Poranek, jak zwykle w górach, wstał zimny i rześki. Słoneczna kula powoli wypływała nad ośnieżone szczyty, zalane teraz delikatną różowozłotą poświatą, powietrze było ostre i balsamiczne. Orszak konnych przejechał przez most nad przepaścią, by ruszyć jej skrajem po kamienistej drodze, która na początku lekko wznosiła się w górę. Jeźdźcy minęli grzmiącą wstęgę wodospadu, później skręt na boczny szlak wiodący do Białego Zamku i zaczęli powoli zjeżdżać w głęboki, trochę przez to mroczny wąwóz o wyniosłych skalistych ścianach. Ponieważ słońce zaglądało tu rzadko, od skał nawet w najgorętszej porze dnia ciągnął chłód, dając podróżnym wrażenie zanurzenia się w górskim potoku.
W miarę obniżania się zboczy pojawiało się coraz więcej zieleni, która szybko przeszła w falujące łąki pełne kwiatów. Ukazały się pierwsze drzewa, lecz jak dotąd nie było widać żadnej wioski.
– Do Araceny mamy dłuższy odcinek drogi niż ten, który właśnie przejechaliśmy, ale za to jedzie się o wiele szybciej – objaśnił Álvaro, siedzący na przepysznym karym ogierze. Ojciec gniewnym pomrukiem skarcił go za odzywanie się bez pozwolenia, natomiast Kastylijczycy obserwowali z sympatią, jak chłopak całą siłą woli powstrzymuje się przed popędzaniem konia, który już z własnej ochoty tańczył pod nim, parskał i rzucał pięknym łbem. Nie było wątpliwości, że i rumak, i jeździec zwykle przebywali tę trasę w znacznie szybszym tempie. Aby ułatwić im oderwanie się od orszaku, don Esteban zaproponował:
– Ángelu, może twój syn pojedzie przodem, by zawiadomić Aracenę o naszej wizycie?
Stary dowódca nie tracił jednak czujności.
– Dałem im znać już wczoraj. Álvaro, do szeregu!
***
Zabudowania należące do stadniny znajdowały się w sporej odległości od wsi, której zawdzięczały nazwę, więc z dala widoczna była tylko wieża kościoła. Przez zawczasu otwartą bramę orszak wjechał na wielkie podwórze z długimi budynkami stajen, o tej porze pustych, gdyż konie pasły się na okolicznych łąkach. W głębi widniał typowy dla andaluzyjskiego budownictwa biały dom mieszkalny z wyłożonym turkusowo-żółtymi kafelkami wewnętrznym dziedzińcem i krużgankami okalającymi górną kondygnację. Zwyczajem przejętym od Maurów wszędzie stały lub wisiały ceramiczne donice z kwiatami, zaś bliżej bramy rozpościerał się niewielki, lecz wypieszczony ziołowy ogródek. Niską, chłodną sień do połowy wysokości obito płótnem, aby od bielonych wapnem ścian nie brudziły się ubrania. Wszędzie panował ład i miła, swojska atmosfera, zupełnie inna niż w posępnym Alvarado.
Gości powitał don Domingo Bermudez, dawny podkomendny oraz towarzysz broni Álvareza, wysoki, barczysty mężczyzna o szerokim uśmiechu i budzącej zaufanie ogorzałej twarzy. Bardzo podobny do niego syn Miguel, trochę starszy od Álvara, stał z tyłu, dało się jednak zauważyć porozumiewawcze spojrzenia, które wymienili ze sobą obydwaj chłopcy. Wizytę rozpoczęto od oględzin najpiękniejszych rumaków, specjalnie w tym celu pozostawionych w zagrodach. Przeważała wśród nich kara maść – nietypowa dla koni arabskich, ale stanowiąca niejako znak rozpoznawczy stadniny Álvarezów – wszelako żaden nie był tak wspaniały jak Alado, czyli Skrzydlaty, ogier Álvara. Domingo Bermudez, rozmiłowany w swojej pracy, o każdym koniu potrafił powiedzieć coś ciekawego, a mówił tak barwnie i sugestywnie, że gruby Kastylijczyk nie wiedział, na którego się zdecydować. Zakłopotany szepnął do towarzysza:
– Który wydaje ci się odpowiedni?
Don Esteban spróbował rozproszyć jego rozterkę.
– Nie trać zbyt wiele czasu na namysły, wszystkie są znakomite, przecież widać, że wybrali najlepsze z najlepszych. Trudno tutaj o pomyłkę, ale jeśli chcesz, jutro pojedziemy do Corrales, gdzie mają drugą stadninę.
Bermudez, usłyszawszy ostatnie słowa, zaprzeczył:
– W Corrales nie ma już koni godnych nabycia przez waszą wielmożność, gdyż wszystkie kazałem sprowadzić tutaj.
– Poznaję – oznajmił don Ángel i po kolei wskazał trzy istotnie piękne wierzchowce. – Zatem wasza miłość możecie jeszcze dzisiaj rozstrzygnąć, który najbardziej wam odpowiada. Jeżeli mógłbym coś doradzić, proponowałbym Acacię.
Stajenni nie czekając na polecenie zaczęli oprowadzać smukłonogiego, spokojnego wałacha o płynnym chodzie i lśniącej sierści. Jego imię, zarazem nazwa pospolitego drzewa, było charakterystyczne dla hodowli hiszpańskich, w których wałachy nosiły imiona rodzaju żeńskiego. Kastylijczykowi zabłysły oczy.
– W razie gdybyś ty nie chciał, ja kupię go dla siebie – nieświadomie dolał oliwy do ognia don Esteban. Don Damaso zaprotestował:
– Za pozwoleniem, już się zdecydowałem!
Próbna przejażdżka jeszcze bardziej utwierdziła go w przekonaniu o słuszności wyboru, więc dalsze oględziny odbywały się już tylko dla przyjemności. Około południa Bermudez poprosił o przejście do domu, gdzie zaraz miano podawać obiad. Choć obaj Kastylijczycy byli ciekawi, jak wygląda wybranka Álvara, spodziewali się, iż podobnie jak w Alvarado kobiety będą jadły oddzielnie, lecz gdy z ukwieconego patio weszli do dużego pomieszczenia urządzonego jak salon, z poduszek pod ścianą powstała siedemnastoletnia dziewczyna, tak podobna do ojca i brata, że nowoprzybyli natychmiast rozpoznali w niej Maríę Bermudez, przez bliskich nazywaną Rositą. Miała brązowe oczy i włosy, ślicznie wykrojone usta i ujmujący wdzięk w całej postaci. Błysk radości, jaki przeleciał przez jej twarz, gdy spojrzała na Álvara, powiedział wszystko o jej uczuciach. Podczas posiłku asystowała im z boku w towarzystwie przybyłej nieco później przystojnej kobiety w średnim wieku, zwanej przez domowników nianią, a przez Dominga Serafiną, oraz czarnowłosej, może jedenastoletniej dziewczynki.
Don Esteban zauważył, że chociaż potrawy były nieporównanie skromniejsze od sporządzonych w zamkowej kuchni, Álvaro pochłaniał je z widoczną przyjemnością, szepcząc przy tym z Miguelem, jako że chłopcy siedzieli przy oddzielnym stoliku. Być może wpływał na niego nastrój tego miłego domu, tak odmienny od mroźnej atmosfery panującej w Alvarado. Nawet sztywny zwykle i nieprzystępny don Ángel był w dobrym humorze, widoczna była zresztą jego przyjacielska więź z Domingiem, najwyraźniej nie zakłócona przez niepożądane plany potomków.
Na deser podano twarde migdałowe ciastka, których don Damaso, choć wielce łakomy, nie tknął ze względu na zły stan swego uzębienia. Zrekompensował to sobie obserwowaniem, jak ciastko staje się przesłaniem miłości.
Zaczęło się od tego, że czarnowłosa dziewczynka siedząca obok Rosity na wyłożonym poduszkami podium nieopodal stolików, przy których jedli mężczyźni, szepnęła jej coś do ucha. Zapewne prosiła o deser, gdyż zachęcona przyzwalającym skinięciem podeszła do Miguela, by dostać garść łakoci. Wówczas Álvaro wziął z patery kolejne ciastko, niepostrzeżenie je przełamał, po czym jedną z połówek dał dziecku z równoczesnym rzutem oka na Rositę. Mała albo sama domyśliła się, o co chodzi, albo, co prawdopodobniejsze, pełniła już rolę posłańca, bo bez namysłu wykonała nieme polecenie. Rosita, podnosząc swoją połówkę do ust, złożyła je jak do pocałunku, natomiast Álvaro ugryzł ciastko wilczymi zębami z tak płomiennym spojrzeniem, że dziewczyna zarumieniła się jak wiśnia. Obserwujący te manewry, a już wtajemniczony przez swego towarzysza w całą miłosną historię, don Damaso nostalgicznie westchnął w duchu za błogosławionym czasem młodości, pozwalającym korzystać ze zdrowych zębów i gorących uczuć. Obecnie zdecydowanie bardziej odczuwał brak tych pierwszych.
***
Do Alvarado wracano bez don Ángela, który miał jeszcze do załatwienia jakieś gospodarskie sprawy w stadninie. Kastylijczycy byli mile zaskoczeni, gdy Álvaro zbliżył się do nich na swoim roztańczonym rumaku, aby powiedzieć nieśmiało:
– Pragnę wyrazić waszym miłościom wdzięczność. Gdyby nie wasze wstawiennictwo, nie mógłbym pojechać do Araceny. To był dla mnie piękny dzień. Dziękuję.
– Znam twoją historię, Álvaro – wyjawił don Esteban – i choć rozumiem stanowisko twojego ojca, chciałem, abyś miał możność zobaczenia się z dziewczyną, którą wybrałeś.
– Co wasza miłość sądzi o Rosicie Bermudez?
– Choć jej nie znam, myślę, że zasługuje na twoje uczucie. Może don Ángel z czasem przekona się do waszych planów?
– Ojciec nie znosi sprzeciwu. I nie wiem, co ze mną uczyni, bo tym razem na pewno go nie usłucham.
– A jeśli zechce cię ożenić po swojej myśli? Nie będziesz miał nic do powiedzenia.
– Wówczas wezmę ślub, ale nie będę żył z żoną.
– A gdyby cię oddał do wojska?
– Nie zrobi tego. A szkoda.
– Dlaczego?
– Bo może bym zdobył jakąś pozycję i tym samym uzyskał niezależność. Wtedy mógłbym założyć rodzinę.
– Zatem wszystko wskazuje na to, że twój ojciec będzie musiał ustąpić.
– Wasza miłość nie znacie mojego ojca. Nie ustąpi.
Zacisnął zęby i po chwili dodał:
– Ja również nie złamię słowa danego Rosicie.
Don Esteban uznał za stosowne użyć delikatnej perswazji.
– Oboje jesteście jeszcze bardzo młodzi, a pierwsza miłość szybko przemija. Możecie trafić na stosowniejszych dla siebie małżonków.
Drugi z Kastylijczyków był przekonany, że chłopak odpowie gwałtownym protestem, lecz Álvaro nie stracił spokoju. Nadspodziewanie dojrzale wytłumaczył:
– Nie chodzi tylko o Rositę. Miguela Bermudeza znam od zawsze i kocham jak własnego brata, don Domingo i doña Serafina bardzo mnie lubią, więc myślę, że mój prawdziwy dom jest w Aracenie. Po co miałbym szukać żony gdzieś daleko?
– Przecież twój ojciec też cię kocha. Masz przepięknego konia, lekcje u znakomitego szermierza, jesteś jedynym dziedzicem majątku… Na pewno chce dla ciebie jak najlepiej – powiedział bez większego przekonania i trochę jak do dziecka don Esteban. Álvaro potrząsnął głową:
– Oddałbym to wszystko, by móc pracować w Aracenie jak Miguel i don Domingo, i nie być więźniem, którego zmusza się do posłuszeństwa. Może gdyby to była sprawa tylko między mną a ojcem, próbowałbym się dostosować, ale jakim prawem miesza się do tego Emilio?
– Emilio jest waszym kasztelanem, prawda? Co to za człowiek? – zapytał don Damaso.
– Powiernik ojca, oddany mu jak pies. Myślę, że gdyby ojciec kazał mu skoczyć w przepaść, zrobiłby to bez namysłu. Nienawidzi Bermudezów, bo zazdrosny jest o przyjaźń ojca z don Domingiem. Gdybym ożenił się z Rositą, dla Emilia byłby to wielki cios. Bez przerwy mnie szpieguje i o wszystkim donosi ojcu, nie mówiąc już o tym, że sam ośmiela się robić mi uwagi.
– Czy don Ángel mu na to pozwala?
– Uznaje, że ma do tego prawo jako najwyższy stanowiskiem na zamku. A ja… – ciemny rumieniec uderzył mu na policzki – czuję się upokorzony przewodzeniem nade mną byle sługi.
Ponuro utkwił wzrok w drodze niknącej wśród skalnych ścian, zaś Kastylijczycy, patrząc na jego dumnie uniesioną głowę, jednocześnie zwątpili w powodzenie metody obranej przez don Ángela.
***
To, co pomyśleli obydwaj, już w zamku głośno wyraził don Esteban. Przechadzając się z założonymi na plecach rękami po udzielonej im komnacie przystanął nagle i powiedział ni to do siebie, ni to do siedzącego przy oknie towarzysza:
– Muszę spróbować pogadać z Ángelem. Może uda mi się odwołać do jego zdrowego rozsądku.
– On przez cały czas kieruje się zdrowym rozsądkiem – zauważył don Damaso. – Na twoim miejscu nie wtrącałbym się do cudzych spraw.
– Nie żal ci chłopaka? Nigdy nie byłeś zakochany?
– Gdybym poślubił wszystkie, w których się kochałem, miałbym większy harem niż turecki sułtan. Ale żonę wybrali mi rodzice i źle na tym nie wyszedłem.
– Tyle że utuczyła cię jak wieprza…
– Odczep się od mojej tuszy, to też nie twoja sprawa! – rozzłościł się Damaso i byłby jeszcze coś powiedział, gdyby jego uwagi nie odwrócił widok za oknem.
– O, nasz gospodarz wrócił z Araceny. Chcesz, to idź zawracać mu głowę.
– Pójdę, choć szczerze mówiąc wiele się po tym nie spodziewam. Ángel zawsze był uparty.
Odczekawszy jakiś czas, don Esteban zebrał w myślach potencjalne argumenty i wkroczył do sypialni pana domu.
– Chciałbym z tobą pomówić, Ángelu.
Álvarez pisał coś przy biurku, lecz na widok gościa odłożył pióro.
– Zatem siadaj. Przypuszczam, że chodzi ci o Álvara.
– Skąd wiesz?
– O, nietrudno się tego domyślić. Nie jestem pewien, czy ten chłopak zasługuje na sympatię, jaką go obdarzasz.
– Nie doceniasz własnego syna. Wybacz, że ci to mówię, ale jesteś dla niego stanowczo za surowy.
– Więc mam pozwolić na to bezsensowne małżeństwo?
– I kto to mówi, Ángelu? Ty, który ożeniłeś się z miłości?
– Skoro już uczyniłeś takie porównanie, przypomnę ci, że pierwszą żonę poślubiłem z rozsądku, biorąc pod uwagę układy finansowe i rodzinne, ponieważ była moją daleką kuzynką. Także przybrana rodzina Maríi, mojej drugiej żony, pod względem pochodzenia i majątku stała wyżej od Bermudezów.
– To prawda, ale liczy się również uczucie. A ty zabraniasz Álvarowi nawet wizyt w Aracenie.
Don Ángel wyrównał zapisane karty leżące na biurku.
– Kwestia polega na tym – zaczął rzeczowo – że Rosita jest córką mojego dzierżawcy i dawnego podkomendnego, prawie przyjaciela. Nie mogę dopuścić, żeby Álvaro ją uwiódł, a na małżeństwo nigdy się nie zgodzę, więc sam rozumiesz, że najlepiej jest młodych zupełnie rozdzielić. W tym wieku szybko się zapomina.
– Skoro tak sądzisz, powinna ci się spodobać moja propozycja.
– Słucham z uwagą.
– Niech Álvaro jedzie ze mną na jakiś czas do Madrytu. Polubiłem go i chciałbym coś dla niego zrobić. Trochę się rozerwie, przetrze w wielkim świecie, zobaczy stolicę. No i warto, żeby stolica jego zobaczyła. Na pewno wpadnie w oko niejednej matce panny na wydaniu. Może trafiłaby mu się odpowiednia partia.
– Estebanie, trafić na pewno mu się trafi, ale romans z mężatką. I pojedynek z zazdrosnym mężem. Czy to uważasz za przetarcie się w wielkim świecie? – zapytał ironicznie Álvarez. Don Esteban nie stracił jednak rezonu.
– A chociażby – odpowiedział śmiało. – Niech sprawdzi w praktyce swoje umiejętności.
– Miłosne czy szermiercze?
– Niechby nawet jedne i drugie! Chłopak ma siedemnaście lat, a ty wciąż traktujesz go jak dziecko.
– A kto upominał mnie przy Vazquezie, żebym miał wzgląd na młody wiek Álvara?
Esteban umilkł, pobity własną bronią, zaś Ángel ciągnął bezlitośnie:
– Álvaro jest moim jedynym synem. Kiedyś odziedziczy zamek, wszystkie posiadłości i moich wrogów na dodatek. Będzie musiał sobie z tym radzić i to być może już niedługo. Wychowuję go na mężczyznę, a nie na dworskiego lalusia, tym bardziej, że z racji pochodzenia kariera na dworze jest przed nim zamknięta. Rozumiesz: nieczysta krew. Dawniej mniej się zwracało uwagę na takie rzeczy. Ale nie myśl, Estebanie, że go nie kocham. Choćby przez pamięć mojej Maríi…
Urwał, odchrząknął i udał zajętego porządkowaniem papierów na biurku. Kastylijczyk odwrócił wzrok, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, gdyż nigdy jeszcze nie widział, aby groźny pan na Alvarado do tego stopnia odsłonił swoje uczucia. Niezdecydowanie podniósł się z fotela.
– No to już nie będę ci przeszkadzał.
Álvarez powstrzymał go ruchem ręki.
– Zaczekaj chwilę. Więc kiedy chcesz zabrać Álvara?
– Zgodziłbyś się?
– Cóż, skoro okazujesz mu tyle życzliwości… W razie jakichś kłopotów w każdej chwili możesz odesłać go do domu. Zresztą przykażę mu, żeby był ci bezwzględnie posłuszny i dam paru ludzi do pilnowania go na wypadek pojedynku czy innej awantury. Jak widziałeś, mam na zamku starych żołnierzy, moich dawnych podkomendnych, którzy są oddani Álvarowi niemal w tym samym stopniu, co mnie.
– Weterani z Flandrii?
– Tak. Po zakończeniu kampanii nie wszyscy mieli dokąd wrócić, a tutaj wystarcza dla nich chleba i wina. Oprócz paru niezdatnych już do walki stanowią siłę bojową, z którą należy się liczyć.
– Może nie powinienem pytać, ale przeciw komu utrzymujesz zbrojnych, Ángelu?
– Słyszałeś o Białym Zamku?
– Elvira de Las Sierras?
– Tak jest. Mój największy wróg.
– O ile mi wiadomo, nie zawsze się nienawidziliście? Ponoć istniało między wami uczucie.
– To prawda. Ale było to w czasach, gdy żył pierwszy mąż Elviry. Kiedy umarł, oczekiwała, że zaproponuję jej małżeństwo, tymczasem ja ożeniłem się z Maríą. Elvira nie mogła mi tego darować.
– Przecież sama wstąpiła w związki małżeńskie?
– Tak, z księciem przybyłym zza Pirenejów, ale już po moim ślubie. Ich córka jest o trzy lata młodsza od Álvara.
– Czy grozi ci coś ze strony Białego Zamku?
– W każdej chwili mogę spodziewać się zemsty Elviry, nie wiem tylko, jaką formę ona przybierze. Na razie trwa spór o Aracenę, która leży na granicy naszych posiadłości. W zasadzie po mojej stronie, choć można to kwestionować. Ta sprawa nigdy Elvirze nie przeszkadzała, dopóki nie powzięła do mnie osobistej urazy. Oddałbym jej Aracenę, ale wiem, że to tylko pretekst i zaraz znalazłaby się inna przyczyna dla kontynuowania wojny.
– Może jednak spróbowalibyście się pogodzić?
Don Ángel powiedział z naciskiem:
– Estebanie, znam Elvirę lepiej niż ktokolwiek z żyjących, jako że najlepiej znał ją chyba jej pierwszy mąż. Ona nie spocznie, dopóki nie zrealizuje swoich planów, a w jej planach w stosunku do mnie zawiera się wyłącznie zemsta.
– Nie wyolbrzymiasz tego, Ángelu? Zemsta po tylu latach?
– Wiesz, że nie tchórzyłem jako żołnierz, dlaczego więc miałbym tchórzyć teraz? Po prostu trzeźwo oceniam sytuację.
Ponieważ Kastylijczyk milczał nieprzekonany, pan na Alvarado obrócił się wraz z krzesłem w jego kierunku i ściszywszy głos oświadczył:
– Nie chodzi tylko o wydarzenia sprzed lat. Doszło coś nowego, ale zachowaj to dla siebie, Estebanie. Sergio de Las Sierras zapragnął pojednania między naszymi rodami, a jego rękojmią stałoby się małżeństwo Sibilli z Álvarem. Możesz sobie wyobrazić, jak wściekła musiała być Elvira, gdy jej to zaproponował.
– Wyobrażam sobie – przytaknął madrytczyk. – Z pewnością planuje dla córki o wiele świetniejszy mariaż.
– Więc teraz nie cofnie się przed niczym. Mam wszelkie dane, by przypuszczać, że zdecyduje się na bezpośrednie uderzenie, lecz nie wiem, kiedy i w jaki sposób ono nastąpi. Wczoraj wspomniałeś, że mógłbym oddać Álvara do wojska…
– Pamiętam.
– Zawsze byłem przekonany, że pójdzie w moje ślady, więc zapewniłem mu podstawowe wyszkolenie wojskowe, do tego ze względu na owo niefortunnie ulokowane uczucie wręcz wolałbym, aby opuścił Andaluzję, wszelako…
Urwał, ze zmarszczonymi brwiami obracając w palcach gęsie pióro, zatem don Esteban upomniał się o dokończenie zdania. Álvarez podniósł na niego wzrok, w którym malowała się posępna determinacja.
– Krótko mówiąc, w razie mojej śmierci majątek nie może zostać bez gospodarza.
Kastylijczyk nie zdobył się na odpowiedź, więc następne słowa znów padły z ust pana zamku:
– Wracając do waszego wyjazdu, na kiedy mam przygotować Álvara do drogi?
– Don Damaso musi wyjechać pojutrze, więc sądzę, że wyruszymy razem z nim.
– A zatem przywołam Álvara i sam mu oznajmisz tę miłą wiadomość.
***
W dwa dni później gotowy do wyjazdu orszak stał na dziedzińcu Alvarado. Mimo że oficjalne pożegnanie odbyło się już w komnatach, don Ángel do końca towarzyszył gościom, a za nim stał ponury jak deszczowa noc Emilio. Álvaro w ciemnopopielatym podróżnym stroju, z szablą zawieszoną na skórzanym pendencie, nie dowierzając widać pachołkom sprawdzał rzemienie przy siodle Alada. Przydani mu do towarzystwa czterej dość młodzi jeszcze żołnierze tkwili w kulbakach, nie kryjąc radości z czekającej ich atrakcyjnej odmiany monotonnego żywota na zamku. Álvaro cieszyłby się może bardziej niż oni, lecz trochę żal mu było oddalać się od Araceny – prawda, że wskutek ojcowskiego zakazu i tak niedostępnej – ponadto nie wypadało mu okazywać uczuć.
Żadne uczucie nie malowało się także na surowej twarzy don Ángela. Wyprostowany jak zwykle, przenikliwie przyglądał się orszakowi, ze starego żołnierskiego nawyku dając szczególne baczenie na broń i na wierzchowce. Gdy wymieniono ostatnie ukłony i młody Álvarez już wkładał stopę w strzemię, przywołał go skinieniem ręki.
Syn podszedł doń natychmiast, nie będąc w stanie ukryć obawy, jaka go ogarnęła, wydało mu się bowiem, iż ojciec zmienił zdanie i każe mu zostać w domu. Z przyzwyczajenia schylił się do jego ręki, zaś don Ángel uczynił taki ruch, jakby chciał chwycić go w objęcia. W ostatniej chwili położył mu tylko ręce na ramionach i sztywno dotknął ustami jego czoła. Chłopak, zaskoczony tak niesłychanym wybuchem ojcowskiej czułości, zastygł na chwilę w pochyleniu, a widząc, że jest to jednak pożegnanie, skłonił się nisko i ponownie pocałował dłoń don Ángela. Coś na kształt uśmiechu przewinęło się między siwiejącymi wąsami i brodą pana na Alvarado, lecz nic już nie mówiąc lekkim ruchem głowy wskazał synowi, by wracał do orszaku.
Gdy patrzył, jak ostatni jeździec znika za bramą, czuł ulgę i zadowolenie z podjętej decyzji. Jak niegdyś, w pamiętnym roku 1568, wolał usunąć jedynaka z zasięgu niebezpiecznych wydarzeń, które miały niebawem nastąpić.
Estebanowi wyznał bowiem tylko część prawdy. Istotnie obawiał się zemsty Elviry, ale już wiedział, jaką może przyjąć postać.
Napaść na skalnej drodze nie powiodła się dzięki Sergiowi de Las Sierras, jednakże w każdej chwili mogła nastąpić w innym miejscu. Nawet w kościele. Jedynym schronieniem, którego don Ángel był całkowicie pewien, było Alvarado, bezpieczne dzięki murom, strażom, a przede wszystkim – dzięki wiernym weteranom, jego osobistej gwardii.
Ale przecież musiał prowadzić normalne życie.