim zwykłym, jakby lekko kpiącym tonem, więc Sibilla momentalnie się nadąsała.
– Zapisuję to, czego dowiedziałam się od waszego ogrodnika na temat pielęgnacji roślin.
Hakim nie krył zdziwienia.
– Rozmawiasz z Hassanem? Nigdy bym się tego nie spodziewał.
– Dlaczego? Opowiada mi bardzo ciekawe rzeczy.
– Hassan, zwykle taki milczący? Żeby rozmawiał z kobietą, a do tego chrześcijanką… Naprawdę cię to interesuje?
– Przecież już powiedziałam.
– Skoro tak, przyniosę ci parę książek o ogrodnictwie. Lubisz czytać?
Księżniczka przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. W Białym Zamku znajdował się wspaniały księgozbiór zgromadzony przez don Santiaga, pierwszego męża matki, jednakże nikt do niego nie zaglądał. Ojciec wolał swoje przywiezione jeszcze z Francji podręczniki myślistwa i fechtunku, matka od czasu do czasu kupowała w mieście najnowsze wydania romansów rycerskich, Sibilla zaś nie czytała niczego poza odrobiną poezji i książką do nabożeństwa.
– Nie umiem po arabsku – odrzekła dyplomatycznie, wzbudzając rozbawienie Maura.
– Ależ nie proponuję ci ksiąg arabskich! Znasz francuski?
Niechętnie kiwnęła głową, gdyż ojciec nauczył ją tego języka. Na drugi dzień dostała pięknie wydane dzieło o zakładaniu ogrodów, napisane przez francuskiego benedyktyna. Do tego dołączony był hiszpański traktat dotyczący nawadniania gruntów oraz niewielka broszurka z wierszami o kwiatach.
W ten sposób rozwinęły się dwie pasje Sibilli: ogrodnictwo oraz czytanie książek, początkowo ściśle ze sobą związane. Dowiedziała się, dlaczego w arabskich ogrodach – ten, w którym przebywała, nie należał do wyjątków – tak często występuje motyw krzyża. Choć znak ten kojarzył się jej wyłącznie z męką Chrystusa, dla muzułmanów symbolizował układ ogrodu rajskiego. Cztery cieki wodne, tworzące krzyż z okrągłą sadzawką w miejscu przecięcia, naśladowały cztery rzeki raju, które płyną na swe spotkanie z czterech stron świata. Aby osiągnąć rajską harmonię, sadzono drzewa tego samego gatunku, przeważnie wiecznie zielone niczym iluzja niekończącej się wiosny; zapachu udzielały kwiaty i krzewy ozdobne, zwłaszcza umiłowany przez Arabów jaśmin. Główną zasadę przy projektowaniu arabskich ogrodów stanowiło zachowanie symetrii. Każdy element dekoracyjny, co Sibilla sprawdziła z książką w ręku, musiał mieć swój odpowiednik, a wszystko ulegało zwielokrotnieniu przez odbicie w spokojnej wodzie, czystej jak kryształ.
Z czasem przyszło zainteresowanie innymi tematami. Jako że bogata biblioteka Murada oprócz utworów w języku perskim i arabskim zawierała podstawowy kanon literatury europejskiej, księżniczka zaczęła czytać jedną księgę po drugiej, nie unikając nawet dzieł medycznych.
O dziecku mającym przyjść na świat nie myślała wcale.
Gdy jeszcze na Czarnym Zamku została poinformowana przez hakima o swoim stanie, nie chciała w to uwierzyć, choć straszną wiadomość potwierdzało współczujące zachowanie Carmeli. Wkrótce wystąpił bardziej dobitny dowód w postaci zmieniającej się figury. Było to jednak już po odjeździe z Alvarado i pewną pociechę stanowił fakt, że nikt poza dwiema osobami nie miał pojęcia o zbliżających się narodzinach dziecka jej i Álvareza.
Dziecko Álvareza! Wzdrygała się na samą myśl o tym, że musi wydać na świat istotę pochodzącą w połowie od mordercy jej rodziców. Gdyby to zależało od niej, nie dopuściłaby do jej narodzenia – skądś wiedziała o istnieniu takiej możliwości – lecz umowa z Muradem przewidywała co innego.
– Pojedziesz do mojego domu, będziesz tam miała najlepszą opiekę i nikt się o tobie nie dowie, ale jeżeli urodzisz syna, zostanie on ze mną.
– A jeśli urodzi się córka? – zapytała wówczas, zupełnie nie wstrząśnięta usłyszaną propozycją.
– Córka zostanie przy tobie.
– Więc będę miała syna – oznajmiła. Hakim spojrzał na nią jakby ze zdumieniem czy niedowierzaniem, ale nie zamierzała analizować jego uczuć.
Ważne było tylko to, że za parę miesięcy odzyska wolność.
***
Gdy urodziła się dziewczynka, pierwszą myślą księżniczki było pragnienie natychmiastowego pozbycia się niemowlęcia. Niestety nie miała komu go oddać. Swój stosunek do dziecka zamanifestowała jedynie odmową karmienia, a ponieważ konspiracja nie pozwalała na wynajęcie mamki, Carmela musiała przygotowywać dla niego butelkę.
Sibilla nawet nie dotknęła córki i prawie na nią nie patrzyła. Czarnooka, czarnowłosa, obiektywnie – musiała to przyznać – śliczna istotka budziła w niej obrzydzenie i lęk przez straszne wspomnienia, z jakimi się kojarzyła. Była przecież podobna do Álvareza.
Niemniej należało ją ochrzcić. Wskutek braku kapłana musiał to być chrzest z wody, więc w kilka godzin po narodzinach Carmela nieśmiało zapytała o imię.
– Wszystko jedno – westchnęła ze swego posłania Sibilla. – Najprościej będzie nadać jej to, które sama sobie przyniosła. Szkoda, że nie mamy tutaj żadnego kalendarza. Jaka jest dzisiejsza data?
Carmela również nie potrafiła jej sobie przypomnieć. W Alpuharze obydwie z Sibillą żyły rytmem tygodnia, traktując niedzielę jako dzień świąteczny, choć dla domowników świętem był oczywiście piątek – nie miały natomiast świadomości upływu kolejnych miesięcy. Teraz każda na własną rękę zajęła się dokładnym obliczaniem czasu, jaki upłynął od pamiętnej wigilii święta Zwiastowania.
Pierwsza skończyła księżniczka.
– Czy to możliwe? Przeoczyłyśmy cały adwent… – szepnęła sama do siebie. Odłożyła na półkę pióro, którym rysowała kreski na papierze i zajrzała przez ramię Carmeli, oddzielającej mozolnie kolejne frędzelki na swoim szalu. „Niciany kalendarz” okazał się równie dokładny jak papierowy, ponieważ oba wyliczenia zgodziły się ze sobą. Tym samym imię dla nowonarodzonej nie podlegało wątpliwości.
Wielkie święto przypadające nazajutrz obydwie uczciły wielogodzinną modlitwą, bo choć w okolicy z pewnością był kościół, nie chciały i nie mogły opuszczać swego schronienia, które zapewniało absolutną dyskrecję.
Młoda matka szybko doszła do całkowitego zdrowia, a gdy i córka na tyle się wzmocniła, by obydwie mogły opuścić dom hakima, gospodarz przyniósł sporą, płaską szkatułę z drewna obitego wypolerowaną mosiężną blachą i z widoczną ulgą postawił ją na niskim stoliku.
– To dla ciebie, księżniczko. Zajrzyj do środka – polecił, więc Sibilla uchyliła wieka.
Wewnątrz, równo poukładane, leżały rulony złotych monet, ściśle wypełniające całe wnętrze kasety.
Jakaś niebywała suma.
Sibilla podniosła zdumione spojrzenie na Maura, który objaśnił:
– Na utrzymanie dziecka.
„Nie chcę ani jego, ani tych pieniędzy!”
– To dziecko ma ojca – powiedziała twardo. Murad jakby nieznacznie się uśmiechnął. Może jej się zdawało, ale ujrzała w wygięciu jego ust coś na kształt ironii.
– Jeżeli sobie tego życzysz, powiadomię Álvara, że urodziłaś mu córkę.
„Nie urodziłam mu córki, tylko musiałam wydać na świat owoc gwałtu! Ale…”
Coś jej kazało zapytać:
– Czy on o niczym nie wie?
– Nie wiedział nawet o tym, że jesteś brzemienna.
„To może być prawda. Carmela z pewnością nikomu nie powiedziała. Hakim widocznie również nie, zresztą nawet mauryjski medyk powinien przestrzegać tajemnicy lekarskiej. Pozostaje tylko ten chłopiec z Grenady… jak miał na imię? Liberio? Raz dostałam przy nim mdłości.
Ale chyba niczego nie skojarzył, bo musiałby zdradzić się jeśli nie słowem, to spojrzeniem. Więc wygląda na to, że jest możliwość ukrycia przed światem…
Mojej hańby”.
Już w tym momencie podjęła decyzję. Dalsze kroki były tylko jej następstwem. Szczegółowy plan ułożyła Carmela, bez wiedzy Sibilli uwzględniwszy w nim również własną zemstę na Álvarezie – dlatego najpierw udały się z dzieckiem do Kadyksu, choć oznaczało to niemal dwukrotne wydłużenie drogi do Toledo. Na Biały Zamek Sibilla nie chciała jeszcze wracać, aby nie stanąć twarzą w twarz z jego zawłaszczycielami, do pokonania których musiała dopiero zdobyć sojuszników.
Oczywiście nie wiedziała, czy rodzina de Las Sierras nie zagarnęła również domu jej matki, zakładała jednak, że w środku dużego miasta trudniej niż na odludziu byłoby dokonać najazdu i zaboru cudzej własności.
Poza tym w Toledo był Mijáilo.
A raczej – Michajło, według prawidłowej miękkiej wymowy, której nawet nie starała się naśladować.
Choć nigdy za nim nie przepadała, miała niezłomną pewność, że ten stary sługa ojca, jedyny, jaki ostał się przy nim z dawnych czasów, będzie jej służył równie wiernie.
Tymczasem mogła bezwzględnie polegać jedynie na wierności Carmeli, bez której nie była już w stanie się obejść. To jej sprytowi i zaradności niewielki orszak zawdzięczał stosunkowo wygodne i bezpieczne przebycie długiej trasy z gór Alpuhary aż do Kadyksu, a potem równie długiej – z Kadyksu do Toledo. Drugi etap był o tyle łatwiejszy, że podróżowały bez dziecka, a na miejsce dwóch podarowanych im przez hakima murzyńskich niewolników, których sprzedały, przyjęły czworo białych służących, ostatecznie i wcale nie symbolicznie odciąwszy się tym gestem od niedawnej przeszłości.
Sibillę niejednokrotnie zastanawiało, dlaczego jej towarzyszka wolała porzucić spokojne życie w Alvarado, by przyjąć dziwaczną rolę ni to pokojówki, ni to dueñi u osoby pozbawionej, przynajmniej chwilowo, pozycji i majątku.
Nie miała pojęcia o tym, że dziewczyna, straciwszy rodziców, spalonych przez Inkwizycję za popieranie wrogów wiary (co polegało na udzieleniu schronienia prześladowanej przez motłoch Żydówce z dzieckiem) oraz siostrę, która uciekła z mężczyzną, znalazła się w Alvarado na łasce swej jedynej dorosłej krewnej, doñi Cornelii. Pokrewieństwo było dalekie, a klucznica na tyle zajęta, że przywiózłszy dziewczynę do zamku, w którym sama od lat pracowała, nie interesowała się więcej jej losem. Carmela otrzymała posłanie we wnęce korytarza prowadzącego do kuchni i pewien niewielki przydział obowiązków, po których wypełnieniu mogła robić, co chciała.
Jednakże ponura, odcięta od świata warownia uniemożliwiała przyjemne spędzanie czasu, zaś samotne wyjazdy do Grenady czy chociażby okolicznych wsi nie były dla Carmeli dostępne ani nawet wskazane z uwagi na los jej rodziców.
W takich wypadkach bowiem podejrzenie, śledztwo i nadzór obejmowały również potomstwo.
Gdy zauważył ją Álvaro, początkowo upatrywała w tym nadzieję na lepszą przyszłość, naiwnie ufając, że zdoła rozkochać w sobie młodszego od niej chłopaka, a może nawet kiedyś, z czasem… zostanie panią na Alvarado.
Jak głupie i pozbawione podstaw były te mrzonki, przekonała się w ciągu jednej nocy, gdy zachęcony zalotnym zachowaniem młody Álvarez potraktował ją w sposób, do którego miał pewne prawo, to znaczy jak swoją własność.
Wcale nie był brutalny. Był miły, co więcej – okazał się wspaniałym kochankiem, lecz Carmela nie mogła się pogodzić z utratą złudzeń. W dodatku po kilku tygodniach zainteresowanie chłopaka wzbudziła inna służąca.
Upokorzenie, jakiego wtedy doznała, było tak silne, że postanowiła zemścić się za wszelką cenę. Pierwsze nieporadne próby zamachów spaliły na panewce: wino, do którego dodała soku z trujących jagód, Álvarez wypluł po pierwszym łyku, twierdząc, że nawet ocet nie byłby kwaśniejszy, a ukradkowe nacięcie popręgu, który rzeczywiście pękł w czasie jazdy, spowodowało jedynie nieszkodliwy upadek z konia idącego akurat stępa.
A potem pojawiła się trzecia sposobność do zemsty.
Było to w czasie mszy żałobnej za Bermudezów. Choć Rositę i jej ojca pochowano w Aracenie, pierwsze nabożeństwo za ich dusze odbyło się w grenadzkiej katedrze z udziałem niemal wszystkich mieszkańców Alvarado. Do modlącej się nieco na uboczu Carmeli niepostrzeżenie podszedł jasnowłosy młodzieniec o tak urzekającym uśmiechu, że przez moment wyobraziła sobie przyszłość u jego boku i wyzwolenie od Czarnego Zamku. Zanim zniknęła ta wizja, dziewczyna dała się oczarować na tyle, by spełnić prośbę o umożliwienie wejścia za bramę warowni.
Miał zamiar uwolnić Sibillę i Carmela postanowiła udzielić mu wszelkiej pomocy, chociażby dla przeciwstawienia się Álvarezowi.
„Już nigdy jej nie skrzywdzisz”.
W części dotyczącej księżniczki plan się nie powiódł – Carmela do dziś nie wiedziała, dlaczego – lecz jego nadprogramowy element, czyli omal nie śmiertelne zranienie Álvareza, przyniósł jej dużą satysfakcję.
Gdyby nie interwencja hakima…
Potem myślała, że właściwie dobrze się stało. Śmierć Álvareza niewiele zmieniłaby w jej życiu poza zaspokojeniem pragnienia zemsty, natomiast u boku księżniczki Carmela pierwszy raz w życiu czuła się komuś potrzebna. Sama również nie wiadomo kiedy przywiązała się do niej trochę jak do władczyni, a trochę jak do młodszej siostry. W zachwyt i zmieszanie wprawiło ją życzenie księżniczki, by zaprzestała używać tytułu „wasza wysokość”.
– Nazbyt to kłopotliwe – z wdziękiem oświadczyła Sibilla – szczególnie że spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Czy chcesz mi towarzyszyć przez dalsze lata?
– Do końca życia, wasza wysokość – zapewniła Carmela.
– Wystarczy „pani”. Więc dobrze. Na razie nie mam z czego ci płacić, ale obiecuję wynagrodzić to z nadwyżką. I możesz liczyć na jeszcze jedno… – uśmiechnęła się czarująco. – Na śmierć Álvareza. Oraz pozostałych zbirów.
Był to szczyt marzeń Carmeli. Od tego momentu stała się jeszcze wierniejsza i jeszcze bardziej oddana księżniczce, którą nadal obdarzała pełnym tytułem, za każdym razem mając wrażenie, że i jej udziela się cząstka wielkopańskiego splendoru.
***
Do Toledo przybyły, tak jak zaplanowała sobie Sibilla, na parę dni przed marcowym świętem Zwiastowania 1580 roku. W domu zwanym Casa de Regina Coeli od malowidła nad bramą wjazdową przedstawiającego Madonnę w otoczeniu aniołów, nic nie zmieniło się od czasów doñi Elviry. Może tylko więcej tynku odpadło od pięknej niegdyś fasady, w patio popękały kolejne kafelki, a z marmurowej fontanny nie tryskała już woda. W progu jak zawsze powitał swoją panią ciężki, posępny Mijáilo i wprowadził do pełnych kurzu komnat. Dopiero tam padł przed nią na kolana, bijąc czołem o podłogę przy akompaniamencie modlitewnego mamrotania w obcym, śpiewnym języku. Nie mogła doczekać się końca tego ceremoniału, ciekawa wszystkiego, co zaszło podczas jej nieobecności, choć pamiętając odwieczną małomówność starego sługi nie liczyła na zalew informacji.
„Skończył walić tym wielkim łbem, może wreszcie wstanie i zacznie mówić po ludzku”, pomyślała z ulgą, gdy przestał wybijać pokłony. Na zakończenie ucałował brzeg jej sukni i podniósł się na nogi z lekkością zadziwiającą przy tak potężnym ciele. Sibilla natychmiast zasypała go gradem pytań dotyczących poczynań rodziny de Las Sierras i jej ewentualnych prób zagarnięcia domu. Mijáilo we właściwy sobie flegmatyczny sposób odpowiedział na wszystkie za jednym zamachem:
– A byli tu… I poszli.
Nad gęstą, łopatowatą brodą przewinął się złowrogi uśmiech. Czy wyraz okrucieństwa, czy niezwykła biel ostrych zębów przypomniały Sibilli Álvareza tak żywo, iż się wzdrygnęła.
– Żyli my tu jak w twierdzy – kontynuował sprawozdanie Mijáilo. – Nikt nie wszedł. Teraz już dobrze.
Oznaczało to chyba koniec zakusów na dom, ale pozostawała sprawa Białego Zamku. Sługa się zasępił.
– Tam siedzą. Nie dało rady jechać.
Zatoczył krąg sękatą ręką.
– Albo tu, albo tam.
„Oczywiście, że nie mógł pojechać do Andaluzji, bo nie miałby kto pilnować tutaj”, przetłumaczyła ten zwięzły komunikat księżniczka.
– Co z Álvarezem? – zapytała, mimo woli wpadłszy w styl rozmówcy.
– Uwięzili psubrata. Topór mu za was groził.
Sibilla wiedziała, że stary Moskal ma na myśli ścięcie. Choć na Półwyspie Iberyjskim, jak w całej zachodniej Europie, opierającej się na tradycji rycerskiej, symbolem wymiaru sprawiedliwości był miecz, to w Rosji ścinano głowy toporem – narzędziem wojownika lub drwala, o czym książę Sergio kiedyś opowiedział córce.1
– Ale teraz nie wiedzieć, jako będzie. Potrzeba jest, byście się do kogo zgłosili, kniaziówno. O krzywdzie opowiedzieć – rozgadał się Mijáilo.
Wiedziała, że już nic z niego nie wydobędzie, więc skinęła dłonią.
– Dziękuję ci za straż nad domem. Możesz odejść. I niech przygotują dla nas pokoje.
Odwróciła się do Carmeli.
– Cóż, jesteśmy wreszcie u siebie. Mamy cztery dni na odpoczynek i zaplanowanie dalszych działań. Do ciebie należy wysłuchanie wszystkiego, co mówi się na mieście o rzeczach, które nas interesują. Jesteś tu obca, więc każdy chętnie cię oświeci.
– Czy wasza wysokość przypuszcza, że będą wiedzieli, co dzieje się w Nevadzie? Andaluzja jest tak daleko…
– W Toledo zawsze wszyscy wiedzieli, jakie są poczynania pierwszych rodzin miasta, w tym i mojej. Ciekawa jestem, czy moja matka zostawiła tu jakieś szaty, czy też przez kolejny rok będę nosić tę samą sukienkę.
Choć Sibilla kategorycznie odmawiała wzięcia z kasety ofiarowanej przez hakima choćby jednego złotego pieniążka na własne potrzeby, zmuszone były zabrać cały ich rulon, nie miałyby bowiem za co odbyć swej długiej podróży.
Ale reszta pozostała w Kadyksie.
Natomiast w pachnących ambrą skrzyniach znalazło się dość sukien i bielizny dla obydwóch młodych kobiet. Co więcej, była tam szkatuła z biżuterią, a w skrytce intarsjowanego sekretarzyka spoczywały pieniądze.
– Jest lepiej, niż myślałam! – uradowała się księżniczka. – Teraz z czystym sumieniem możemy wziąć kąpiel.
Carmela przypomniała nieśmiało:
– Dzisiaj jest piątek…
– A jutro sobota i też nie będę mogła się umyć! O nie. We własnym domu zrobię, co zechcę. Służba z pewnością nas nie wyda.
Chodziło o oficjalny zakaz kąpieli w dni świąt żydowskich oraz muzułmańskich. Domy ludzi podejrzewanych o potajemne wyznawanie którejś z tych dwóch zabronionych religii musiały być w każdej chwili dostępne dla szpiegów Inkwizycji – inni musieli wystrzegać się ewentualnego donosu.
Carmela westchnęła, przypomniawszy sobie los rodziców, ale już nie protestowała.