Już następnego ranka po aresztowaniu do celi weszli czterej strażnicy z kajdanami, nad doborem których Escamez długo się wcześniej zastanawiał. Álvara zaskoczył ich ciężar: żelazne obręcze boleśnie ocierały nadgarstki, a łączący je łańcuch utrudniał ruchy rąk. Na nogi kajdan mu nie założono, prawdopodobnie ze względu na konieczność wspinania się po schodach, ponieważ wyszedłszy z wieży udali się do prawego skrzydła budynku, gdzie na piętrze urządzona była komnata sądowa. Za długim stołem o lśniącym, niczym nie przykrytym blacie zasiadało kilku mężczyzn, z których Álvaro rozpoznał jedynie spotkanego wczoraj dominikanina. Don Torcuato rzucił okiem na kajdany i szeptem zadał jakieś pytanie sąsiadującemu z nim kędzierzawemu szlachcicowi. Ten opryskliwie zwrócił się do strażników stojących o krok za więźniem:
– Więcej was nie było? I po co założyliście mu to żelastwo?
– Tak kazał sierżant.
– Dawać go tutaj.
Po chwili Escamez, ośmielony zachęcającym uśmiechem nieznanego Álvarowi łysego zakonnika, tłumaczył z zapałem:
– To trudny więzień, były z nim kłopoty, musieliśmy go uspokoić.
Kędzierzawy wzruszył ramionami i już się nie odezwał, co sierżant potraktował jako pretekst do pozostania w komnacie. Nastąpiła cisza, przerywana od czasu do czasu szeptami obecnych i dochodzącym z boku skrzypieniem pióra. Álvaro powtarzał w myśli słowa pacierza, ufając, że modlitwa uspokoi go przed mającą nastąpić indagacją, lecz serce biło mu coraz mocniej. Oczekiwanie się przedłużało, wreszcie skryba siedzący przy oddzielnym pulpicie – zapewne sądowy sekretarz – odczytał akt oskarżenia, zawierający w obszerniejszej formie to samo, co powiedzieli Álvarowi ludzie ze Świętej Hermandady. Dopiero wtedy padło pierwsze pytanie:
– Co wydarzyło się na Białym Zamku dwudziestego czwartego marca?
– Najpierw nastąpił napad na Aracenę.
– Masz odpowiadać na pytania. Powtarzam: co wydarzyło się na Białym Zamku?
Pytającym był może sześćdziesięcioletni mężczyzna w ciemnym świeckim stroju, o bystrych oczach i siwej brodzie. Głos miał spokojny, ale wyczuwało się w nim nieżyczliwość.
– Więc?…
Álvaro wziął głęboki oddech jak przed skokiem do wody i odpowiedział:
– Przybyłem tam, aby się rozmówić z księżną Elvirą de Las Sierras.
– Doprawdy? Skoro chciałeś tylko porozmawiać, po co zabrałeś ze sobą zbrojny oddział?
– Na czele tego oddziału wcześniej rozbiłem bandę najemników, którzy napadli na Aracenę. Zabili moją żonę Maríę Rosario, jej ojca don Dominga Bermudeza i dwóch pracowników stadniny.
– Co miała z tym wspólnego księżna Elvira?
– Przecież to ona wynajęła morderców!
– Jak się o tym dowiedziałeś?
– Z wyznań jednego z nich.
– Zapewne wymuszonych torturami?
– No… tak.
– Gdzie jest ten człowiek?
– Nie żyje.
– Czyli nie masz żadnego dowodu na prawdziwość swoich słów. Równie dobrze sam mogłeś to wszystko wymyślić. Ale załóżmy, że nie kłamiesz. Zatem na podstawie pomówienia przez przypadkowego zbója uznałeś winę księżnej i postanowiłeś dokonać zemsty. Tak było?
– Najpierw prosiłem o rozmowę.
– A księżna, co zrozumiałe, jej odmówiła. Co nastąpiło później?
– Księżna obrażała mnie przez cały czas, dopóki nie nadszedł książę Sergio, który zaproponował pojedynek.
– Ty zaś oczywiście od razu się zgodziłeś? Wiedząc, jaką sławą niezwyciężonego szermierza cieszy się Sergio de Las Sierras?
– Tak. Zgodziłem się.
– I bez trudności poradziłeś sobie z takim mistrzem?
– Z trudnością.
– Czyli doszło do pojedynku?
– Tak.
– Za obopólną zgodą?
„Dlaczego wciąż pyta o to samo?”
Zaczynał już odróżniać twarze mężczyzn zajmujących miejsca za stołem. Siwobrody, który zadawał mu pytania, wyglądał na przewodniczącego trybunału, może dlatego, że zajmował centralne miejsce. Obok niego rozpierał się w krześle sympatyczny, kędzierzawy mężczyzna, sąsiadujący z don Torcuatem. Przy dominikaninie kurczył się drugi zakonnik, łysy i zasuszony, o odpychającej wąskiej twarzy ze świdrującymi oczami. Z drugiej strony siwobrodego siedział znudzony chudzielec w za luźnym ubraniu oraz dwóch milczących ludzi nie odznaczających się niczym szczególnym.
„Po co ich aż tylu? I co tutaj robią dominikanie? Przecież nie sądzi mnie Inkwizycja?”
Siwobrody lekko podniósł głos:
– Czy książę wyraził zgodę na pojedynek?
– Już mówiłem, że sam mi go zaproponował.
– Na jakich warunkach?
– Gdybym zginął, moi ludzie odjechaliby stamtąd nie mszcząc się na nikim.
– A gdyby zginął książę?
– Wszyscy byli pewni, że to on zwycięży.
– Ty również?
– Nie widziałem szans w starciu z tak sławnym szermierzem, ale nie miałem wyboru.
– Owszem, miałeś. Mogłeś od razu odjechać.
– Przecież nie po to tam przybyłem!
– A jednak zabiłeś księcia. Do tego jeszcze wrócimy. Co stało się potem?
– Moi ludzie rozbroili straż zamkową. Ja w tym nie brałem udziału.
– Dlaczego?
– Książę ranił mnie kilkakrotnie, więc zakładano mi opatrunki.
– Ale byłeś przytomny i widziałeś, co się dzieje?
– Tak.
– Nie próbowałeś powstrzymać swoich ludzi?
– Nie miałem takiego zamiaru.
Po raz pierwszy odezwał się łysy zakonnik:
– Chciałeś, żeby zginęli wszyscy na zamku?
– Chciałem, żeby zginęła księżna! – wybuchnął Álvaro. Chudzielec zajmujący miejsce z prawej strony siwobrodego zdjął łokcie ze stołu i zapytał grobowym głosem:
– Zatem przyznajesz się do zabójstwa księżnej Elviry de Las Sierras? W jaki sposób została zamordowana?
Álvaro musiał powiedzieć prawdę.
– Moi ludzie włóczyli ją za końmi.
– Zrobili to na twój rozkaz?
– Nie bezpośredni, ale działo się to za moją wolą i zgodą. Tylko ja jestem odpowiedzialny za te wydarzenia.
– To my będziemy ustalać stopień odpowiedzialności – zwrócił mu chłodno uwagę siwobrody. Za sobą Álvaro usłyszał szept Escameza, który zbyt dosłownie wziął wczorajsze zalecenia don Francisca:
– Na nich też przyjdzie kolej…
Przewodniczący sądu chyba coś zauważył, bo rzucił sierżantowi ostrzegawcze spojrzenie. Na chwilę zapadła cisza. Álvarowi z coraz większym trudem przychodziło zachowanie spokoju. Beznamiętne głosy przesłuchujących, których twarzy nawet dobrze nie widział, ponieważ biło mu w oczy światło z wysokich okien umieszczonych za ich plecami, dociekliwość pytań, obecność jawnego wroga u boku – wszystko to powodowało rosnącą dekoncentrację.
W tym momencie padło najgorsze pytanie:
– Co zrobiliście z doñą Sibillą de Las Sierras?
– Zawieźliśmy ją do Alvarado.
– W jakim celu?
– Wiadomo… – syknął Escamez, co wreszcie wywołało reakcję przewodniczącego:
– Nie gadać! W jakim celu zabraliście ze sobą księżniczkę?
Álvaro nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
– Słuchamy – ponaglono go zza stołu. Na kilku twarzach ukazał się wyraz potępienia, natomiast Escamez, nie kryjąc emocji, o wiele za głośno wypalił:
– Bo potrzebował nowej kobiety!
Reakcja Álvara była błyskawiczna. Szybkim jak piorun ruchem uniósł skute ręce i z półobrotu smagnął łańcuchem ospowatą twarz. Sierżant z rykiem złapał się za oko, a spod jego palców wypłynął strumień krwi pomieszanej ze śluzem. Łysy dominikanin zakrztusił się i dziwnie bulgocząc wybiegł z komnaty, pozostali przypatrywali się tej scenie z niewzruszonym spokojem, zaś kędzierzawy nakazał strażnikom:
– Zdejmijcie mu te żelaza, bo znowu kogoś pokaleczy.
Łysy zakonnik nie odszedł widać daleko, bo zza drzwi natychmiast rozległ się jego głos:
– Don Genadio, właśnie się przekonaliście, że sierżant Escamez okazał chwalebną przezorność, zakładając temu zbrodniarzowi kajdany.
– Gdyby był mniej przezorny, miałby teraz oboje oczu – logicznie odciął się kędzierzawy. Escamez, jakby dopiero teraz dotarła do niego świadomość okaleczenia, ryknął dwa razy głośniej niż poprzednio, więc przewodniczący trybunału zwrócił się do strażników:
– Słyszeliście, co powiedział komendant? Macie rozkuć podsądnego, a potem wyprowadźcie stąd waszego dowódcę i niech mu ktoś założy opatrunek.
– Zgłaszam sprzeciw! – dobiegło zza drzwi. – Tak niebezpieczny więzień nie może zostawać bez nadzoru!
Strażnicy nie wiedząc, kogo mają słuchać, zwrócili głowy ku kędzierzawemu, w którym Álvaro zaczął się domyślać kasztelana zamku. Ten, już trochę zniecierpliwiony, rozstrzygnął:
– Jeden wychodzi z sierżantem, reszta zostaje i daje baczenie na podsądnego.
Ponieważ łysy zakonnik wracał właśnie na swoje miejsce, dorzucił z ledwie dostrzegalną kpiną:
– To powinno wam zapewnić poczucie bezpieczeństwa, don Francisco.
Siwobrody przewodniczący podjął przesłuchanie:
– Co stało się z Sibillą de Las Sierras?
– Nie wiem, gdzie teraz przebywa.
– Nad tym będziemy zastanawiać się później. Teraz chcielibyśmy usłyszeć, co stało się z nią po przybyciu do zamku.
– Zachorowała.
– W jakich okolicznościach?
– Z Białego Zamku jechaliśmy w ulewie, potem spędziliśmy noc w przemoczonych ubraniach. Mnie to nie zaszkodziło, ale księżniczka…
– Spędziliście tę noc razem? – przerwał chudzielec. Widząc, że Álvaro zastanawia się, jak sformułować odpowiedź, szybko uściślił pytanie:
– Czy ją zniewoliłeś?
– Nie.
– Mów prawdę.
– Mówię prawdę. Nie zniewoliłem Sibilli de Las Sierras.
– Więc gdzie spędziła tę noc?
– W oddzielnej komnacie – odrzekł niezupełnie szczerze, pamiętał bowiem poranną relację Miguela.
Następne pytania obracały się wokół tego samego tematu, lecz były coraz bardziej szczegółowe. Wkrótce zaczęły się powtarzać, za każdym razem sformułowane trochę inaczej. Álvaro miał świadomość, że gubi się w gąszczu najrozmaitszych określeń i lada moment popełni jakiś istotny błąd. Pomyślał:
„Nie mogę sobie pozwolić na rozproszenie uwagi”.
Niestety koncentracja przychodziła mu coraz trudniej. Nieco odetchnął, gdy instygatorzy podjęli kwestię opuszczenia przez Sibillę Alvarado.
– Wyjechała na własne życzenie? Nie miałeś zamiaru jej więzić?
– Nic podobnego. Musiałem jedynie poczekać, aż dojdzie do zdrowia.
– Z kim wyjechała?
Álvaro wiedział, że nie powinien wspominać o Muradzie, wyjawił więc tylko część prawdy.
– Ze służącą, którą sama wybrała spośród dziewcząt z Alvarado.
– Jej nazwisko?
– Carmela Jilgueno – przypomniał sobie z pewnym trudem.
– Sprawdzić – rzucił siwobrody w stronę notującego wszystko sekretarza. – Dokąd udała się księżniczka?
– Nie pytałem jej o to, ale zapewne do domu. To znaczy do Białego Zamku.
Siwobrody odchrząknął.
– W tym momencie doszliśmy do kolejnego punktu oskarżenia – powiedział uroczyście. – Sibilla de Las Sierras znikła i nikt jej nie widział od dnia dwudziestego czwartego marca. Jesteś podejrzany o gwałt, zabójstwo oraz ukrycie ciała.
– Nie zrobiłem tego!
– Więc co się stało z księżniczką? – przygwoździł Álvara chudzielec.
– Już powiedziałem, że wyjechała.
– Nie masz na to żadnego świadka poza własnymi ludźmi, którzy, rzecz jasna, potwierdzą wszystko, co zechcesz. Księżniczka nie wróciła do Białego Zamku, nie widziano jej również na drodze między twoim zamkiem a Grenadą, nie wspominając już o samym mieście. Ponieważ nie mogła rozpłynąć się w powietrzu, wyjaśnienie może być tylko jedno, chyba że przedstawisz jakiś dowód swojej niewinności.
„Czy mam powiedzieć im o Muradzie?”
Postanowił zwlekać z tym jak długo będzie można.
„Może się jeszcze coś wyjaśni”.
Poczuł ogromne zmęczenie. Na szczęście siwobrody uznał, że pierwszy etap przesłuchania dobiegł końca i zarządził przerwę. Instygatorzy opuścili salę, wesoło rozprawiając o czekającym na nich posiłku, więźniowi ani strażnikom nikt oczywiście niczego nie zaproponował, więc ci ostatni rozsiedli się na posadzce pod ścianą, od razu zacząwszy rozmowę o różnych sprawach zamkowych. Álvaro wiedział, że powinien skorzystać z przerwy w śledztwie dla przygotowania sobie obrony i teraz z wysiłkiem zbierał myśli, zaskoczony wiadomością o zniknięciu Sibilli. Nie miał pojęcia, co o tym sądzić. Jasne było jedynie, że wszystkie fakty przemawiają przeciwko niemu, dodatkowo wyjaskrawione przez nieprzychylną interpretację.
Tymczasem strażnicy zachowywali się coraz głośniej. Najmłodszy opowiadał o kimś, zaciągając wiejskim dialektem:
– Spóźnił się raz, spóźnił się drugi, aż nam się sprzykrzyło wciąż bramę otwierać i donieślim komendantowi. Na to don Genadio przykazał, żeby nikogo po nocy nie wpuszczać, bo rozkaz jest rozkaz. Onemu tyż to na osobności powtórzył. Tośmy i nie zważali, czy ktoś się tłucze do bramy.
– I wiesz, co zrobił? – przerwał z podnieceniem drugi. – Zostawił konia na dole, a sam, Bóg wie jakim sposobem, wspiął się po skałach!
– Na samą górę? – spytał z niedowierzaniem przepity baryton należący do najstarszego z mężczyzn.
– Na samiuteńką! Stanął przed nami jak zjawa i tylko się zaśmiał, w pierwszej chwili żeśmy myśleli, że duch. No bo sami powiedzcie, czy to możebne tyli kawał po takiej stromiźnie…
– Którędy wszedł?
– A tym żlebikiem, co to pod starą basztą, akuratnie na wprost bramy.
– Ale tam wyżej przecie mur bez okien?
– Strzelnica jest, nie pomnisz? Wysoko bo wysoko, za to mur stary, wykruszony, dało się stopę tu i ówdzie wsunąć i wejść już prawie jak po schodach, a potem przez strzelnicę się przecisnąć. Sam nam opowiadał.
– Dobrze mu mówić „jak po schodach”, kiedy wcześniej taką skałę pokonał! Ważyłby się na to który z was?
– Jeszcześmy nie poszaleli, ale to w sam raz podobne do tego narwańca.
Ten sam baryton, co przedtem, podjął pojednawczo:
– Co się dziwujecie, toć on młody, widzi mi się, że jeszcze nie dobił dwudziestki, tedy fantazję ma.
– Że ma, to ma! Nikt mu nie będzie dyktował, powiada, o której godzinie ma wrócić do domu. My na to: taki jest rozkaz komendanta, a on: zobaczycie.
– No i wrócił kiedy chciał, kto by pomyślał.
– A wygląda jak piękna panna, co dla kaprysu pludry włożyła.
Álvaro zastanowił się, o kim rozmawiają. Z pewnością nie o żadnym z jego instygatorów; może o którymś ze stałych mieszkańców zamku?
„Chyba nie cała załoga jest wojskowa”.
Ale zwykły służący nie mógłby sobie pozwolić na takie zachowanie, z pewnością nie posiadałby też konia, o którym wspomnieli strażnicy.
„Ciekawe, co z nim zrobił”.
Jakby na zamówienie zza pleców Álvara padło to samo pytanie.
– Zostawił na łąkach na całą noc! Jego ogier mądry bez mała jak pies, nigdzie sam nie odejdzie, zresztą widzieliście, jakie sztuki potrafi na komendę wyczyniać. Ten ci rano zszedł na dół i tylko gwizdnął, powiadam wam, jak na psa właśnie, a kasztanek w pół pacierza był przy nim.
– Żeby mnie tak kto konia wyuczył… – westchnął marząco baryton.
– Tobyś z niego i tak zaraz zleciał, pijanico! Umiesz ty jak on bez podparcia na siodło wskakiwać?
– Niby jak bez podparcia?
– A wprost z ziemi, nawet bez rozbiegu, nie tknąwszy ręką ni grzywy, ni siodła.
– Widzieliście to?
– Nie raz i nie dwa, lubi się on tą sztuką popisywać, bo też ma z czego być dumny.
Álvaro obiecał sobie w duchu, że jeśli wyjdzie na wolność, spróbuje, czy potrafiłby dokonać tego samego.
„O ile Alado ustałby spokojnie, bo zamiast na siodło mógłbym trafić na ziemię. Tylko Almanzor, ogier ojca, zachowywał się gorzej”.
Dobrze pamiętał Almanzora, całkowicie nieprzewidywalnego karego rumaka, który słuchał jedynie swojego pana, lecz w przypływie złego humoru nawet jego potrafił zrzucić z siodła. Stajennych gryzł i kopał, toteż nie każdy mógł go obrządzać. Tak samo zachowywał się wobec obcych koni, co obniżałoby jego wartość jako ogiera bojowego, gdyby nie fakt, że tym samym stanowił śmiertelne zagrożenie dla nieprzyjaciół. Dokonał niejednego walecznego czynu, wiele razy ratował życie don Ángela, ale z Flandrii już nie wrócił – podczas jednej z ostatnich bitew dosięgnęła go niderlandzka kula.
Odpoczynek przerwały hałasy czynione przez powracających śledczych. Jak się zdaje, rozmawiali o Escamezie, gdyż padło parę zdań na temat wtrącania się do nieswoich spraw i pozbawienia stanowiska za brak dyscypliny. Álvara przelotnie ucieszyła perspektywa stracenia z horyzontu przynajmniej jednego prześladowcy.
Pierwsze pytanie po przerwie zadał siwobrody przewodniczący.
– Czy przyznajesz się do zamordowania księcia Sergia de Las Sierras?
– Nie, ponieważ zabiłem go w pojedynku.
– To samo w sobie jest dość nieprawdopodobne, lecz nawet gdyby tak było, pojedynek został przez ciebie wymuszony.
– Przecież to książę pierwszy go zaproponował! Wystarczy zapytać kogokolwiek spośród ludzi, którzy byli wówczas na dziedzińcu.
W tym momencie wtrącił się chudzielec:
– Uczynił to wobec zaistniałych okoliczności, czyli mówiąc wprost, wskutek twojego najazdu na Biały Zamek.
Álvaro nie wiedział, że zamkowa służba zupełnie nie zdawała sobie sprawy z rzeczywistego przebiegu wypadków. Dla wszystkich tych ludzi, nie mających możliwości usłyszenia dramatycznej rozmowy z księciem o morderstwie w Aracenie, przybycie zbrojnych z wrogiego Czarnego Zamku oznaczało bandycki napad. Tak też – już z pełną premedytacją – przedstawili sprawę krewni księżnej Elviry.
Padło kolejne pytanie:
– W jaki sposób zabiłeś księcia?
– Już powiedziałem, że w pojedynku.
– Masz to opisać dokładnie.
– Wykorzystałem lukę w obronie i pchnąłem go sztychem w pierś.
Jeden z dwóch dotychczas milczących mężczyzn zajmujących miejsca obok chudzielca odezwał się z niedowierzaniem:
– Najlepszego szermierza Andaluzji? Jak to było możliwe?
– Brałem lekcje szermierki.
– U kogo?
– U Simplicia Vazqueza.
Nazwisko słynnego fechtmistrza nie było tutaj nikomu obce, gdyż nawet strażnicy za plecami Álvara westchnęli z uznaniem, lecz łysy zakonnik syknął:
– Pewnie dwa razy po kwadransie! Wiem, ile każe sobie płacić Vazquez!
„Gdyby nie moja pomoc, Isidra nie byłoby stać nawet na pięć minut”, pomyślał o ulubionym bratanku.
Odpowiedział mu drugi dominikanin:
– Bracie Francisco, to łatwo sprawdzić. Wiem, że El Rayo przebywa obecnie w Toledo. Spodziewam się, że nie odmówi zeznań w sprawie swojego dawnego ucznia.
– Wezwiemy go – rozstrzygnął siwobrody. – A ty opowiedz dokładny przebieg pojedynku.
Álvaro ze znużeniem zaczął odtwarzać z pamięci wymianę ciosów na dziedzińcu Białego Zamku, jednakże instygatorzy co chwilę mu przerywali, nakazując cofać się do scen już raz opowiedzianych. Wkrótce wszystko mu się poplątało i marzył już tylko o powrocie do celi.
– Podsądny zaczyna mylić się w zeznaniach – zauważył z satysfakcją zakonnik zwany bratem Franciskiem. – Ciekaw jestem, co na ten sam temat powie nam jutro.
– Właśnie – przeciągnął się na krześle kasztelan. – Może byśmy zostawili sobie coś na jutro? Nie pora byłaby kończyć? Chłopak też pewnie ma dosyć.
Życzliwie uśmiechnął się do Álvara, więc przewodniczący trybunału powiedział karcącym tonem:
– Don Genadio, to akurat jest najmniej istotne. Jeśli będzie trzeba, podsądny spędzi tutaj nawet i całą noc.
– Ale ja nie mam zamiaru tkwić tu przez całą noc – zbuntował się Genadio – żeby w kółko słuchać tego samego. Kończmy przesłuchanie.
Nieoczekiwanie poparł go chudzielec, toteż po chwili półprzytomny ze zmęczenia więzień wracał do swojej celi. Dopiero teraz poczuł ból zranionej ręki, gdyż skaleczył sobie nadgarstek w momencie uderzania Escameza. W ubraniu rzucił się na łóżko, odmówiwszy zjedzenia przyniesionego posiłku, a choć był przekonany, że zaraz zaśnie, sen jakby na przekór nie nadchodził przez całą noc. Płoszyły go niewesołe rozmyślania.
Najgorsza była nieświadomość tego, co stało się z Sibillą. Nie mogła zaginąć na krótkiej trasie z Alvarado do Białego Zamku, mało prawdopodobne wydawało się także jej uprowadzenie przez hakima, a skoro odjechała z nim dobrowolnie, musiało to być postanowione wcześniej.
Ale z jakiego powodu? Álvaro nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie, choć brał pod uwagę różne możliwości, jedną mniej wiarygodną od drugiej. Najrozsądniejsze wydawało się wytłumaczenie, iż księżniczka potrzebowała lekarza. Odrzucił również tę hipotezę, nawet nie podejrzewając, jak bliski był w tym momencie prawdy. Najwięcej obaw przysparzała mu nie tyle perspektywa oskarżenia o trzecie morderstwo, bo to niewiele pogorszyłoby jego i tak fatalną sytuację – ile świadomość grożących tortur. Choć Álvaro jako szlachcic nie podlegał prawu zezwalającemu na łączenie przesłuchań z torturami, zdawał sobie sprawę, że Święte Oficjum ma w tym zakresie znacznie szersze kompetencje. A skoro w jego procesie uczestniczą dominikanie…
„Zrobią wszystko, żebym wyjawił, co stało się z Sibillą, a jeśli nie wytrzymam, będę musiał przyznać się do zbrodni, której nie popełniłem”.
Wszelako następnego dnia przesłuchanie odbyło się niemal dokładnie tak samo, jak pierwsze: różnica polegała jedynie na tym, że ręce miał wolne, a nawet pozwolono mu usiąść. Potem nastąpił dzień przerwy, ponoć z powodu wyjazdu obydwóch duchownych, o czym Álvaro dowiedział się słuchając rozmowy strażników. Nadal nie rozumiał, dlaczego jego sprawą interesuje się Inkwizycja.