Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XVII

– Nie nazywam się Morozov. Moje prawdziwe nazwisko to Bielski. Pochodzę z możnego rodu, jednego z najpotężniejszych na Rusi, ale gdy car Iwan Wasiliewicz rozpoczął wojnę ze starą arystokracją, mój ojciec musiał uciekać za granicę. Wybrał Francję, gdzie wcześniej jeździł jako poseł. Znał język, miał tam znajomych, pewnie myślał, że albo przeczeka najgorszy czas, albo kiedyś sprowadzi rodzinę do siebie. Miałem wtedy siedem lat, mieszkaliśmy pod Nowogrodem. Nie minęło parę tygodni, jak z Moskwy wysłano morderców. Duży oddział. Zaatakowali dom, nasi ludzie zaczęli się bronić, na dziedzińcu zawrzała walka, a reszta domowników zabarykadowała się w budynku. Matka stała przy kominie…

Valentin przerwał i Alvaro przez chwilę słyszał tylko jego lekko przyspieszony oddech, wreszcie podjął zmienionym głosem:

– Widzę ją, jakby to było dzisiaj. Trzymała mojego małego braciszka, siostry tuliły się do jej sukni. Pięcioletnia Wiera i trzyletnia Luba, jedna ciemnowłosa, druga jasna, obie prześliczne. Matka też była piękna. W perłach, w klejnotach, z dzieckiem na ręku wyglądała jak cudowny obraz Bogarodzicy. Ja nasłuchiwałem pod oknem. Na dziedzińcu zaczęła się rzeź. Tamci rąbali już drzwi…

***

Masywne dębowe kłody huczały pod ciosami toporów, którymi uderzało na zmianę kilkunastu mężczyzn przy coraz cichszych odgłosach walki dochodzących z dziedzińca. Po chwili z brzękiem odpadło pierwsze żelazne okucie. Czekający za progiem zbrojni mocniej ścisnęli oręż. Wiedzieli, że są ostatnim ratunkiem dla żony kniazia i dla jego dzieci. 

Amfilada bogato zdobionych komnat ukazywała w głębi kobiecą postać, oświetloną przez ogień palący się na kominku. Błyski płomieni lśniły w klejnotach, które przystrajały jej włosy, w złocistych haftach sukni i w ciemnych oczach rozszerzonych trwogą.

Chłopiec o jasnych lokach podjął decyzję. Nie było czasu, by pożegnać bliskich, więc spojrzał na nich po raz ostatni i pobiegł na drugi koniec domu, do małego okienka, w którym nie zmieściłby się żaden dorosły człowiek. Gdyby udało się niepostrzeżenie przez nie przecisnąć, może zdołałby sprowadzić pomoc?

Pamiętał, że ludzie ojca znajdują się w sąsiedniej wsi.

Było ich zaledwie kilku, ale wraz z gromadą uzbrojonych chłopów potrafiliby rozpędzić napastników. Dwór nie miał innej szansy na ocalenie.  

Malutkie okienko komory przysłaniała niedbale zamocowana deska, która zabezpieczała przechowywaną tam żywność przed kotami i innymi szkodnikami. Chłopiec oderwał ją mocnym szarpnięciem i podciągnął się na parapet. Zaraz się cofnął, ujrzawszy w ogrodzie mężczyznę z toporem w dłoni. Tamten, obrócony profilem, niczego nie zauważył, patrzył bowiem w kierunku, z którego dochodziły odgłosy walki, lecz wyminąć go niepostrzeżenie z pewnością by się nie dało. 

Tuż obok stały konie.

Valentin, pierworodny syn Siergieja Bielskiego, był odważny jak jego ojciec, niestety miał dopiero siedem lat i nie umiał prawidłowo ocenić ryzyka. Przecisnął się przez okienko, spadł na pożółkłą jesienną trawę, po czym błyskawicznym skokiem dopadł najbliższego wierzchowca.

 Zobaczył to mężczyzna z toporem. Uniesionym ostrzem zamierzył się na chłopca, lecz wówczas zza ogrodowych krzewów wystrzelił wielki ciemny kształt. Bez jednego dźwięku, nie szczekając ani nie warcząc, kudłaty brytan wpił się zębami w niczym nieosłonięte gardło zbrojnego, rozrywając je z równą łatwością, co sparciały worek. Nim ktokolwiek zdążył się spostrzec, Valentin siedział na kulbace i podrywał konia do galopu. 

