Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział XV

Valentin wielokrotnie robił użytek ze swego talentu: jego rysunki zawsze wzbudzały zachwyt, nawet w czasach, kiedy nie stać go było ani na ołówek, ani na papier, nie wspominając już o farbach. Najbardziej lubił rysować zwierzęta, lecz sportretowanie człowieka mogło przysporzyć wielu korzyści – chociażby w przypadku don Genadia. Kasztelan był tak zachwycony obrazem, na którym wyglądał niczym głównodowodzący jakiejś wielkiej armii, że spełniał wszystkie życzenia Valentina. Dlatego była szansa, że spełni i najnowsze.

„Skoro pozwolił mi porozmawiać z Andaluzyjczykiem, nie powinien zabraniać dalszych spotkań”.

Musiało ich być co najmniej kilka, aby urzeczywistnił się pewien śmiały plan.

Gdy w topolowej alei za miastem zagadnęło Valentina dwóch mężczyzn o egzotycznym dla niego wyglądzie, od razu przyjął ich propozycję, szczęśliwy, że zanosi się na niezwykłą przygodę. Hiszpania przyniosła mu bowiem rozczarowanie największe z możliwych i jak wyjechał z Grenady, tak teraz najchętniej wyjechałby z Jaén. Nie powstrzymałaby go przed tym nawet Luisa, która zresztą już dawno mu się znudziła. 

„Kobiety są wszędzie, a taka podróż trafia się raz w życiu”.

Sumienie podszeptywało mu wprawdzie, że powinien zająć się poszukiwaniem Sibilli, lecz prawie nieznana przyrodnia siostra nie zdążyła obudzić w nim braterskich uczuć, zdawał sobie też sprawę ze swoich ograniczonych możliwości. Postanowił skoncentrować się wyłącznie na nowym zamierzeniu. Oczywiście najpierw należało uzyskać przyzwolenie don Genadia, potem skłonić do współpracy Álvara, którego zapewne ucieszy perspektywa urozmaicenia monotonnych dni spędzanych w więzieniu, a na koniec… namówić egzotycznych przybyszy, aby zabrali go ze sobą. 

Usłyszawszy prośbę kasztelan trochę się zdziwił.

– Jaki znowu portret? Mnie żeście już namalowali. Tego młodzieńca? A co, wpadł wam w oko? – zażartował rubasznie. Valentin nie cierpiał tego rodzaju dowcipów, puścił to jednak mimo uszu i spokojnie powtórzył:

– Potrzebuję modela do obrazu świętego Maurycego dla katedry w Orleanie, a ten Andaluzyjczyk ma idealnie odpowiadające rysy.

Don Genadio uśmiechnął się, gdyż wiedział, że święty Maurycy, rzymski żołnierz Legii Tebańskiej, stracony za odmowę złożenia ofiary pogańskim bogom, pochodził z północnej Afryki i dlatego na wizerunkach ma cechy arabskie lub nawet murzyńskie.

– Co prawda, to prawda, doskonale pasuje.

– Więc jeśli pozwolicie, żeby mi pozował, uwinę się najszybciej jak potrafię. Przecież nie wstrzymam jego procesu, bo nawet nie wiem, o co jest oskarżony.

– Wy byście czegoś nie wiedzieli, don Valentin? Przede mną nie musicie udawać, lepiej znacie ten zamek niż ja sam!

– Może słyszałem to i owo, ale nikomu nie zaszkodzi, jeśli Andaluzyjczyk posiedzi przez parę godzin u mnie na górze, nawet z towarzyszeniem straży.

– Juści, strażnicy będą z wami czas tracić!

– No to bez nich, przecież z wieży nie da się uciec.

Don Genadio zaczął mięknąć.

– A może wy byście schodzili do niego do celi?

– Na górze mam lepsze światło i wszystkie moje przybory.

– Ostatecznie… 

– Zgadzacie się, don Genadio?

– Skoro nalegacie… Jeno żebyście nie rozmawiali o procesie! I żadnych wiadomości z zewnątrz.

– To się rozumie – przytaknął żarliwie Valentin. Zadowolony, że pierwszą przeszkodę ma za sobą, od razu poszedł do celi Álvara. Więzień spacerował od ściany do ściany, nudząc się straszliwie, toteż widok cudzoziemca niemal go uszczęśliwił.

– Dobrze, że mnie odwiedziłeś, od rana nie wiem, co z sobą zrobić. Nie mam tu nawet żadnej książki.

– Dlatego pewnie chętnie przyjmiesz moją propozycję. Chciałbym, żebyś pozował mi do portretu.

– Do portretu? – powtórzył ze zdumieniem Álvaro.

– Czasem maluję i właśnie potrzebny mi jest taki model jak ty. Moglibyśmy przy tym rozmawiać.

– A komendant pozwoli?

– Już się zgodził.

– Więc ja też się zgadzam. 

– To chodź na górę.

Wezwany strażnik łypnął złym okiem i mamrocząc coś na temat fanaberii poczłapał za obydwoma młodzieńcami na ostatnią kondygnację wieży, do okrągłego pokoju, w którym czekały już sztalugi, farby i zagruntowane płótno. Odprowadziwszy Álvara zapowiedział z dłonią na klamce:

– Don Valentin, pomnijcie, że macie posłać po mnie na dół, kiedy już malowanie skończycie. 

– Nie mam kogo posłać, zejdziemy razem.

– A ten wasz pachołek?

– Pojechał z moimi listami do Toledo.

– Tedy musicie sami przyjść po mnie, bo tak komendant przykazywał. I onego na klucz zamknijcie, jak będziecie wychodzić.

– A co mam zrobić z oknami? – zapytał drwiąco cudzoziemiec. Strażnik nie wyczuł ironii i wzruszył ramionami:

– Toć przecie fruwać nie potrafi! 

  Gdy wyszedł, młodzi ludzie rozsiedli się przy stole, na którym stanęła pękata butelka wina w słomianej plecionce. Valentin podsunął gościowi napełniony kielich:

– Spróbuj, to włoskie, z regionu Chianti. 

– Jednak masz coś wspólnego z Włochami…

– Często tam jeżdżę, ale mieszkam we Francji.

– W Paryżu? – zapytał Álvaro, bo to miasto przyszło mu na myśl jako pierwsze.

  Nie, pod Chambord, blisko Loary, w lasach królewskich. Lubisz polować?

– Polowałem z ojcem, później nie miałem już czasu. Dlaczego mi się tak przyglądasz?

– Bo za chwilę zacznę pracę nad portretem.

– Uczysz się mnie? – zażartował Álvaro, lecz cudzoziemiec z całą powagą przytaknął. Dopiwszy swoje wino wstał, by przynieść ołówek i duży kwadrat sztywnego, żółtawego papieru.

– Najpierw cię narysuję – wyjaśnił – a później przeniosę to sobie na płótno. Nie ruszaj się teraz.

Álvaro wziął jego polecenie dosłownie i zastygł, niemal nie oddychając. Bynajmniej się przy tym nie nudził, zafascynowany szybkimi pociągnięciami grafitowego pręcika, z których stopniowo powstawał obraz jego własnej twarzy.

– Jak ty to robisz? – zapytał naiwnie. Valentin podniósł wzrok znad papieru.

– Pierwszy raz widzisz, jak ktoś rysuje?

– Nigdy nie znałem żadnego malarza. Ile czasu zajmie ci namalowanie portretu?

– Myślę, że tydzień wystarczy. 

Musiał się spieszyć, ponieważ nie wiedział, jak długo jeszcze potrwa postępowanie sądowe, które mogło się skończyć unicestwieniem modela – groziła mu przecież kara śmierci – a gotowy obraz stanowiłby dlań przepustkę do nieznanego, barwnego świata.

„Żeby się tylko zgodzili udzielić mi gościny”.

Skończył rysować, odłożył ołówek i zwolniwszy Álvara z pozowania wyprostował się na krześle. 

– Gotowe. Możesz wracać do celi.

Zerknął spod oka, jak jego gość zareaguje na to wezwanie, a że Andaluzyjczyk mimo rozczarowania zachował kamienną twarz, powiedział:

– Chyba że sobie pogadamy.

Właściwie była to rozmowa jednostronna: Valentin należał do osób, które wolą pytać, niż opowiadać i przy pozorach wielkiej otwartości był bardzo skryty. Interesowała go rodzina Álvara, a głównie jej odłam mauretański, niestety więzień niewiele umiał o nim powiedzieć.

– Moja matka była Mauretanką wychowaną w chrześcijańskiej rodzinie, stąd myślę, że dziadkowie musieli ją adoptować. 

– Mogła być pozamałżeńskim dzieckiem twojego dziadka… lub babki – zauważył Valentin.

– Nie sądzę, choć wiem, że takie wypadki się zdarzają. Sam ledwie ją pamiętam, umarła, gdy miałem niespełna siedem lat, przedtem długo chorowała, więc nie mogła się mną zajmować. Podobno odziedziczyłem jej oczy. 

– Z pewnością. Nie widziałem takich u żadnego mężczyzny. 

Oczy Álvara odznaczały się niezwykłym blaskiem i czernią tak głęboką, że odróżnienie źrenicy od tęczówki było niemożliwe, lecz cudzoziemiec miał na myśli także długie, podwinięte rzęsy. Trochę kpiąco, trochę z podziwem uniósł dłoń do własnych oczu, naśladując gest wachlowania, więc Álvaro odpowiedział z lekką urazą:

– Za to ty masz loki jak kobieta. Czemu ich nie ostrzyżesz? Strażnicy mówili, że wyglądasz jak piękna panna, co dla kaprysu ubrała się w pludry.

– Gdybym się ostrzygł, pewnie by powiedzieli, że wyglądam jak panna, co ścięła loki. A ja jestem przyzwyczajony do długich włosów, bo takie nosiło się w moim kraju.

– Skąd pochodzisz?

– Z daleka. Z północy. Teraz mieszkam we Francji, a tutaj przyjechałem jako opiekun madame Luisy de Pontijou, z której siostrą ożeniony jest tutejszy komendant.

– Wiem, don Genadio, asystował przy moim przesłuchaniu.

– Jest ci życzliwy – zaznaczył Valentin – ale chyba nie ma żadnego wpływu na przebieg procesu.  

– To on umożliwił ci malowanie mojego portretu? 

– Oczywiście. Potrzebuję modela do postaci świętego Maurycego, a ty się wyjątkowo nadajesz.

– Nie wyglądasz na takiego, u którego zamawia się obrazy.

  Bo nie maluję dla pieniędzy. Chcę wypełnić pewien ślub.

– Święty Maurycy jest patronem rycerstwa – przypomniał sobie Álvaro. – Można wiedzieć, o co go prosiłeś?

– Nie można. Ciesz się, że masz rozrywkę. Jutro znowu się zobaczymy.

 

***

 

Gdy nazajutrz Álvaro pod eskortą wspiął się schodami w górę wieży, wejście do pracowni było zamknięte. Strażnicy nieco się zdziwili, wreszcie któryś zastukał i nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się na całą szerokość, ukazując zatopioną w pocałunku parę. Valentin, rozczochrany jak nieboskie stworzenie, obejmował kibić damy w sukni o francuskim kroju, czynił to jednakże w taki sposób, jakby chciał partnerkę raczej odsunąć niż przyciągnąć. Dama, wspiąwszy się na palce, przywierała ustami do jego ust, wydając przy tym namiętne pomruki. Trzech świadków za progiem zupełnie jej nie speszyło, podobnie jak i Valentina, choć bez wątpienia był on stroną mniej zaangażowaną. Na koniec oderwali się od siebie, dama wykonała pożegnalną pieszczotę, na widok której Álvarowi zrobiło się gorąco i ze stukotem obcasów podążyła do wyjścia.

W opuszczeniu komnaty przeszkodziło jej nieopatrzne spojrzenie na Andaluzyjczyka. Stanęła jak wryta, utkwiła w nim zamglone oczy pod rozburzoną fryzurą i wcale nie próbowała ukryć wrażenia, jakie na niej wywarł. 

Sama również mogła się podobać, choć była od Álvara o dobrych parę lat starsza. Niewysoka, powabnie zaokrąglona szatynka o cienkich brwiach tak wysoko zarysowanych nad szarobrązowymi oczami, że nadawały twarzy wyraz nieustannego zdziwienia. 

Gdy został po niej tylko zapach kwiatu pomarańczy, którego śladem niespiesznie pociągnęli strażnicy, Álvaro usiłował stłumić podniecenie, jakie go ogarnęło. Valentin przyczesywał potargane loki wszystkimi dziesięcioma palcami i ziewał raz po raz, nawet w tych momentach nie tracąc specyficznej, jakby kociej gracji. Po chwili parsknął śmiechem.

– Andaluzyjczyku, masz na twarzy wypisane poczucie krzywdy! Czy ty mi zazdrościsz?

Więzień nie miał zamiaru ukrywać swoich uczuć.

– A jak ci się wydaje?!

– Możesz w każdej chwili znaleźć się na moim miejscu. Nie widziałeś, jak na ciebie patrzyła?

– Dużo mi z tego! Mam ją może zaprosić do celi?

Valentin zatrzymał się w połowie ziewnięcia.

– Wiesz, że chyba dałoby się to zrobić? 

– Jak sobie to wyobrażasz?

– Mógłbyś… Uuau…

– Przestań wreszcie ziewać!

– Nie spałem przez dwie noce.

– Ach, ty!…

Álvaro był tak rozdrażniony, że w jednej chwili przestał panować nad sobą i  rzucił się na rozmówcę z pięściami. Valentin, wpół zaskoczony, wpół rozbawiony, blokował ciosy, ale ich nie oddawał, w końcu pozwolił przewrócić się na podłogę i kilkakrotnie uderzyć.

– Lepiej ci teraz? – zapytał, gdy wskutek braku oporu ciosy ustały.

– Gorzej – odpowiedział ponuro Álvaro, bo w tejże chwili zauważył na jego szyi ślady ugryzień drobnymi ząbkami.

– Więc czego właściwie chcesz?

– Konia, kobiety, ruchu, walki, przestrzeni, szabli w dłoni, wiatru na twarzy! 

– A powiedz mi, ile tobie lat?

– Ile mam lat? – poprawił odruchowo Álvaro i skłamał, nie chcąc wydać się zbyt młodym:

– Dwadzieścia. Bo co?

– Bo myślę, że masz jeszcze dużo czasu.

– A ty? Ile masz lat?

– Na dwudziesty szósty.

– Myślałem, że jesteś młodszy!

– A ja myślałem, że ty jesteś starszy.

Umilkli, obaj tak zdziwieni, że na nowo zaczęli się sobie przyglądać. Valentin leżał na wznak na posadzce i mrużył oczy przed słońcem wlewającym się przez okna, Álvaro siedział nieopodal z łokciami wspartymi na kolanach, po niedawnym wzburzeniu chwytając ustami powietrze. Cudzoziemiec powiedział, zwróciwszy uwagę na jego białe, ostre zęby:

– Teraz rozumiem, dlaczego nazywają cię wilkiem z Czarnego Zamku.

– Gdzie to słyszałeś? Tutaj, w Jaén?

– Nie, w Grenadzie.

  – To stare przezwisko mieszkańców Alvarado. Podobno przed wiekami trzymano na zamku oswojone wilki i stąd wzięła się też nazwa przełęczy Puerto del Lobo.   

– Pasuje do ciebie ten wilk. 

– Za to ty wyglądasz jak kot. Jak rozleniwiony kot.

– W tej chwili dokładnie tak się czuję.

– A gdzie masz pazury?

W blasku słońca zalśniły ostrza dwóch krótkich noży.

– W co mam trafić?

Álvaro wskazał najdalsze okno.

– W tę rozetę przy framudze.

Dwa świśnięcia i dwa stuknięcia nieomal zlały się w jedno. Obydwa noże utkwiły w rzeźbionej margerytce; prawie natychmiast dołączyła do nich następna para. Cudzoziemiec nadal leżał na podłodze, nie zmieniwszy pozycji ani wyrazu twarzy, więc Álvaro wstał, by wyszarpnąć ostrza głęboko wbite w drewno, a gdy odnosił je właścicielowi, powiedział z respektem:

– Ja może też bym trafił, ale dużo wolniej. I na pewno nie lewą ręką. Teraz już wiem, jak to zrobiłeś w Alvarado.

– A wiesz, jak długo ćwiczyłem, żeby dojść do wprawy? Ty też możesz zacząć ćwiczyć. Nawet w tej chwili.

– Za to zupełnie nie umiesz się bić. Od razu pozwoliłeś, żebym cię przewrócił.

Valentin roześmiał się z politowaniem.

– Doskonale to określiłeś, bo gdybym nie pozwolił, nie miałbyś ze mną szans, lalusiu.

– Sam jesteś laluś.

– Chcesz się przekonać?

Zachwycony propozycją Álvaro od razu podniósł się z podłogi. Valentin zrobił to samo, po czym skoczyli na siebie niczym dwa drapieżniki. Álvaro, mocniej zbudowany i silniejszy, chwytem za kark przygiął cudzoziemca do posadzki, lecz zaraz sam na nią upadł, gdyż przeciwnik podciął mu nogi. Przez chwilę przetaczali się po marmurowych płytach, aż jednocześnie z nich się zerwali, by rozpocząć walkę na pięści. Valentin, szybki i zręczny, wykonywał błyskawiczne uniki, dzięki którym większość ciosów Álvara trafiała w próżnię, sam również bił mocno, wkładając w to energię całego ciała. Ponieważ Álvaro precyzyjnie parował uderzenia, nie zanosiło się na szybkie rozstrzygnięcie pojedynku.

Valentin doszedł chyba do tego samego wniosku, bo nagle runął pod nogi Andaluzyjczyka. Zrobił to z całkowitego zaskoczenia, więc udało mu się go przewrócić i unieruchomić. Przyciśnięty do podłogi Álvaro spróbował wykonać jedyny ruch możliwy w tej sytuacji: uderzyć przeciwnika czołem w twarz, aby go zrzucić z siebie, lecz cudzoziemiec cofnął się w tym samym momencie. Trochę stracił przy tym równowagę, co pozwoliło Álvarowi na odzyskanie częściowej swobody ruchów. Nim jednak całkowicie się uwolnił, musiał uchylić się przed ciosem pięści i odbić dwa następne. Czwartego odbić nie zdążył. Trafiony w szczękę poleciał aż pod okno ku rozbawieniu Valentina, który ocenił łaskawie:

– Jak na szlachcica doskonale się bijesz. Podejrzewam, że obracałeś się w sferach… zupełnie nieszlacheckich.

Álvaro przytaknął, ucieszony pochwałą:

– Gdy mieszkałem w Sewilli, zdarzało mi się odwiedzać takie miejsca, gdzie nie wstąpiłby żaden porządny człowiek.

Ręce paliły go żywym ogniem, jednakże Valentin musiał odczuwać to samo, gdyż zaśmiał się, rozcierając kostki palców:

– Dzisiaj już chyba niczego nie namaluję. Najchętniej bym się przespał.

– Tu na podłodze?

Odpowiedzią było wskazanie zasłoniętej kotarą części komnaty.

– Tam jest łóżko. Mam nadzieję, że nie dostaniesz znowu ataku zazdrości?

– O łóżko? Nie.

– Nie o łóżko.

Álvaro spojrzał na niego z wyrzutem, lecz cudzoziemiec już spał, wbrew własnym słowom wyciągnąwszy się na posadzce. Zamiast podjąć zalecane przez niego ćwiczenia w rzucaniu nożem, więzień udał się na zwiedzanie pracowni, z której jak dotąd znał tylko stół, dzisiaj w połowie zarzucony różnymi przyborami malarskimi. Za kotarę, skąd wprost buchał zapach pomarańczowego kwiatu, nie miał ochoty zaglądać, natomiast zainteresowały go francuskie i hiszpańskie księgi leżące na parapetach okien. Jedna była otwarta, w innych znajdowały się zakładki, zapewne więc należały do aktualnych lektur Valentina. Wszystkie traktowały o Kastylii i Andaluzji ze szczególnym uwzględnieniem królestwa Grenady. 

Wiadomości w nich zawarte były Álvarowi w dużej części nieznane, toteż usiadłszy przy stole czytał z zaciekawieniem, dopóki nie zauważył, że Valentin przygląda mu się z podłogi.

– Już się wyspałeś?

– Myśliwska drzemka! Tyle mi wystarczy. 

– Nie wiedziałem, że umiesz czytać po hiszpańsku.

– Czytam w czterech językach i w dwóch alfabetach, bo w moim kraju są inne litery niż tutaj.

– Takie jak arabskie?

– Nie. Znasz arabski?

– Trochę.

– Myślałem, że ten język jest u was zakazany.

– Bo jest, więc nie chwalę się jego znajomością. Ty też nie musisz tego rozgłaszać.

– Bez obaw. Nie jestem sługą Inkwizycji. Studiowałeś gdzieś?

– Miałem domowych nauczycieli. Ojcu zależało na moim wykształceniu.

– I słusznie. Czego cię uczyli?

– Poza podstawowymi rzeczami, jak choćby łacina, to również umiejętności wojennych: dowodzenia, taktyki…

– Ojciec chciał z ciebie zrobić żołnierza?

Álvaro zacytował popularne przysłowie: 

– „Kościół lub morze, lub służba na dworze”. Takie są u nas możliwości zrobienia kariery. Jestem pół-Maurem, więc w Madrycie nie mam czego szukać, a na klechę się nie nadaję. Zostaje żegluga albo armia. 

– Nie ciągnie cię do Nowego Świata?

– Stamtąd nie mógłbym doglądać majątku.

– Masz jakieś dobra? Posiadłość ziemską?

– Tak, u stóp gór Sierra Nevada. Winnice, stadniny… Ale tym się zajmują dzierżawcy. 

– Stadniny? – ożywił się Valentin. – Ten piękny kary ogier w stajni jest przecież twój, prawda?

– Jeżeli piękny, to mój. Wciąż się martwię, że nie ma kto na nim jeździć.

– Ja na nim jeżdżę.

– Niemożliwe! Ten koń toleruje tylko mnie. Stajenni cię nie ostrzegli?

– Ostrzegali. Ale mówiłem ci, że zwierzęta mnie lubią. Nie masz mi za złe?

– Skądże! Cieszę się.

– Za to będziesz miał dobrze ułożonego konia. Już go nauczyłem różnych rzeczy.

Álvaro beznadziejnie machnął ręką.

– Kiedy ja to zobaczę!…

– Może szybciej niż myślisz. Wpadłeś w oko Luisie, trzeba będzie to wykorzystać. Już wcześniej chciałem, żeby się  za tobą  wstawiła gdzie trzeba, ale obiecywała i zapominała. Będziesz musiał się sam postarać, żeby nie zapomniała. A nuż to coś da.

– Kim ona jest?

– Przyjechała ze mną z Francji, bo ma tutaj rodzinę. Jej matka była Francuzką, ojciec Kastylijczykiem, a jedna z sióstr jest żoną tutejszego komendanta, więc dlatego mogłem zatrzymać się na zamku. Powinieneś wiedzieć, że przez kobiety można niejedno załatwić.

 

***

 

Umówili się na następny ranek i Álvaro wrócił do celi, która po wrażeniach dnia wydała mu się jeszcze bardziej pusta i nudna niż zwykle. Żałując, że nie zabrał z pracowni żadnej książki (choć nie było pewne, czy zgodziliby się na to strażnicy), chodził od ściany do ściany, póki nie zapadł zmrok. Nie było po co zapalać świecy, więc ściągnął ubranie i położył się do łóżka. W oczekiwaniu na sen leżał z rękami pod głową, spoglądał przez kraty na księżyc i myślał o zamglonych oczach Luisy. 

Wtedy usłyszał zgrzyt klucza w zamku.

Nie była to pora na odwiedziny strażników, toteż sprężył się mimowolnie, patrząc, kto wejdzie do celi. Drzwi zaczęły uchylać się powoli i bezszelestnie, co wskazywałoby na Valentina, jednakże wsunęła się przez nie kobieca postać ciasno owinięta peleryną. I zapach pomarańczowego kwiatu.

Wyciągnąwszy klucz z zamka przełożyła go na drugą stronę drzwi, po czym przekręciła ze słowami:

– Teraz jesteś moim więźniem.

Uśmiechnęła się zalotnie i jednym ruchem zsunęła z siebie pelerynę. Nie miała pod nią nawet bielizny. Całkowicie naga swobodnie przeszła przez całą długość celi, jaka dzieliła ją od Álvara, pozwalając mu podziwiać nieduże piersi o sterczących sutkach, dziewczęcy brzuch i pełne uda. Choć zaskoczony, zachował się zgodnie z jej oczekiwaniami, zaś księżyc uczynnie oświetlał tę scenę, przebiegającą w absolutnej ciszy.

Dopiero gdy zmęczeni leżeli obok siebie, Luisa westchnęła:

– Wiem, że chciałbyś jak najprędzej wrócić do domu, a ja chętnie zatrzymałabym cię na zawsze. Ciebie i Valentina.

Álvaro nie pragnął złączenia się z Luisą na zawsze, lecz nie miał nic przeciwko temu, by została do rana. Jako że nietrudno jej było to zauważyć, rytuał ich powitania rozciągnął się na całą noc. Gdy gwiazdy zaczęły gasnąć, obdarzyła Álvara ostatnim pocałunkiem i tą samą pieszczotą, której wczoraj zazdrościł Valentinowi, włożyła płaszcz i wysunęła się z celi wcale nie ukradkowym ruchem. Rzecz jasna zamknęła ją od zewnątrz, ale więzień był dobrej myśli.

Jego przeczucia potwierdził Valentin.

– Zrobiłeś dobry początek, Andaluzyjczyku. Może Luisa wstawi się za tobą do szwagra. 

– Przecież sam mówiłeś, że don Genadio nie ma wpływu na przebieg mojego procesu?

– Nie znam się na hiszpańskim sądownictwie. Myślę po prostu, że im więcej protektorów, tym lepiej, a skoro nie masz dostępu do najwyższych władz, dobry i kasztelan.

Miał już szkic twarzy Álvara przeniesiony na płótno, więc rozcierał farby na palecie, aby przygotować się do malowania olejnego. Skończywszy sięgnął po pędzel i podniósł wzrok na modela, który spał w najlepsze z głową opartą na ręku. Valentin wykrzyknął przez śmiech:

– Obudź się!  A widzisz?

– Co widzę?

– Jak to jest z Luisą. Nie podobało ci się, że ziewam po dwóch nocach, a sam śpisz po jednej.

– Może jedna moja noc równa się twoim dwóm – odgryzł się Álvaro, ale przezwyciężył senność i usiadł prosto.

Wieczorem znów odwiedziła go dama w pelerynie.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli