Álvara obudził straszliwy ból głowy. Gdy uderzyło go w oczy jaskrawe dzienne światło z okien, zacisnął powieki, zdziwiony, dlaczego w ciemnawej zwykle sypialni jest o tej porze tak jasno. Odruchowo poszukał przy sobie Rosity, lecz łoże było puste.
Powracająca świadomość bezlitośnie przypomniała, że nie znajduje się w Aracenie. Jest w Alvarado, we własnej komnacie – i nigdy już nie zobaczy żony.
Jak się tutaj znalazł?
W skroniach czuł jakby walenie młotów kowalskich, gardło miał wyschnięte, lewa ręka pulsowała bólem, a palce prawej lepiły się od zakrzepłej krwi. To przypomniało mu o pojedynku.
„Zabiłem księcia, ale co się stało z Elvirą?”
Nie pamiętał, a może nie wiedział? Miał pewność tylko co do tego, że nie zabił jej osobiście. Ostatnim obrazem, jaki zachował z wczorajszego popołudnia, był sztych przebijający pierś Sergia de Las Sierras.
Ostrożnie otworzył oczy i spróbował usiąść na pokrwawionym prześcieradle. Natychmiast zakręciło mu się w głowie, więc walcząc z uczuciem mdłości położył się z powrotem. Przypominał sobie coraz więcej szczegółów.
„Ciął mnie w lewe ramię i w obojczyk, dlatego boli mnie ręka. Miałem też draśniętą twarz. Opatrywał mnie Egidio, a może Rafael? Chavo dał mi wina”.
Już wiedział, skąd wziął się ból głowy. Gdy w strumieniach deszczu zajechali do Alvarado, rozgrzewali się winem w wielkiej sali. Potem poszedł na górę i zasnął, nie zdążywszy się nawet rozebrać.
„Za dużo wypiłem… Ale dlaczego Pito nie zdjął mi chociaż butów?”
Przezwyciężywszy suchość gardła zawołał na pachołka, lecz zamiast Pita pojawił się Miguel. Poszarzała, ściągnięta twarz i zaczerwienione oczy świadczyły o tym, że spędził bezsenną noc.
– Obudziłeś się? Może lepiej nie wstawaj, skoro jesteś ranny.
– To draśnięcia, a i tak za długo spałem. Czy już wiesz, co stało się na Białym Zamku?
Rysy Miguela stężały.
– Wiem. Przeniosłem księżniczkę do tamtej sypialni.
Álvaro dopiero teraz uświadomił sobie obecność Sibilli w Alvarado. Bermudez mówił dalej:
– Gdy o świcie przyjechałem z Araceny, leżeliście w ubraniach na twoim łóżku. Ty spałeś, ale ona była nieprzytomna. Miała wysoką gorączkę i ma ją nadal. Musiała zachorować po tym wszystkim, czego była świadkiem na Białym Zamku. A może i po tym, co zrobiliście jej tutaj.
Przeciągle spojrzał w oczy przyjaciela, który odrzekł ze zdziwieniem:
– Nie wiem, po co ją przywieźliśmy. To musiał być pomysł Chava.
– Też tak przypuszczam i dlatego boję się…
Álvaro nie pozwolił mu dokończyć.
– Czy nie masz innych trosk, jak tylko o naszych wrogów?
– Ona nie jest naszym wrogiem, Álvaro.
– Więc gdy wyzdrowieje, odeślemy ją tam, dokąd będzie sobie życzyła. A teraz chcę się umyć i przebrać. Niech Pito powie, żeby przygotowano mi kąpiel.
– Twój pachołek ma tak spuchniętą twarz, że prawie nic nie widzi. Przez dłuższy czas nie będzie zdolny do żadnej pracy.
– Co mu się stało?
– Salvador zmiażdżył mu nos za niedopilnowanie Alada. Sibilli udało się na nim uciec.
– Potrafiła dosiąść tak ostrego ogiera? Więc dlaczego teraz jest tutaj?
– Nie pamiętasz? Zatrzymali ją ludzie z Araceny i odwieźli do Białego Zamku, tak mi przynajmniej powiedziano.
– Rzeczywiście… Powinna była tam zostać, to wygląda, jakbyśmy ją uprowadzili. Oby szybko wyzdrowiała. Niech mi już przygotują tę kąpiel, Miguelu.
***
Siedząc w drewnianej balii Álvaro dał się umyć, ogolić i uczesać, po czym przyszła kolej na opatrunki. Okazało się, że książę zadał mu w sumie cztery rany, z których żadna – nawet pchnięcie pod obojczyk – nie była groźna. Głowa nie przestawała go boleć, ale wykąpany i w czystej odzieży poczuł się lepiej.
Musieli teraz porozmawiać o pogrzebie. Decyzja, gdzie pochowa żonę, nasunęła mu się automatycznie, oświadczył więc Miguelowi:
– Rosita powinna spocząć w Grenadzie, w naszej krypcie rodzinnej.
Bermudez milczał przez chwilę, jakby usiłując się z tym pogodzić, wreszcie szepnął:
– Wiem. Ale…
Ponieważ głos załamał mu się w szlochu, nie kończąc zdania zakrył oczy dłońmi. Álvaro powiedział:
– Rozumiem. Niech śpi przy swoim… przy naszym ojcu. W Aracenie. Będę ją miał bliżej.
Zapiekła go twarz, gdyż płynące łzy podrażniły ranę na policzku.
***
Podwójny pogrzeb miał odbyć się następnego dnia w Aracenie. W wysprzątanej sali na parterze domu, gdzie ze ścian i z podłogi dokładnie zmyto krew, stanął prosty katafalk przykryty czarnym suknem przywiezionym z Grenady. Na nim ustawiono dwie otwarte trumny.
Na razie jeszcze puste, gdyż męska służba kończyła ubierać don Dominga. Rositą zajmowały się w oddzielnym pomieszczeniu kobiety. Umyte ciało leżało na ławie, osłonięte czystym prześcieradłem, a obok czekała przygotowana ciemna sukienka, którą należało naprędce podłużyć.
– Panienka nosiła ją podczas tych nauk w klasztorze, od tego czasu urosła… – szepnęła do dziewek służebnych stara pomywaczka, przyglądając się, jak Serafina odpruwa obrąbek. Nici pociągane wprawną ręką ustępowały bez kłopotu i tylko ostatni ścieg wymagał użycia nożyczek. Niania sięgnęła do pęku kluczy, który miała zawieszony u paska razem z nożyczkami, igielnikiem i jeszcze kilkoma nieustannie potrzebnymi przedmiotami domowego użytku, lecz nagle odrzuciła robotę i wstała z zydla.
– Przecież nasza gołąbka ma odświętny strój.
Zgromadzone wokół niewiasty, do tej pory półgłosem odmawiające pacierze, pomyślały o niedawnych zaślubinach i jak na komendę wybuchnęły płaczem. Serafinie również łzy napłynęły do oczu, mimo to opanowanym głosem poleciła:
– Sprawdźcie pończochy i buciki, czy aby całe i czyste, ja zaraz wrócę.
Z chusteczką przy twarzy poszła na piętro do pokoju swej wychowanki, szybko znalazła suknię naszywaną różowymi aksamitkami i przewiesiwszy ją przez rękę zaczęła schodzić po schodach, na które w tym samym momencie wbiegł Álvaro.
– Czy pamiętała niania o naszyjniku?
– Tym perłowym? – zdumiała się Serafina. – Tylko wielkim paniom wkłada się klejnoty do trumny.
– Moja żona zasługuje na to, by ją w ostatnią drogę wystroić jak oblubienicę.
Tym razem w głosie Serafiny pojawiła się surowość.
– Don Álvaro, Bóg nie patrzy na to, jak kto jest ubrany. Ważne jest sumienie wolne od grzechów.
– A czym zgrzeszyła Rosita? – zapytał cicho chłopak, lecz niania nie zamierzała ustąpić.
– Rosita ofiaruje Bogu swoją czystą duszę, która zdobi ją piękniej niż najczystsza perła.
Na to Álvaro nie miał już odpowiedzi i dziewczyna spoczęła w trumnie przystrojona jedynie drobnymi kwiatkami, które mała Juana wpięła w jej gładko uczesane włosy. Ale na owiniętej różańcem dłoni wciąż błyszczał szafir – symbol zaślubin.
– Byłaś dla mnie jak najlepsza siostra. Śpij spokojnie, a kiedyś spotkamy się w niebie – wyszeptała z płaczem Juana, przypinając ostatni biały kwiatuszek.
Rosita nie wyglądała tak, jakby spała. Jej twarz naznaczyły już stygmaty śmierci. Złotawa zwykle, z lekkim rumieńcem cera przybrała odcień wosku, rysy się zaostrzyły, usta zbladły i nawet brązowy warkocz owinięty wokół głowy stracił swój zwykły blask, był matowy i sztywny.
Z kolei twarz don Dominga szpeciło duże cięcie wyniesione z ostatniej walki, które zniekształcało nos i policzek, biegnąc aż do ucha. Krwawej szramy mimo wielokrotnego mycia nie dało się zamaskować, więc postanowiono użyć bandaża, jednakże Miguel powiedział stanowczo:
– Ojciec był żołnierzem, dzielnym do ostatka! Żadna rana nie przynosi mu wstydu.
Nabożeństwo żałobne w małym wiejskim kościółku zgromadziło mnóstwo ludzi z całej okolicy, przybyłych głównie dla don Dominga. Mimo że większość z nich zdążyła pożegnać się ze zmarłym, gdy jeszcze spoczywał w domu, chciano do końca towarzyszyć mu w ostatniej drodze. Rositę żegnano raczej ze względu na Álvara, bo choć była lubiana dla swego łagodnego charakteru, to kobiety zazdrościły jej małżeństwa, przekonane, że wcale nie zasłużyła na taką karierę. Ledwie ceremonia dobiegła końca, po Serafinę zajechał wózek z Palos. Jej najmłodszej siostrze, chorującej od paru tygodni, bardzo się pogorszyło.
– Ale gdy wyzdrowieje, wrócisz do nas, nianiu, prawda? Będziemy na ciebie czekali – prosił Miguel, nie mogąc sobie wyobrazić nieobecności aż trzech bliskich osób. Woźnica rozwiał jego nadzieje.
– Señorze bardziej na śmierć niż na życie, a kto się domem zajmie? Dzieci ośmioro! – oznajmił, powstrzymując muły, które niecierpliwie szarpały lekkim pojazdem.
– Byliście mi z Rositą jak rodzone dzieci, ale tam jestem bardziej potrzebna. Wrócę, jeżeli będę mogła – obiecała Serafina, uczyniła znak krzyża i zebrawszy fałdy czarnej sukni szybko zajęła miejsce na ławeczce przykrytej kawałkiem parcianego worka. Gdy muły ruszyły, Miguel przez chwilę stał jak posąg z kamienia, dopóki ktoś nie przytulił się do jego boku.
Była to mała Juana.
– Zostanę z tobą, dobrze? Nie będziesz sam – powiedziała błagalnie, próbując się uśmiechnąć.
– Ty musisz się uczyć w klasztorze. Wiesz, że ojciec sobie tego życzył.
– Do końca nauki brakuje mi tylko trzech miesięcy, a tutaj jestem bardziej potrzebna – dziewczynka mimowolnie powtórzyła słowa Serafiny. – Zajmę się kobiecym gospodarstwem…
– To dla ciebie za ciężkie, Juano.
– Myślisz, że nie potrafię? Przecież od dawna pomagałam niani i Rosicie!
– Nie mogę żądać od ciebie takiego poświęcenia.
– Wcale się nie poświęcam. Chcę być przy tobie.
Do rozmowy włączył się Álvaro.
– Miguelu, a może pojedziesz ze mną do Alvarado?
– I tak bym nie mógł tam zamieszkać, ktoś musi pilnować stadniny.
– Więc chociaż na pierwsze dni…
– Dziękuję ci, ale nie wytrzymałbym bez pracy. Zostanę w Aracenie.
– Zostańmy we dwoje – przypomniała o sobie Juana i nieoczekiwanie znalazła sojusznika, gdyż Álvaro poparł jej prośbę.
– Zgódź się, Miguelu. Lepiej, żebyś nie siedział sam w pustym domu. Ona bardzo wydoroślała, myślę, że będzie znakomitą gospodynią.
Bermudez wierzchem dłoni wytarł mokre oczy, objął dziewczynkę ramieniem, a po chwili namysłu skinął głową.
– Dobrze, będziemy gospodarowali razem. Ojciec chyba nie miałby nic przeciwko temu.
Nagle sięgnął w zanadrze.
– Byłbym zapomniał. Niania kazała, żebym ci zwrócił naszyjnik Rosity.
Podał przyjacielowi sznur różowych pereł, lecz Álvaro nie wyciągnął po nie ręki. Powiedział stanowczo:
– Teraz należą do ciebie. Może je ofiarujesz swojej przyszłej żonie?
– Nie chcę, żeby po mojej siostrze nosiła je jakaś obca kobieta.
– Więc…
Chyba pomyśleli o tym samym, gdyż jednocześnie spojrzeli na Juanę, wciąż tkwiącą w uścisku ramienia Miguela. Álvaro wziął perły, by zapiąć je na czarnej wełnie skromnej żałobnej sukienki, na której zalśniły nieoczekiwanym blaskiem.
– Przyjmij to jako pamiątkę po Rosicie. I opiekuj się Miguelem. Z Bogiem, zobaczymy się za kilka dni.
***
Dopiero w Alvarado poddał się rozpaczy.
Póki istniała potrzeba działania, nie miał czasu na duchowe przeżycia, nigdy zresztą nie był do nich skłonny. Teraz stanął w obliczu pustki. Wciąż walczył z pragnieniem powrotu do Araceny, jakby miał zastać tam wszystko po dawnemu, wreszcie skierował swe kroki do kaplicy.
Leżąc krzyżem przed wizerunkiem Chrystusa Zmartwychwstałego nie myślał o zmartwychwstaniu. Wspominał swój niedawny ślub i napis z poczerniałych srebrnych nici. Zastanawiał się, gdzie teraz jest jego żona. Próbował się modlić.
Nie czuł chłodu marmurowej posadzki przenikającego przez ubranie. Nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu.
Natomiast domownicy byli coraz bardziej niespokojni.
– Jak długo można się modlić? – powiedział jednoręki Carlos, próbując namówić Gonzalesa, żeby razem zajrzeli do kaplicy. Salvador odmówił lakonicznie:
– Siedzi tam, widać musi. A nam nic do tego.
Ponieważ w całym zamku nie było nikogo, kto przedstawiałby sobą dostateczny autorytet, stary żołnierz sprowadził ochmistrzynię, doñę Cornelię, która pamiętała dzieciństwo Álvara.
– Pani gospodyni… Zróbcie coś, żeby on wyszedł. To już za długo.
– Jezus Maria! Drugi dzień! Zagłodzi się i zaziębi! Czemuście mi wcześniej nie powiedzieli?
– Bo myśleliśmy, że sam wyjdzie.
Stanęli tuż przy ozdobnie kutych drzwiach kaplicy, aby posłuchać odgłosów ze środka. Dwukrotnie doszedł do nich ni to jęk, ni łkanie, więc Carlos nacisnął klamkę.
Ochmistrzyni zawołała od progu:
– Don Álvaro! Wyjdźcie! Już dosyć!
Nawet się nie poruszył. Uklękła przy nim na posadzce, z czułością pogładziła po włosach i szepnęła poufale jak w czasach, gdy był małym chłopcem:
– Wstań, Álvarito. Pora wrócić do ludzi.
Podniósł się wreszcie, a ją ścisnęło w gardle, gdy ujrzała błyszczące od łez oczy, zapadnięte policzki i pionową zmarszczkę między brwiami. Ta zmarszczka, nadająca młodej twarzy wyraz wpół bolesny, wpół groźny, miała pozostać już na zawsze.
Pozwolił się wyprowadzić z kaplicy, przez cały czas jak dziecko trzymany za rękę.
Życie na pozór wróciło w dawne koleiny. Álvaro dużo czasu spędzał poza domem, jeżdżąc do Araceny, Corrales i odleglejszych posiadłości, udał się też do Grenady, aby zamówione już uroczyste nabożeństwo w intencji pomyślności młodej pary zamienić na mszę za dusze zmarłych. Modląc się przy grobie rodziców nie żałował swojej decyzji o pochowaniu Rosity w Aracenie. Sam czuł, że ponura krypta i sarkofagi z kosztownego marmuru nie pasują do skromnej dziewczyny, którą pokochał za jej wdzięk i prostotę.
W Casa de la Flecha dowiedział się o przebiegu wydarzeń na Białym Zamku. Pożar, zresztą niegroźny, gdyż pochodnie rzucone do komnat nie wyrządziły szkód poza osmaleniem niektórych mebli, został ugaszony przez służbę. Pogrzebem książęcej pary zajęli się toledańscy krewni Elviry, czyli rodzina de Las Sierras, która po uroczystościach nie wróciła do siebie.
– Zajęli zamek jak własny, choć po prawdzie należał on do pierwszego męża doñi Elviry, tedy przypaść powinien innym spadkobiercom – opowiadał z przejęciem stary ochmistrz. – Ale gdzie komu teraz o spadkobiercach myśleć! Księcia i księżną pochowali byle jak, aby szybciej, bo to i koszty mniejsze, i mniejsza obawa, że inni krewni sięgną po majątek. Ot, choćby ta mała księżniczka…
Niepewnie zamrugał wyblakłymi oczami.
– Wybaczcie mi, don Álvaro, mieszanie się do nieswoich spraw, ale żem już stary i niejednom widział, pozwólcie, że wam doradzę. Nie trzymajcie jej wy lepiej w Alvarado, niechaj do domu wraca jak najszybciej, bo może z tego być wielka opresja. Już się po mieście plotka rozchodzi, żeście dziewczynę zamordowali, może i co gorszego wcześniej zrobiwszy. Wiem ja, don Álvaro, że wyście nie tacy, ale po co dawać ludziom powód do gadania.
– Posłucham waszej rady, don Pánfilo. Księżniczka jest już zdrowsza, więc gdy tylko będzie mogła wstawać z łoża, odwieziemy ją na Biały Zamek.
Álvaro nie miał dotychczas kontaktu z Sibillą. Przez pierwsze dni choroby była nieprzytomna, a gdy zaczęła odzyskiwać świadomość, wyjechał z zamku. Opiekowała się nią wysoka, pochmurna dziewczyna o imieniu Carmela, z którą niegdyś spędził kilkanaście nocy, dopóki nie spodobała mu się inna służąca. Gdy usłyszał, że księżniczka zaczyna wracać do zdrowia, postanowił ją odwiedzić, niejasno poczuwając się do wykazania dobrej woli – sam zresztą nie wiedział, w jakiej formie. Ponieważ zarazem nie miał pojęcia, jak powinien się wobec niej zachować, zwlekał z wizytą aż do dnia, w którym powrócił z Grenady.
„Don Pánfilo miał rację”, pomyślał. „Powinienem już się dowiedzieć, kiedy Sibilla będzie chciała wrócić do domu”.
Leżała w dawnym łożu Álvara w ostatniej komnacie amfilady, a służebna właśnie kończyła splatać jej długie złote włosy w warkocze. Delikatna twarz bez śladu rumieńca wydawała się bardzo dziecinna.
„Jaka ona młoda”, zdziwił się Álvaro.
Na Białym Zamku wydawała mu się doroślejsza.
Ale w błękitnych oczach miała wyraz nienawiści, choć młodzieniec w żałobie, którego ujrzała, nie przypominał już zakrwawionego demona z czarną szablą. Ślad cięcia na jego twarzy zabliźnił się, za to przegub prawej ręki wciąż skrywał bandaż z lnianego płótna. Księżniczka pomyślała z goryczą:
„Ojciec musiał go kilka razy zranić, nie wiem jak to się stało, że w końcu przegrał walkę”.
Skinęła głową w odpowiedzi na oficjalny ukłon wroga, po czym wysłuchała wyrecytowanej z pewnym przymusem kwestii:
– Wybacz, pani, że zakłócam twój spokój. Chciałem zapytać, czy czegoś nie potrzebujesz.
Przez chwilę zastanawiała się, jakiej powinna udzielić odpowiedzi, gdyż nie miała nadziei, że Álvarez wypuści ją na wolność – przecież nie po to ją tutaj przywoził. Jej myśli przypominały powierzchnię sadzawki, do której ktoś wrzucił kamień, lecz dominował wśród nich jeden motyw: wydostać się z Alvarado i pomścić rodziców.
„Zrobię wszystko, żeby cię złamać, tak jak ty złamałeś moje życie” – przysięgła w duchu, patrząc w czarne oczy, w których nie było teraz płomieni.
Był smutek.
Sibilla nie zwróciła na to uwagi. Ostentacyjnie milczała, dopóki zniechęcony jej obojętnością chłopak ponownie się nie ukłonił i nie wycofał z komnaty.
W swoim pokoju zastał Gonzalesa, który z obleśnym uśmiechem zapytał:
– Panienka już dochodzi do siebie? Musiało jej być gorąco tej pierwszej nocy!
Dostał w twarz tak mocno, że aż zatoczył się w tył. Álvaro rzucił z wściekłością:
– Uważaj na swoje słowa!
W ogóle nie pamiętał, co uczynił Sibilli i oburzyło go posądzenie o to, że w dniu śmierci żony sięgnął po inną kobietę.
Co innego w przyszłości… lecz żegnając się po raz ostatni z Rositą, tuż przed nałożeniem wieka na jej trumnę, ślubował, iż nigdy już się nie ożeni.