A jeźdźcem był już wtedy niezwykłym. Umiał zmusić konia do najszybszego biegu, więc choć zaraz ruszyła za nim pogoń, dystans zamiast maleć nieustannie się powiększał. Nie bez znaczenia był też niewielki ciężar chłopca. Droga do najbliższej wsi minęła o wiele szybciej, niż mógłby się spodziewać, lecz już z daleka dojrzał łunę. 

Gdy koń siłą rozpędu wniósł go między płonące chaty, zobaczył też leżących wszędzie pomordowanych ludzi. W szeroko rozlanych kałużach krwi odbijał się ogień. Prawdopodobnie przed napaścią na dwór Bielskich chciano udaremnić możliwość przysłania odsieczy lub też była to zemsta za sprzyjanie ludziom będącym w niełasce u cara. Chłopiec nie zastanawiał się nad tym, gdyż całą uwagę skoncentrował na koniu, spłoszonym widokiem ognia i trupów. Na domiar złego tuż przed nim runęła na drogę płonąca belka. 

Rumak zachrapał i stanął dęba tak gwałtownie, że chłopiec omal z niego nie spadł. W ostatniej chwili chwycił się grzywy, a przylgnąwszy do niej zawołał z rozpaczą:

– Skacz! 

Z tyłu rozległ się tryumfalny wrzask pogoni. Ucieszyli się jednak przedwcześnie, bo w tym samym momencie Valentin mocniej chwycił wodze i nakłonił wierzchowca do skoku. Tylne kopyta zawadziły o belkę, trysnął z niej snop ognistych drzazg, lecz chłopiec i zwierzę byli już po drugiej stronie, pędząc w stronę odległego lasu. Za nimi kotłowali się prześladowcy, daremnie usiłujący stłumić panikę, jaka wybuchła wśród ich koni. Kwik przerażonych rumaków, przekleństwa ludzi i trzask płomieni towarzyszyły Valentinowi jeszcze długo później, choć niewątpliwie było to tylko złudzenie. Przed nim  powiększało się ciemne pasmo boru. 

Zanim dojechali do pierwszych drzew, koń zaczął utykać, ale wokół było już cicho i ciemno. Kończył się wczesny październikowy wieczór. Nadciągająca noc niosła bezpieczeństwo od prześladowców, których chłopiec obawiał się bardziej niż spotkania z dzikimi zwierzętami. 

 

***

 

– Zsiadłem, akurat księżyc zaświecił, mniej więcej wiedziałem, gdzie jestem. Przy siodle był oszczep, zabrałem go, podziękowałem koniowi za życie i wszedłem w las. I zostałem w nim przez cztery lata – zakończył Morozov na jednym oddechu.

– Sam? – zdumiał się Álvaro.

– Nie. Ojciec miał łowczego, Stiepanycz się nazywał. Wiedziałem, gdzie jest jego chata. Poczekałem do świtu i odnalazłem ją. Nie od razu, cały dzień się błąkałem. Powiedziałem, co się wydarzyło, a on nazajutrz podszedł pod naszą wieś. Pod to, co z niej zostało. Nasz dom był spalony, inne też, nikt nie uszedł z życiem i tylko straże krążyły po okolicy. Tamci myśleli, że wrócę. Nie miałem powrotu, zostałem ze Stiepanyczem. Kochał mnie jak ojciec… Nauczył wszystkiego, co sam umiał. Ale na czwartą jesień zabił go dzik. Pochowałem go w lesie, wróciłem do chaty i mieszkałbym w niej sam, gdyby nie zjawił się mnich, znajomy Stiepanycza. Powiedział, że nie przeżyję zimy. Ze Stiepanyczem to było co innego, ale u nas zima ostra. Miałem jedenaście lat, nie dałbym sobie rady. Poszedłem z nim do klasztoru. 

– Chcieli zrobić z ciebie zakonnika?

– Oni wiedzieli, kim jestem. Ihumen od razu ogłosił: „To jest kniaź Bielski”.

– Co to jest „kniaź”? – zapytał Álvaro, wymówiwszy to jak „knez”.

– Po naszemu książę. A ihumen to u nas głowa klasztoru. Mnisi wzięli się za moją edukację, bo przecież rosłem w lesie, ledwie się podpisać umiałem. Stiepanycz też pewnie więcej nie potrafił. Tam nauczyłem się malować. Mieli pracownię ikon… takich pobożnych obrazów, lubiłem w niej przesiadywać.

– Dobrze ci było w klasztorze?

– I tak, i nie. Nie byłem głodny, miałem dach nad głową, naukę… Już wiedziałem, jaka jest potrzebna. Ale brakowało mi swobody, lasu, przestrzeni. Wiesz, jak wygląda życie w klasztorze: z celi do kaplicy, z kaplicy do refektarza, z refektarza do pracowni… I modlić się musiałem, mam tego dosyć na całe życie. Żadnego ruchu. Żadnej broni. Zaczynałem tęsknić za czymś innym. I wtedy przyszła wiadomość, nie wiem skąd, że na mnie polują. Że już wiedzą, gdzie jestem.

– I co?

– Przestałem być kniaziem Bielskim. Przybrałem nazwisko Morozov, po matce. Też wielki ród, ale nazwisko częste, nawet wśród pospólstwa. I musiałem uciekać z klasztoru.

– A nie było obawy, że pójdą twoim śladem?

– Mnisi to przewidzieli. Umarł w tym czasie jeden nowicjusz, niewiele ode mnie starszy, więc wymyślili, że pochowają go pod moim nazwiskiem. A mnie jako Morozova oddali w poczet możnego pana, który jechał z poselstwem do króla Polski. Stałem się ni to sługą, ni to paziem. Raczej sługą.

– Ile wtedy miałeś lat?

– Szło mi na czternasty. Było nas więcej w tym wieku, miałem rówieśników, jechaliśmy przez kraj… Nawet mi się to podobało. Dużo koni… Od zawsze znałem się na koniach, bo u rodziców często zaglądałem do stajni. I ten poseł po pijanemu zajeździł konia na śmierć. A śliczna była klaczka, łagodna jak baranek. Gdy próbowałem jej bronić, poseł się wściekł. Uderzył mnie w twarz.

W głosie Valentina pojawiły się metaliczne dźwięki.

– Oddałem mu. Wtedy kazał mnie wychłostać, mocno, jak dorosłego. Gdy trochę wydobrzałem, pchnąłem go w nocy nożem i uciekłem.

– Zabiłeś go?

– A jak myślisz?

– Ile razy ja dostałem w twarz od ojca! Bił za byle co.

Valentin, do tej pory zachowujący spokój, podniósł trochę głos.

– To był twój ojciec. Może nie miał racji, ale miał prawo. Nie widzisz różnicy?…

– Widzę. Jest różnica – wycofał się Álvaro. – Mów dalej.

– No i zaczął się najgorszy okres w moim życiu. Nawet nie chcę tego wspominać. Kradłem, zabijałem… Uciekałem z więzień… Ale nieustannie dążyłem na zachód.

– Dlaczego? Chciałeś dotrzeć do Francji?

– Tak. Miałem nadzieję odnaleźć ojca.

– A przecież był w Hiszpanii?

– Poczekaj. Dojdę do tego. Po paru latach tułaczki… żebyś wiedział, jaka to była poniewierka… dobrnąłem do Amiens. Szczęście mi sprzyjało. Trafiłem na jednego markiza, który przyjaźnił się z ojcem. Sam mnie rozpoznał, bo jestem do ojca bardzo podobny. I właśnie od niego się dowiedziałem, że ojciec ożenił się w Hiszpanii.

– I przyjechałeś tutaj?

– Nie. Nie wiedziałem, co robić. Widać było, że ojciec ułożył sobie nowe życie. Może bym mu nawet przeszkadzał. Wiesz, ja przez te lata nauczyłem się liczyć tylko na siebie. Tęskniłem za ojcem, ale… Nie był mi już potrzebny. Rozumiesz? Miałem dość wędrówek, nie chciałem być więcej ścigany przez prawo, nie chciałem ciągle igrać ze śmiercią i każdego dnia na nowo walczyć o przetrwanie. 

– I co? Ten markiz się tobą zaopiekował?

– Jakbyś zgadł. Zabrał mnie do Paryża, ułatwił pierwsze kroki, przedstawił paru wpływowym osobom. Mój los zaczął zmieniać się na lepsze. Szybko nauczyłem się języka i znalazłem przyjaciół wśród arystokracji. Mogłem już otwarcie przyznawać się do swojego pochodzenia, nawet wrócić do nazwiska Bielski, ale było trudniejsze do wymówienia, poza tym przyzwyczaiłem się, że jestem Morozovem. I jeszcze jedno: nie chciałem wchodzić ojcu w paradę. Skoro dał nasze nazwisko nowej rodzinie, musiał uznać, że stara nie istnieje. Tak zresztą było, dostał wiadomość o śmierci żony i dzieci, więc myślał, że zginąłem razem z nimi. Kiedy mnie w końcu zobaczył, w ogóle mnie nie poznał.

– Chyba nic w tym dziwnego, nie byłeś już dzieckiem – wtrącił Álvaro.

– No pewnie, miałem dwadzieścia pięć lat. Ale wiesz, co myślę? Że matka by poznała swojego syna nawet po osiemnastu latach. Nazwisko też, jak się okazało, przyjął nowe, od drugiej żony, nie mam pojęcia, dlaczego. Zamiast Siergieja Bielskiego Sergio de Las Sierras. Więc zostałem we Francji. Powodziło mi się coraz lepiej.

„Podjąłem pracę”.

– Gdy mianowano mnie zastępcą łowczego w Clairière, mogłem zamieszkać wśród lasów, o czym od dawna marzyłem. Pierwszy raz w życiu nie brakowało mi pieniędzy. Do tego okazało się, że ojciec kupił we Francji wieś, niewielką, ale zawsze jakieś dobra, do których miałbym prawo. Chciałem to załatwić legalnie i przy pierwszej okazji przyjechałem do Hiszpanii. Resztę znasz.

– Jak wyglądało twoje spotkanie z ojcem?

– Nie pchałem się na Biały Zamek, bo nie wiedziałem, jak mnie przyjmie macocha. Różnie o niej mówiono, niekoniecznie dobrze. Poczekałem, aż ojciec przyjedzie do Grenady.

– Jak poczekałeś? Na ulicy?

– Zwyczajnie, zatrzymałem się w zajeździe i codziennie chodziłem do miasta. Byłem pewny, że się doczekam. Ciebie też wtedy widziałem, tylko jeszcze nie wiedziałem, kim jesteś.

– To jak mnie zauważyłeś?

– O to akurat było najłatwiej. Rozbijaliście się po mieście, jakby całe było wasze. Ty się rzucasz w oczy. No i konie mieliście przepiękne.

– Z mojej stadniny. Mów dalej.

– Wiedziałem, że jeśli ojciec przyjedzie w niedzielę, pójdzie do katedry. I tam się spotkaliśmy, już po nabożeństwie, na placu. Ojciec mało się zmienił, ale wydał mi się jakiś inny. Chyba przez hiszpański strój. A może przez to, że mnie nie poznał. Dopiero gdy powiedziałem, kim jestem…

– Jak się przedstawiłeś? – zainteresował się Álvaro. – Od razu jako jego syn?

– Nie od razu. Był w towarzystwie, więc najpierw zapytałem, czy mogę prosić o chwilę rozmowy.

– A pytałeś oczywiście po hiszpańsku, to również mogło go zmylić.

Valentin prychnął z politowaniem.

– Mówię z tak silnym akcentem, że jeśli ktoś choć raz słyszał nasz język, nie będzie miał wątpliwości, z jakiego kraju pochodzę. Jak już byliśmy sami,   powiedziałem: „Jestem Walentin Bielski”. Jąkając się, bo jednak byłem wzruszony.

– Ojciec też się wzruszył?

– Ucieszył się bardzo. Chyba był ze mnie dumny. Nie mieliśmy dużo czasu, bo na niego czekano. Opowiedziałem w skrócie swoją historię, on mi oznajmił, że mam piękną piętnastoletnią siostrę, która na pewno mnie pokocha… i to już właściwie było wszystko. Umówiliśmy się za tydzień w tym samym miejscu. Gdy już odchodził, nagle zawrócił, zdjął z szyi krzyż, który zawsze nosił i który pamiętałem z dzieciństwa i zawiesił go mnie. To było jakby… błogosławieństwo.

Milczał przez chwilę, po czym nagle zażądał:

– Opowiedziałem ci moją historię, a teraz ty mi opowiedz dalszy ciąg. Co stało się w święto Zwiastowania?

– Przecież już ci mówiłem. Na samym początku, nie pamiętasz?

– Chcę wiedzieć wszystko dokładnie.

– Ale po co?

– Bo wciąż nie mogę zrozumieć, jakim cudem taki szermierz, jakim był ojciec, pozwolił się pokonać zwykłemu chłopakowi.

– Przysięgam ci, że to była uczciwa walka!

Łoże zaskrzypiało: widocznie Valentin zmienił pozycję.

– Słuchaj – powiedział dobitnie. – Dzisiaj zobaczyłem cię w akcji. Jesteś silny, jesteś szybki, ale na pewno nie jesteś szermierzem tej klasy, co mój ojciec. Może dopiero będziesz. Więc jak to się mogło stać?

– Z początku właściwie tylko się broniłem. Walczyłem o honor, nawet nie o życie. Nie miałem żadnej nadziei na zwycięstwo. Twój ojciec szedł na mnie jak burza, ranił mnie kilkakrotnie, a mnie w ogóle nie udawało się go dosięgnąć. To trwało w nieskończoność, za każdym jego ciosem wydawało mi się, że nadchodzi śmierć. Ale potem wyczułem, że on słabnie i wtedy zacząłem nacierać. Gdy trochę za bardzo się odsłonił, pchnąłem sztychem.

– Zginął od razu? – spytał cicho Valentin.

– Uderzyłem prosto w serce.

Zapadła cisza. Obydwaj pogrążyli się w myślach. Pierwszy odezwał się Valentin, już w pełni panując nad emocjami, gdyż zaczął się wysławiać o wiele staranniej.

– Chciałbym cię przekonać, że mój ojciec nie miał nic wspólnego z napadem na Aracenę.

Álvarowi przemknęło wspomnienie rozmowy na dziedzińcu Białego Zamku: szlachetna, budząca zaufanie twarz mężczyzny, który chciał bronić życia własnej żony i córki. Czy mógł kłamać, twierdząc, że o niczym nie wie?

Nie. Prędzej wziąłby na siebie winę Elviry.

– Nie musisz mnie przekonywać. Też tak uważam – zapewnił Valentina.

– Ale ja to wiem na pewno.

– Nie wątpię. Przecież znałeś swojego ojca.

– To nie dlatego… Tak naprawdę nie wiem, do czego mógłby okazać się zdolny. Znalazłem potwierdzenie złej woli Elviry.

Álvaro się ożywił.

– Jak do tego dotarłeś?

– Ponieważ napad na Aracenę był pośrednią przyczyną śmierci mojego ojca, zależało mi na odkryciu, kto miał w tym interes.

– Elvira.

– Właśnie. Mówiło o tym całe miasto, ale ja wciąż nie miałem pewności, czy i ojciec nie był w to zamieszany. Tak czy inaczej, chciałem znaleźć sprawców.

– Przecież wszyscy zginęli jeszcze tego samego dnia.

– Gdy dopadłeś ich ze swoim oddziałem. Wiem. Ale dotarłem do ich kompanów.

– Jakim cudem?

– Wystarczyło pójść na ulicę Podmurną w Grenadzie. 

Było to popularne siedlisko miejskich szumowin, lecz Álvaro zdziwił się, skąd informacja o tym mogła trafić do cudzoziemca. Valentin wyjaśnił:

– Moja niegdysiejsza profesja wymagała znajomości tego rodzaju miejsc.

„Obecna też czasem wymaga”.

– To znaczy, że…

– To znaczy, że umiem trafiać do ludzi marginesu i dogadywać się z nimi niezależnie od kraju czy miasta. W Walencji poszedłbym na Plac Oliwny, w Kordobie na Plac Źrebięcy, w Sewilli na Dziedziniec Wiązów, w Toledo na Zocodover, a w Maladze do Żerdziarni. Wystarczy?

– Adresów tak. Mów, czego dowiedziałeś się na Podmurnej.

– Napad na Aracenę był typowym przykładem źle wykonanej roboty.

– Bo sprawcy pozwolili się dogonić?

– Nie tylko. Elvira zaplanowała to zupełnie inaczej. Chciała wymordować was wszystkich, żeby za jednym zamachem pozbawić ludzi i Aracenę, i Alvarado. Podejrzewam, że w dalszej kolejności zamierzała zagarnąć także zamek. Napad miał nastąpić dwa dni przed świętem Zwiastowania, kiedy zgromadzili się tam wszyscy, którzy mieli nazajutrz jechać do Corrales.

– Przecież nie powiódłby się z udziałem tak małej grupy. Nas było za dużo.

– I o to właśnie chodzi. Napastników też miało być więcej. Elvira wymyśliła nawet dla nich jakiś pretekst do wszczęcia awantury, żeby oddalić podejrzenia od Białego Zamku. Tym bardziej, że musiała kryć się przed moim ojcem.

– Więc książę na pewno o niczym nie wiedział?

– Nie wiedział. I może właśnie ta konspiracja spowodowała załamanie się planu. Elvira nie mogła niczego załatwiać osobiście, żeby nie wzbudzić podejrzeń, dlatego zleciła to jakiemuś swojemu zausznikowi. 

Uprzedziwszy pytanie Álvara wyjaśnił:

– Nie wiem, komu. Niestety nie udało mi się dowiedzieć jego nazwiska. Dostał ponoć dużo pieniędzy, żeby sprawnie zorganizować całą akcję, ale od razu przegrał je w karty. Za kwotę, jaka mu pozostała, mógł wynająć co najwyżej kilkunastu pośledniejszych zbirów, więc musiał zrezygnować z zawodowców i z napadu na dwa dni przed świętem. Wiedział, że w jego wigilię Aracena będzie prawie pusta, dlatego zaatakowali właśnie wtedy. Gdybyście nie wytłukli ich potem co do nogi, miałbyś świadków zbrodniczego planu Elviry i nie siedziałbyś w więzieniu.

Álvaro odpowiedział po krótkim namyśle:

– W takich chwilach nie działa się racjonalnie. Chcieliśmy tylko uzyskać potwierdzenie, że napad zlecił Biały Zamek. A gdybym od razu na własną rękę nie wymierzył sprawiedliwości, Elvira ze wszystkiego by się wykręciła. Miała ustosunkowanych znajomych, pieniądze, poparcie na dworze…

– Może i tak. Nie twierdzę, że źle zrobiłeś… z twojego punktu widzenia – w głosie cudzoziemca zabrzmiał odcień goryczy. – Wszystkim nam święto Zwiastowania w jakiś sposób złamało życie.

– Masz żal za ojca, wiem – westchnął Álvaro.

– Mam żal do życia, nie do ciebie. Ty zresztą straciłeś więcej. Ale i tak, gdy sobie pomyślę, że po osiemnastu latach rozmawiałem z ojcem może przez pół godziny…

Umilkł, nie chcąc pokazywać po sobie emocji. Jego dłoń odruchowo powędrowała ku piersi, by wyczuć przez koszulę kształt otrzymanego wówczas krzyża.

Tymczasem Álvaro myślał już o czymś innym.

– Valentinie… Powiedz mi, czy zamierzasz szukać Sibilli?

– A chciałbyś, żebym ją odnalazł?

– Ja pierwszy zadałem pytanie.

– Jeśli zacząłbym jej szukać, to tylko po to, żeby przyspieszyć twoje uwolnienie.

– Więc nie chcesz wiedzieć, co dzieje się z twoją siostrą?

– Wyobraź sobie, że już mnie to nie obchodzi. A poza tym…

Nie dokończył, więc Álvaro ponaglił:

– No?

– Ona jeszcze da znać o sobie.

  Znowu milczeli przez jakiś czas. Do komnaty zaczęło napływać szare światło poranka. Valentin sięgnął za koszulę.

– Pokażę ci ten krzyż.

Álvaro chwycił rzucony mu ciężki, trochę archaiczny, trochę barbarzyński klejnot, połyskujący drogimi kamieniami. Po latach owa scena miała się powtórzyć: łoże o poranku po bezsennej nocy i ten sam krzyż – zwiastun śmiertelnego zagrożenia.

Zasnęli potem jednocześnie jak na komendę, jednocześnie też się obudzili. Morozov ubrawszy się poszedł po swój klucz, Álvaro ponownie odwiedził Alada, żałując, iż nie może sobie pozwolić na wyjazd za mury. Nie mógł się już doczekać spodziewanego uwolnienia i nawet przez myśl mu nie przeszło, że jego proces może zakończyć się inaczej.

Po południu, kiedy przymierzał się do sjesty, przekazano mu zaproszenie do pracowni Valentina. Był przekonany, że chodzi o pozowanie, lecz w jego fotelu pod oknem siedziała Luisa, tym razem zapięta pod szyję i z nienaganną fryzurą.

Valentin stał przed nią jakby w oczekiwaniu czegoś, co się dopiero wydarzy, a na widok Álvara kiwnął ręką, wzywając, by podszedł bliżej. 

Luisa przyglądała się przez chwilę to jednemu, to drugiemu kochankowi, po czym uroczyście powiedziała:

– Muszę wam coś oznajmić. Będę miała syna.

Choć jednakowo zaskoczeni, zareagowali odmiennie: Álvaro wstrzymawszy z wrażenia oddech spojrzał na Valentina, który otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i czekał, co będzie dalej. Francuzka, chyba trochę rozczarowana ich opanowaniem, kontynuowała:

– Oczywiście ojcem jest jeden z was, ale nie będziemy tego rozgłaszać, ponieważ mam męża.

Jako że wyraźnie czekała na reakcję z ich strony, Valentin zadał pytanie, z którym przed chwilą się powstrzymał:

– Dlaczego uważasz, że to będzie syn, a nie córka?

– Obaj jesteście tak wspaniałymi mężczyznami, że nie wyobrażam sobie urodzenia kobiety.

– Aha.

– Bardzo się cieszę, a wy?

– My również, Luiso. Mam nadzieję, że ucieszy się również twój mąż.

– Też tak sądzę. Przecież to przede wszystkim on marzy o następcy.

Morozov widząc wyraz twarzy Álvara wyjaśnił w tonie towarzyskiej konwersacji:

– We Francji są inne obyczaje niż tutaj. Powiedziałbym, że bardziej swobodne.

– A poza tym mój mąż ma sześćdziesiąt siedem lat – uzupełniła Luisa. Álvaro zapytał, nie kryjąc zmartwienia:

– Pewnie teraz musisz jak najszybciej wracać do Francji?

– Niestety… ale i tak mój pobyt tutaj dobiegał już końca. Wyjedziemy oboje z Valentinem. Odwieziesz mnie, prawda?

– Właśnie miałem ci powiedzieć, że zostaję w Hiszpanii. Przykro mi, że tak się złożyło, ale przedłużenie pobytu zaplanowałem już wcześniej. 

– Jak to, a twoja praca? Nie możesz na tak długo opuścić Clairière.

„Pracuję przez cały czas”.

– Nie przejmuj się, mam pozwolenie. 

– Kiedy wrócisz?

– Może za parę miesięcy.

Luisa westchnęła.

– W końcu się ciebie doczekam, za to z Álvarem będę musiała pożegnać się na zawsze. Chyba że razem przyjedziecie do Francji?

– Álvaro jest uwięziony – przypomniał Morozov.

– Ufam, że to nie potrwa długo. Zrobiłam, co mogłam, powinno się udać. Dobrze byłoby, żeby ta Sibilla dała jakiś znak życia, ale może obejdzie się bez tego. Teraz muszę już iść. Przed wyjazdem pożegnam się z wami.

Wstała z fotela, pocałowała każdego z nich w usta i odeszła, jakaś spokojniejsza i bardziej skupiona niż zwykle. Gdy ucichły jej kroki na schodach, Valentin powiedział:

– Z jednej strony może będę miał z nią wreszcie spokój, za to z drugiej… jak się pochwali przed znajomymi…

– Czy wy mieszkacie razem?

– Skąd, przecież słyszałeś, że ma męża, ale jesteśmy prawie sąsiadami. Miałem z nią romans jeszcze zanim przyjechałem tutaj.

– A ten mąż naprawdę o wszystkim wiedział?

– Oczywiście. Zresztą można powiedzieć, że to ona mnie uwiodła, a ja jak głupi się zgodziłem.

– Dlaczego jak głupi? I jak mogła cię uwieść?

– Zwyczajnie: prosiła, żebym poduczył ją jazdy konnej. Łatwo się domyślić, ile się wtedy nadarza różnych okazji. To kazała skracać sobie strzemiona i podnosiła przy tym spódnicę do kolan, to znowu trzeba ją było podtrzymywać w siodle, a już obowiązkowo pomagać przy wsiadaniu i zsiadaniu. W końcu nie wytrzymałem i spytałem, po co nam jeszcze do tego koń. 

– Nie obraziła się?

– A gdzieżby. Od razu zaprowadziła mnie do altany, bo te lekcje odbywały się u niej w parku. Prędko miałem jej dosyć.

– Dlaczego? Ja nie mam.

– Brak ci wyboru – zauważył Valentin. – Poza tym ciebie nie ma tutaj kto obgadywać. U mnie cała okolica plotkowała, aż liście spadały z drzew, mąż Luisy wprost nie mógł się doczekać, kiedy spłodzę dla niego następcę, a poza tym sam się przekonałeś, jaka ona potrafi być absorbująca.

– To prawda, ale ja lubię… być zaabsorbowany.

Miał to być żart, zakończył się jednak westchnieniem, ponieważ Álvaro uświadomił sobie, że właśnie został pozbawiony kochanki. Morozov domyślił się jego uczuć i poradził cierpko:

– Nie zapominaj, że nie siedzisz tu dla przyjemności. Zamiast o Luisie pomyślałbyś lepiej o Sibilli.

– A zmieni się coś, jak o niej pomyślę?

– Niestety nie masz wpływu na to, żeby się ujawniła. Boję się, że jeśli na przykład wyjechała za granicę, zostaniesz tutaj do końca życia. 

– Przecież nie mają prawa więzić mnie za nieudowodnioną winę!

– Za dowód winy może być uznana nieobecność Sibilli. W końcu nie jest powiedziane, że jej nie zamordowałeś i nie kazałeś zakopać gdziekolwiek.

Álvaro wiedział, że cudzoziemiec ma rację. Do jego nadziei na uwolnienie domieszał się niepokój, narastający w miarę mijania czasu, w ciągu którego nic się nie działo. Valentin coraz częściej wyjeżdżał, spędzając poza zamkiem nawet i po kilka dni, Luisa zgodnie z zapowiedzią wróciła do Francji, Álvarowi pozostawała więc tylko lektura i konne spacery po dziedzińcu. Książki pożyczał od Valentina, bo choć w zamku była niewielka biblioteka, z uwagi na obecność dominikanów przypuszczał, że zawiera dzieła o treści religijnej.

„Przecież nie zamierzam zostać mnichem”, pomyślał.

„Tylko że i tak żyję jak mnich”.

Coraz bardziej tęsknił za Luisą, lecz zwierzywszy się z tego Valentinowi uzyskał jedynie kpiące oświadczenie:

– Ja teraz też nie mam się z kim przespać, a nie narzekam.

– Nie brakuje ci kobiety?

Morozov wybuchnął śmiechem.

– Moja radość to koń, kusza, knieja! Z kobiety łatwiej mi zrezygnować.

Przeciągnął się całym giętkim ciałem: ten ruch oraz szeroko rozwarte jasne oczy nie po raz pierwszy przywiodły Álvarowi na myśl drapieżnika.

„Nic dziwnego, że woli polować niż kochać”.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli