Arael Zurli
AutorKsiążkaAlvaradoPublikacjeKontakt
Autor
Książka
Alvarado
Publikacje
Kontakt

Rozdział II

Don Ángel Álvarez de Alvarado siedział przy biurku, przeglądając rejestr źrebiąt z należącej do niego stadniny, lecz jego myśli krążyły wokół zupełnie innego obiektu.

Wokół Rosity Bermudez.

Ukończywszy edukację przyjechała niedawno z klasztoru, jeszcze ładniejsza niż przed rokiem i odsunięty na krótko problem wrócił ze zdwojoną siłą. Stary żołnierz z irytacją przygryzł siwiejącego wąsa, umoczył pióro w kałamarzu, by energicznie podkreślić długie rzędy cyfr, ale zamiast je zsumować, znów myślał o dziewczynie. Przypominał sobie jej świeżą twarz z brązowymi jak u wszystkich Bermudezów oczami o łagodnym spojrzeniu, słodko zarysowane usta i ciemne włosy splecione jak u wieśniaczek w warkocz owinięty naokoło głowy. 

Zaklął pod nosem, co zdarzało mu się rzadko – głównie w stosunku do podkomendnych – i jakby na zawołanie przez uchylone drzwi wsunął się niemłody mężczyzna, którego ubiór zdradzał wojskową proweniencję. Był to don Emilio, kasztelan Alvarado. Dawny żołnierz don Ángela, teraz ulubiony zausznik, obdarzany najwyższym zaufaniem. 

Dla Emilia Alvarado nie miało żadnych tajemnic. Wiedział, czym martwi się uwielbiany dowódca, ale że nie wypadało mu pierwszemu rozpoczynać rozmowy, złożywszy ukłon czekał na dyspozycje. Don Ángel podniósł głowę znad papierów. 

– A, to ty – powiedział bez entuzjazmu. – Coś nowego?

  Tak jest, wasza miłość. Przybył posłaniec z Grenady. Za jakie parę niedziel będziemy mieli gości.

– Gości z Grenady?

– Z Madrytu i z Segovii. 

– Wiem, o kogo chodzi. Mój dobry znajomy przywiezie swojego przyjaciela, który chce kupić u nas konia. Trzeba będzie zabrać ich do Araceny. 

Wymawiając nazwę wsi, w której mieściła się stadnina, uczynił lekki grymas, co nie uszło uwagi wiernego sługi. Dzierżawcą Araceny był Domingo Bermudez, również niegdysiejszy podkomendny Ángela, ojciec siedemnastoletniej Maríi Rosario1, zwanej Rositą. Emilio nie cierpiał go w takim samym stopniu, w jakim uwielbiał Álvareza, ponieważ był o względy dowódcy straszliwie zazdrosny. Jak na złość, don Ángel jeździł do Araceny bardzo często, zwykle zabierając ze sobą syna, który praktycznie wychowywał się razem z młodymi Bermudezami: Rositą i jej starszym o trzy lata bratem Miguelem. Między Álvarem a dziewczyną powstało nieuniknione zauroczenie, które szybko zamieniło się w miłość, na tyle trwałą, że nie naruszyła jej nawet roczna rozłąka. 

– Don Álvaro nadal pozostaje przy swoim zdaniu? – zapytał ściszonym głosem Emilio. Pan zamku odsunął od siebie papiery, by zniechęconym ruchem oprzeć czoło na dłoni.

– Niestety. Zabroniłem mu wizyt w Aracenie, ale to jeszcze wzmocniło jego upór. Chyba zakażę mu opuszczania komnaty, dopóki nie przemyśli swojego postępowania. 

– To dobry pomysł, wasza miłość. Młody pan nie wytrzyma długo w zamknięciu i z pewnością wkrótce się załamie. A najlepiej byłoby wybić, jak to mówią, klin klinem.

– Co masz na myśli?

– Podsunąć mu inną pannę. Nie szukając daleko, choćby tę Sibillę z Białego Zamku. Jedynaczka, piękna jak obrazek, książę za nią przepada, a i do nas nie jest nastawiony nieprzyjaźnie. Jakby się młodzi pokochali, może i doña Elvira spojrzałaby łaskawszym okiem i porzuciła zakusy na Aracenę. Don Álvaro przecie też jedynak, nie musiałoby się dzielić majątku. Księżna umie liczyć, tego jestem pewien. 

– Czy rozmawiałeś już z kimś na ten temat? – spytał podejrzliwie don Ángel. Emilio położył rękę na sercu.

– Gdzieżbym śmiał bez wiedzy waszej miłości! Jeno tak sobie myślałem.

Álvarez zdecydował się wtajemniczyć go w swoją rozmowę z księciem. Gdy opowieść dobiegła końca, zausznik wykrzyknął:

– Teraz trzeba nam działać i sprawić, by młodzi jak najszybciej się spotkali! Jak don Álvaro przyjrzy się Sibilli, od razu zapomni o córce Bermudeza, wiadomo, gdzież wiejskiej dziewce do księżniczki, do tego takiej ślicznej. Toć widzieliście ją nie raz i nie dwa na mszy w Grenadzie.

– Emilio, ja podczas mszy się modlę.

Nie do końca była to prawda. W trakcie modłów don Ángel spoglądał ukradkiem na rodzinę z Białego Zamku, nie interesowała go jednak Sibilla, lecz dawna miłość – doña Elvira. Może wracał myślą do wspomnień? A może był ciekaw, czy jej słynna uroda poddaje się upływającym latom?

Teraz rozmyślał, czy książę przyznał się żonie do ich rozmowy. W Nevadzie powszechnie wiedziano, że na Białym Zamku rządzi Elvira, ale ten stan rzeczy wynikał z faktu stosunkowo niedawnego pojawienia się księcia w tych stronach. Dla cudzoziemca zarządzanie obcym majątkiem, który w dodatku wcale nie należał do niego, mogło stanowić dużą trudność, zresztą Elvira, jako pochodząca ze słynnego z zachłanności kastylijskiego rodu de Las Sierras na pewno by go do tego nie dopuściła. Czym innym była przyszłość wspólnego dziecka. O niej małżonkowie musieli decydować razem i na tym opierały się nadzieje don Ángela.

„Nawet gdyby Elvira miała jakieś opory, powinny ustąpić przed argumentacją męża i wreszcie przed zdrowym rozsądkiem. Na przeszkodzie może stanąć jedynie nieczysta krew2 Álvara”.

Choć myśląc to nieznacznie westchnął, ani przez moment nie żałował swojego małżeństwa z Maríą. Młodziutka Mauretanka była najpiękniejszym wspomnieniem starego żołnierza. Ożenił się z nią pod wpływem nagłego zachwytu, jakiego doznał podczas przymusowej przerwy w podróży, goszczony przez niemłodego szlachcica i jego małżonkę. Gdy przekazał swego okulawionego wierzchowca w ręce stajennych, poprowadzono go z resztą podróżnego orszaku do salonu. Wstępując na schody wiodące na piętro przelotnie ujrzał migoczące nad balustradą cudowne oczy o nieprawdopodobnie głębokiej czerni i blasku, którego nie zdołała przyćmić zasłona długich rzęs. Spojrzenie tych oczu zapadło mu w serce na resztę życia.

Nie od razu się dowiedział, do kogo należały, lecz gdy usłyszał, że gospodarze mają szesnastoletnią przybraną córkę, już wiedział, że zostanie ona jego żoną. Surowo wychowywana dziewczyna nie wychodziła do gości i ponowne jej ujrzenie kosztowało go wiele trudu. W najśmielszych marzeniach nie przypuściłby, jak bardzo opłacą się te starania. 

Natychmiast uzyskał wzajemność.

Oświadczyny, zrękowiny i ślub nastąpiły niemal w jednym czasie. Czarnooka María wyjechała od przybranych rodziców już jako małżonka starszego od siebie o niemal ćwierć wieku pana na Alvarado, a po roku obdarzyła ich wnukiem. Starsi państwo zmarli niedługo później, szczęśliwie nie doczekawszy choroby i śmierci córki.

Don Ángel ponownie westchnął i wrócił do teraźniejszości.

– Zatem będziemy próbowali doprowadzić do spotkania Álvara z Sibillą, ale musi na nie wyrazić zgodę doña Elvira. Przekonanie jej należy do księcia, bez wątpienia zajmie mu to trochę czasu. Tymczasem zakomunikuję Álvarowi, że od dziś nie ma prawa opuszczać swojej komnaty. Posiłki będzie dostawał na miejsce. 

– Tak jest, wasza miłość – skłonił się Emilio. – Zaraz sprowadzę tutaj młodego pana. 

 

***

 

Pod koniec kwietnia skalistą drogą ciągnął w stronę zamku okazały orszak. Lśniące, wypasione muły, rasowe konie, dostatnia odzież na sługach wskazywały, że podróżni należą do ludzi zamożnych. Byli nimi dwaj Kastylijczycy podążający do Alvarado: don Esteban de Priego y de la Barra z Madrytu i don Damaso Martínez z Segovii.

– Głodny jestem. I boli mnie tyłek – utyskiwał don Damaso, wiercąc się w kosztownym siodle. Towarzysz spojrzał krytycznie na jego potężny zad.

– Powinieneś schudnąć – poradził, co wywołało oburzoną reakcję:

– Mam to może zrobić natychmiast? I co, lżej by mi było tłuc się po tych wertepach? Daleko jeszcze?

– Słyszysz szum? To wodospad, zatem mamy już blisko do zamku.

– Mam nadzieję, że dadzą nam porządny obiad.

Don Esteban, sam głodny, nie był pewien, czy rzeczywiście mogą się spodziewać należytego poczęstunku. O ile wiedział, gospodarstwo na zamku Alvarado miało czysto męski, jeżeli nie wręcz wojskowy charakter i tryb życia prowadzono tam spartański. 

– No? Jak sądzisz? – ponaglił don Damaso.

Odpowiedź zagłuszył huk wodospadu, do którego zaczęli się przybliżać. Powstrzymali wierzchowce, by na chwilę wystawić spocone i zakurzone twarze pod iskrzącą się w słońcu mgiełkę rozpylonej wody, a potem znowu ruszyli pod górę. Gruby Kastylijczyk podjął narzekania.

– Przeklęta droga. Przeklęte kamienie. Co za diabeł wpadł na pomysł, żeby budować zamek na samym wierzchołku tej przeklętej góry?

– Nie diabeł. Maurowie.

– Widzisz jakąś różnicę?

– To ważne strategicznie miejsce. Tędy prowadzi szlak na południe, w doliny Alpuhary, a zamek Alvarado od wieków strzegł przejścia. W dawnych czasach rozegrała się tutaj niejedna bitwa.

– A co mnie to obchodzi! Daleko jeszcze?

– Nie – odpowiedział ze znużeniem don Esteban, również mający dosyć męczącej górskiej drogi. Szczęściem wkrótce wyjechali na ostatnie wzniesienie, skąd ujrzeli płowoszarą warownię zbudowaną nad brzegiem przepaści, która odgradzała ją od traktu. Jedyne połączenie stanowił kamienny most, w swojej końcowej części przechodzący w zwodzony drewniany. Zamek zdawał się wyrastać z olbrzymiej skały, do której podnóża przylegał, a otaczające go mury zwieńczone były trójkątnymi mauretańskimi blankami, szczerzącymi się jak zęby drapieżnika. 

– Wesoło tu nie jest – westchnął don Damaso, nieco przytłoczony groźnym majestatem budowli. Gdy skręcili na most, konie zachrapały, czując chłód bijący od rozciągającej się w dole przepaści, lecz po drugiej stronie już otwierano bramę.

Była ona charakterystyczna dla architektury muzułmańskiej. Zbudowana z ociosanego kamienia pokrytego arabeskową dekoracją, w górnej części kończyła się ostrym podkowiastym łukiem z płaskorzeźbą otwartej dłoni, której palce skierowane w niebo symbolizowały pięć reguł islamu. 

Przejechawszy pod sklepieniem bramy goście wbrew oczekiwaniom nie znaleźli się na dziedzińcu. Korytarz, dwukrotnie załamany pod kątem prostym, doprowadził ich do wartowni, za którą znajdowała się jeszcze jedna brama: kolejny szczegół typowy dla budownictwa Maurów, potwierdzający obronny charakter miejsca. Gdy pokonali tę ostatnią przeszkodę, otoczyła ich miejscowa służba, by odebrać wierzchowce i odprowadzić je do stajen. Nawet niewprawne oko don Damasa rozpoznało w poznaczonych szramami, niemłodych mężczyznach byłych żołnierzy, a ponury szlachcic, który nadciągnął od strony głównego budynku, prezentował podobny styl ubioru i bycia.

– Witam wasze wielmożności w imieniu don Ángela Álvareza de Alvarado. Jestem zarządcą zamku. Don Ángel zaraz przybędzie.

 

***

 

Álvaro z trzaskiem zamknął książkę. Miał niespełna osiemnaście lat i cała jego natura pragnęła działania, ruchu na powietrzu, konia i walki. Tymczasem do lekcji szermierki pozostawało niemal pół dnia, gdyż nauczyciel miał przyjść dopiero po południu. A lekcja ze sławnym fechtmistrzem była jedynym powodem, dla którego ojciec zgodził się na chwilowe wypuszczanie go z zamknięcia.

Ów areszt domowy trwał już sześć tygodni i wskutek uporu ojca mógł się przedłużyć na całe lata. Mimo to chłopak nie zamierzał ustąpić. 

„Dałem Rosicie słowo i go nie złamię”.

Wstał od stołu i spoglądając w okno znów zaczął sobie przypominać, jak doszło do tego, że po raz pierwszy w życiu sprzeciwił się don Ángelowi. 

Z Rositą Bermudez znali się niemal od urodzenia, choć Álvaro o wiele więcej czasu spędzał z jej starszym bratem Miguelem. Dopiero w 1574 roku, gdy jako czternastolatek wrócił do zamku po kilkuletnim pobycie w Sewilli, zaczął spoglądać na nią jak mężczyzna na kobietę. 

Ale miłość wyznali sobie dużo później. Niestety ich plany wspólnej przyszłości nie znalazły uznania u ojców; obydwaj zgodnie postanowili ich rozdzielić. Dziewczyna została wysłana na roczną naukę w klasztorze, z którego właśnie niedawno wróciła, tak samo wierna i zakochana jak przedtem. Wierności dochował również Álvaro. 

Dlatego teraz przebywał w zamknięciu. Ze swego pokoju mógł wyjść w każdej chwili, ale tylko pod warunkiem zerwania z Rositą.

Od niewesołych rozmyślań oderwał go hałas za oknem. Ponieważ zamek przylegał do skały, wszystkie okna głównego budynku wychodziły na dziedziniec, po którym w tej chwili sunął od bramy orszak jeźdźców na koniach i mułach.

„Goście? Może ci Kastylijczycy, którzy zapowiedzieli swój przyjazd?”. Álvaro próbował odnaleźć wśród przybyszy choć jedną znajomą twarz, wszyscy ci ludzie byli mu jednak obcy. Sądząc po sposobie, w jaki witał się z nimi don Ángel, z nim także nie wiązała ich bliższa znajomość. Chociaż…

„Ojciec jest zimny i wyniosły, nie ma zwyczaju padać komuś w objęcia. Może to jego towarzysze broni”.

 

***

 

Don Damaso nie był niczyim towarzyszem broni, Ángela Álvareza zaś widział pierwszy raz w życiu. Pan zamku Alvarado dobiegał sześćdziesiątki, miał siwiejące włosy przystrzyżone na żołnierską modłę, prawie całkiem siwą krótką brodę, a jego ciemne oczy patrzyły ostro i nieprzyjaźnie. Nie był wysoki, lecz trzymał się bardzo prosto, co potęgowało wrażenie surowej nieprzystępności. 

Ściskając mocną dłoń z żelaznym sygnetem na palcu don Damaso miał wrażenie, jakby stał przed przełożonym. Zauważywszy pełne respektu zachowanie domowników pomyślał, że w Alvarado musi panować wojskowa dyscyplina.

Po przywitaniu i wymianie wstępnych uprzejmości don Ángel polecił przybyszy chwilowej opiece Emilia, po czym spiesznie udał się do swoich apartamentów na pierwszym piętrze zamku, które dzielił z synem. Były to tylko dwie komnaty w amfiladzie, poprzedzone niedużym przedpokojem bez okien przeznaczonym dla osobistej służby. Pozostałe pomieszczenia tej kondygnacji były prawie puste i – jak niemal cały zamek – mocno zniszczone, toteż nie nadawały się na pokoje gościnne. Właśnie dlatego don Ángel zamierzał odstąpić przyjezdnym komnatę Álvara. 

Przeszedł przez swoją sypialnię, przekręcił klucz w drzwiach i otworzywszy je oznajmił synowi:

– Przyjechał mój dobry znajomy, don Esteban z Madrytu. Jego towarzysz, don Damaso z Segovii, pragnie kupić od nas wierzchowca. Ulokuję ich tutaj, więc będziesz spał ze mną. Na ten czas jesteś zwolniony z zamknięcia. Za chwilę masz zejść na obiad, a po sjeście jak zwykle odbędziesz lekcję fechtunku. 

– Tak jest, ojcze – skłonił się Álvaro.

W tym momencie do pierwszej komnaty wkroczyli goście prowadzeni przez Emilia. Pan domu przedstawił im syna, któremu obydwaj przybysze przyglądali się z nieskrywaną ciekawością, zaskoczyła ich bowiem jego egzotyczna uroda. Chłopak miał orli profil i smagłą karnację, rozświetloną przez pełne ognia oczy pod czarnymi brwiami o zarysie przypominającym skrzydła jaskółki. Don Esteban, pamiętający Maríę, nie miał wątpliwości co do dziedzictwa po matce, natomiast Damaso pomyślał przede wszystkim o mauretańskich przodkach Ángela Álvareza. 

Gdy goście przebrali się i wypoczęli, zaproszono ich na wieczerzę zastawioną w wielkiej sali na parterze. Przy długim dębowym stole zasiadało kilkudziesięciu mężczyzn, ponieważ don Ángel traktował swoich żołnierzy niemal jak rodzinę. Kobiety andaluzyjskim zwyczajem jadały osobno, więc na sali ukazała się jedynie zamkowa ochmistrzyni, doña Cornelia – energiczna starsza niewiasta z pękiem kluczy przy pasku. Omiótłszy stół bystrym spojrzeniem zapytała pana domu:

– Niczego nie brakuje waszym miłościom? Najecie się tym, co jest? 

– Jeżeli czegoś okaże się za mało, poślemy do kuchni – odpowiedział Álvarez.

– Byle jak najszybciej, żeby nie trzeba było drugi raz rozpalać pieca.

Odeszła ze stukotem drewnianych obcasów, lecz początkowe obawy gości co do klasy czekającego ich przyjęcia okazały się całkowicie bezpodstawne: dobór i smak potraw były bez zarzutu. Gdy wokół stołu zaczęły krążyć półmiski z kurczętami zapiekanymi w cienko pokrojonych plastrach słoniny, zza drzwi dobiegła rozmowa. Don Ángel odwrócił głowę.

– Co tam się dzieje?

– Don Simplicio Vazquez powrócił z Grenady – zameldował wyprostowany po żołniersku siwy mężczyzna bez lewej ręki.

– Zatem poproś go, Carlosie, aby do nas dołączył. Dopiero zaczęliśmy jeść obiad – polecił Álvarez i ponownie zwrócił się do gości:

– Pozwolicie waszmościowie, aby zasiadł z nami przy stole nauczyciel szermierki? Jako że udziela teraz lekcji mojemu synowi, od czterech miesięcy mieszka na zamku.

– Vazquez? El Rayo? – z niedowierzaniem zapytał Esteban. – Najsłynniejszy szermierz Kastylii?

Don Damaso również wiedział, o kogo chodzi.

– Wasza miłość sprowadziliście dla syna najlepszego nauczyciela fechtunku w królestwie? Chyba nie ma takiego, który by sprostał jego rapierowi!

– W Kastylii być może nie – odpowiedział Álvarez – natomiast w Andaluzji dorównuje mu książę Sergio de Las Sierras z Białego Zamku, o którym waszmościowie niezawodnie słyszeliście.

– Ten cudzoziemiec? Drugi mąż Elviry de Las Sierras? Opowiadają o nim legendy, ponoć rzeczywiście w walce jest niezwyciężony.

– Ale chyba nie lepszy od Raya? – powątpiewał Damaso.

– Tak czy inaczej po sjeście zapraszam na dziedziniec. Mój syn będzie miał okazję do zademonstrowania tego, czego zdążył się dotąd nauczyć.

– Witam wasze miłości i zapewniam, że nie marnowaliśmy czasu – odezwał się od progu drobny, łysiejący mężczyzna. Goście spojrzeli na niego z zaciekawieniem, gdyż zupełnie inaczej wyobrażali sobie sławnego szermierza, lecz mimo niepozornej aparycji coś w jego ruchach zdradzało, że przydomek El Rayo, czyli Piorun był w pełni uzasadniony. Álvarez wskazał mu miejsce przy stole.

– Siadajcie, don Simplicio. Co słychać w Grenadzie?

– Nic nowego. Udało mi się jedynie zobaczyć księcia i księżną de Las Sierras. Piękna para!

– Słyszałem, że ich córka zapowiada się na jeszcze piękniejszą od matki – wtrącił don Esteban. 

– Sibilla? – ożywił się don Damaso. – Ponoć urocza! Moja żona poznała ją w Toledo i nie mogła się dość nazachwycać.

Álvarez wtrącił rzeczowo:

– Wszelako sądzę, że was, don Simplicio, interesował głównie książę Sergio. Czy nie mam racji?

Fechtmistrz zsunął sobie na talerz porcję pieczeni i wesoło odpowiedział: 

– Chętnie skrzyżowałbym z nim ostrza, niestety za wysokie dla mnie progi!

– Za to, jeśli będziecie tak uprzejmi, przed zachodem słońca skrzyżujecie ostrza z Álvarem. Niech nam pokaże, czy coś potrafi.

– Zapewniam waszą miłość, don Ángelu, że jestem z mojego ucznia bardzo zadowolony i bynajmniej nie mówię tego przez kurtuazję. Zresztą niepotrzebne tu słowa, zobaczycie waszmościowie sami.

– Zatem po sjeście udamy się na pokaz szermierki – powtórzył pan domu, a przy deserze, na który podano ciasta owocowe oraz różne gatunki serów, zaproponował:

– Gdyby któryś z panów miał ochotę obejrzeć zamek, zapraszam na małą przechadzkę, choć z roku na rok jest coraz mniej do oglądania.

Istotnie budowla przedstawiała jedynie wspomnienie dawnej świetności. Pomieszczenia najwyższej kondygnacji, zawilgocone wskutek uszkodzeń dachu, od lat stały pustką, na pierwszym piętrze w użyciu były jedynie dwie komnaty należące do don Ángela i jego syna, natomiast cały parter oprócz ogromnej sieni i sali przyjęć zajmowały kwatery weteranów. W północnym skrzydle znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, gdzie sypiała służba. Kuchnia, pralnia oraz łaźnia ze względów przeciwpożarowych umieszczone były w podziemiach, do których schodziło się po szerokich, wygodnych schodach z ciosanego granitu. Tym samym granitem o chłodnej, szarej barwie wyłożono korytarze i klatki schodowe pozbawione jakichkolwiek ozdób.

Zainteresowanie gości wzbudziły kominki, ponieważ w ich stronach ogrzewano mieszkania co najwyżej piecykami zwanymi braseros. Paliło się w nich pestkami oliwek, które oprócz ciepła dawały przyjemny zapach, a przede wszystkim były tanie, w przeciwieństwie do drewna, osiągającego w całej Hiszpanii tak wysokie ceny, że mało kogo stać było na opał, w dodatku niskiej jakości. Przybysze z bardziej lesistych krain dziwili się niedużym wiązkom cienkich trzasek zmieszanych z uschniętymi krzakami i kawałkami korzeni, przedstawianym na targach jako drwa do palenia w piecach.

Don Ángel wyjaśnił:

– Zamek jest stary, kominki powstały w czasach, gdy drewna było pod dostatkiem, bo jeszcze nie wycinano tylu drzew na budowę okrętów. Zimą na tej wysokości panuje mróz, ciężko się obejść bez ogrzewania, latem też nie zawsze jest ciepło, więc dla oszczędności opału używamy tylko niektórych komnat. 

Don Damaso przykucnął, by z bliska przyjrzeć się kamiennym psom czy też wilkom, trzymającym umieszczony pod gzymsem kominka marmurowy kartusz z wyrzeźbioną strzałą.

– Herb Álvarezów z Nevady – pospieszył z kolejnym wyjaśnieniem pan domu. Kastylijczyk dopiero teraz zauważył, że taka sama strzała widniała na jego żelaznym sygnecie.

Na zakończenie przeszli do południowego, niezamieszkałego skrzydła, stanowiącego, jak objaśnił don Ángel, najstarszą część zamku.

– To wszystko wznieśli Maurowie. Przy tamtej ścianie są jeszcze resztki meczetu – dodał ciszej. – Od tego miejsca rozbudowywało się Alvarado.

Stali na patio otoczonym portykami o smukłych kolumnach z białego marmuru, podtrzymujących łuki rzeźbione tak subtelnie, jakby wykonano je z koronki. Marmurowa sadzawka pośrodku zdawała się zapraszać do kąpieli, od dawna jednak nie było w niej wody. Za rzędem kolumn ciągnęła się olbrzymia sala pod rzeźbionym drewnianym stropem z resztkami złoceń i malowideł. Gospodarz oznajmił:

– To Komnata Zaszczytów. Tutaj podejmowało się gości.

Dalej następował szereg mniejszych, lecz jeszcze wspanialej zdobionych pomieszczeń z kafelkowymi ścianami i biegnącymi wzdłuż obrzeży sufitów fryzami z cyzelowanego stiuku. Choć wielobarwne mozaiki były popękane, a stiuk miejscami całkowicie wykruszony, tu i ówdzie dawało się dostrzec zawiłe arabskie napisy w stylu kufi. Gdy szli przez amfiladę pustych komnat, tchnących wspomnieniem dawnej świetności, pod nogami chrzęściły im potrzaskane płytki posadzek, wykonane z marmuru o różnorakich odcieniach: złotawy brąz spotykał się tam z bladą czerwienią, malachitowa zieleń z barwą starej kości słoniowej, mleczna biel z czernią rozjaśnioną kremowymi żyłkami. Wysokie okna pozbawione szyb ukazywały przepiękny widok na góry. Nie napotkali żadnego mebla – poza jednym wyjątkiem.

– Sypialnia Królowej – powiedział don Ángel. – Podobno nocowała tu któraś władczyni, było to jednak tak dawno temu, że nikt nie pamięta jej imienia.

Wnękę w głównej ścianie ostatniej komnaty zabudowano ogromnym łożem stanowiącym jak gdyby osobny pokój, otoczony lasem smukłych kolumienek wspierających baldachim, który musiał ongiś błyszczeć od złota. Jego spodnią część ozdobiono z precyzją godną wyrobów jubilerskich: drobniutkie wzory przeplatały się i zachodziły na siebie, tworząc maleńkie kasetony, podobne do komórek w plastrze miodu. Wzór kwadratowych kafelków na ścianach również układał się w misterną plecionkę o głównym motywie powtórzonym przez stiukowe reliefy. Sufit był pokryty malowidłem, lecz w środkowej swojej części niebezpiecznie się wybrzuszał, co sprawiało wrażenie, jakby miał za chwilę runąć w dół.

– Czy to się nie zawali? – zatroskał się don Damaso. Álvarez odpowiedział:

– Z pewnością kiedyś się zawali. Niestety remont pochłonąłby więcej pieniędzy, niż kosztowałaby nowa budowla. Zrujnowany jest cały dach nad tą częścią budynku, a choć co kilka lat prowizorycznie go naprawiamy,  nie na długo to wystarczy.

Tą samą drogą, którą nadeszli, skierowali się z powrotem, dostrzegając wiele przeoczonych wcześniej szczegółów: uroczy motyw winorośli przewijający się przez jedną z sal, kamienne lwy wspierające dolną część obramowań okiennych w następnej, w kolejnej zaś cały szereg łuków o kształcie podkowy z przemiennie układanych białych i czerwonych segmentów. Jeszcze mocniej odczuli opuszczenie i ruinę wyzierające z każdego kąta, toteż z pewną ulgą przyjęli powrót do zamieszkałej części zamku.

 

***

 

Po sjeście, gdy powietrze nieco się ochłodziło, we trójkę wyszli na dziedziniec, na którym czekał don Simplicio ze swoim uczniem, obydwaj tylko w pludrach i koszulach, z dobytą już bronią. Don Ángel skinął na Álvara.

– Pokaż ich miłościom, czym będziesz walczył.

Chłopak podał don Estebanowi krzywą szablę o rękojeści iskrzącej się od klejnotów. Obydwaj Kastylijczycy jednocześnie westchnęli z podziwu.

Broń była wspaniała.

– Pochodzi z Persji, prawda? – powiedział nabożnie don Esteban, gładząc ciemną klingę połyskującą arabskimi wersetami. Zaraz przejął ją drugi z gości i przybliżył do twarzy, by przyjrzeć się plątaninie charakterystycznych jasnych i ciemnych smug, powstałych przez hartowanie w kwasie. Na podstawie ich wyglądu można było rozpoznać gatunek legendarnej damasceńskiej stali, uzyskiwanej przez topienie najszlachetniejszej rudy żelaznej z odpowiednią domieszką grafitu lub węgla drzewnego. Choć znawcy oceniali przede wszystkim jakość stopu, szabla Álvara przyciągała uwagę niezwykłym pięknem, na które składały się idealne proporcje i bezbłędny, pełen wdzięku zarys wąskiej, silnie wygiętej głowni całkowicie pozbawionej młotka3, z obosiecznym sztychem o bardzo zwężonej końcówce. Rękojeść była wysadzana drogimi kamieniami, wśród których przeważał rój drobniutkich diamentów. Przy najmniejszym ruchu tryskały z nich ogniste tęcze, zaćmiewając splendor złotej oprawy i napuszczonego złotem grawerunku liter. 

– Cudo – westchnął don Damaso. 

– A jak tam z ostrością? – zainteresował się jego towarzysz. Spróbował ostrza na paznokciu i zdumiał się:

– To szabla czy brzytwa, Ángelu?

– Gdyby nie rozmiary, można by się nią golić. A przy tym posiada twardość wyjątkową nawet dla stali damasceńskiej.

Don Esteban zauważył:

– Zazwyczaj odbija się to na giętkości.

– To nie jest zwykły damast. Takich szabel istnieje na świecie tylko kilka, choć mistrz, który je wykonywał, pracował przez całe swoje życie.

– Przez całe życie wykuł tylko tych kilka szabel? – domyślił się madrytczyk.

– Tak właśnie było. Broń, którą macie w rękach, powstała na specjalne zamówienie prawie czterdzieści lat temu, lecz Álvaro jest jej pierwszym użytkownikiem.

– Czy twórcą tej wspaniałej oprawy jest zbrojmistrz? – chciał wiedzieć don Damaso.

– Nie, złotnik wyspecjalizowany w ozdabianiu oręża. Przyjrzyjcie się wasze miłości, jak znakomicie dostosował rękojeść do ręki. Wszystkie kamienie oszlifował z myślą o ułatwieniu chwytu, tak, żeby szabla nie ślizgała się w dłoni, zarazem nie podrażniając skóry. Niełatwo to osiągnąć mając do czynienia z diamentami, a jest ich tu ponoć blisko tysiąc. Nie jest to broń ozdobna, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Złota użyto tylko tyle, by należycie wydobyć blask kamieni, nie zwiększając przy tym zbytecznie wagi. Don Damaso, zechciejcie wypróbować cięcia.

Nim gruby Kastylijczyk złożył się do ciosu, towarzysz odebrał mu szablę, zważył ją w dłoni, ze świstem przeciął ostrzem powietrze i jęknął niedowierzająco:

– Lekka jak piórko! Czy ta głownia jest pusta w środku?!

Do rozmowy włączył się El Rayo.

– Broń istotnie nie jest ciężka, ma jednakże swoją wagę, zaś złudzenie lekkości bierze się z idealnego rozłożenia ciężaru. Wyważenia, krótko mówiąc. Niech wasza miłość będzie łaskaw porównać. 

Wręczył Estebanowi swoją broń.

– Wy również używacie szabli, don Simplicio? – zdziwił się don Damaso. Fechtmistrz pozwolił sobie na pobłażliwy uśmiech.

– Jako nauczyciel stosuję się do wymagań klienta, lecz zwykle używam toledańskiego rapiera i zapewniam, że nigdy jeszcze mnie nie zawiódł.

– Wierzymy! – zaśmiał się don Esteban. – W takim razie prosimy o zademonstrowanie nam bojowych zalet tej niezwykłej broni.

El Rayo tak poprowadził pokazową walkę, aby jak najlepiej przedstawić widzom swój styl nauczania oraz umiejętności Álvara. Te ostatnie Kastylijczycy ocenili nader wysoko. Chłopak walczył o wiele spokojniej, niż wskazywałby na to jego wiek, gdyż młodzieńczą brawurę zastąpiła u niego chłodna rozwaga. Nie zdradzał typowej dla zbyt pewnych siebie początkujących szermierzy tendencji do skracania dystansu i przy nieustannej gotowości do wypadu uważał też na obronę. Jego ruchy były szybkie i precyzyjne, a zarazem pełne niewymuszonej elegancji. Obydwaj z don Simpliciem sprawiali wrażenie, jakby doskonale się bawili, lecz przy uważniejszym spojrzeniu dostrzegało się na ich twarzach krople potu i wyraz czujnego napięcia.

Walka się przedłużała, bez wątpienia z woli nauczyciela, pragnącego wydobyć z młodego Álvareza pełnię jego możliwości, jednakże gdy chłopak zaczął zdradzać pierwsze oznaki zmęczenia, Vazquez zmylił go fintą i z pozorowanego sztychu uderzył górną kwartą, rzecz jasna nie doprowadziwszy ciosu do końca. Álvaro zamarł w połowie kontrwypadu, świadom, że w rzeczywistym pojedynku nie zdążyłby tego manewru sfinalizować. Przez krótką chwilę stali nieruchomo, po czym jednocześnie skłonili się widzom. Goście byli zachwyceni i nie szczędzili wyrazów podziwu, które fechtmistrz przyjmował z nieskrywanym zadowoleniem; pan na Alvarado zachowywał kamienną twarz, ale i tak było widać, że komplementy pod adresem syna sprawiają mu przyjemność. Sam Álvaro spoglądał na ojca z wyraźną obawą, jakby nie był pewien, czy zdołał go usatysfakcjonować. Nie doczekał się żadnej pochwały, gdyż don Ángel poprzestał na złożeniu oficjalnych podziękowań Vazquezowi.

– Cała przyjemność po mojej stronie – uśmiechnął się szermierz. – Dawno nie miałem tak pojętnego ucznia. Mogę uznać, że moja praca jest skończona. Don Álvarowi potrzebne są tylko ciągłe ćwiczenia, żeby nie zapomniał tego, czego się nauczył. Musi także zwracać większą uwagę na pracę nóg. Zresztą wszystko przychodzi z czasem.

– Praca nóg i refleks – uzupełnił Ángel i zwrócił się z wymówką do syna:

– Powinieneś być szybszy.

El Rayo, nieco urażony w swej nauczycielskiej godności, zaprotestował:

– Wasza miłość, don Álvaro jest bardzo szybki, ale trzeba pamiętać, że nie mógł nauczyć się przez kilka miesięcy tego, czego ja uczyłem się przez całe swoje życie.

– Ángelu, za dużo wymagasz! – poparł fechtmistrza don Esteban. – Musisz mieć wzgląd i na wiek, to przecież jeszcze nie jest dorosły mężczyzna.

– Prawie – mruknął Ángel. – A teraz pozwólcie wasze miłości do komnat.

Odchodząc zauważyli, że Vazquez został z Álvarem na dziedzińcu dla przeanalizowania poszczególnych fragmentów odbytej walki. Przerodziło się to, jak następnie mogli zobaczyć przez okno, w kolejny pojedynek, już nie tak efektowny.

– Masz pociechę z syna – powiedział don Esteban z uznaniem nie pozbawionym szczególnej, melancholijnej zazdrości, ponieważ z kilkorga jego dzieci żyła tylko córka, trochę starsza od Álvara. Pan zamku skinieniem głowy podziękował za komplement, lecz goście zauważyli, że spochmurniał. Gdy w jakiś czas później don Damaso opuścił komnatę, aby sprawdzić, jak w nowym otoczeniu czuje się jego wierzchowiec, między dwoma mężczyznami wywiązała się szczera rozmowa. Don Ángel opowiedział o miłości Álvara do Rosity Bermudez i o sposobach, jakich użyto dla rozłączenia młodych. Madrytczyk, który nigdy nie był w Aracenie, wyobraził sobie Rositę jako nieokrzesaną dziewczynę ze wsi, toteż postępowanie Álvareza zupełnie go nie dziwiło. Przytaknął: 

– Sam zabroniłbym mojej córce spotykania się z człowiekiem niższego stanu. 

– A co u niej słychać? Czy jest już zaręczona? – zapytał grzecznościowo don Ángel i rozmowa zeszła na sprawy rodziny de Priego y de la Barra. Niedługo potem wrócił don Damaso, a zaraz po nim zjawił się ze swą wspaniałą szablą zdyszany Álvaro. Wilgotne od potu czarne włosy zwijały mu się teraz w pierścienie, twarz wydawała się jeszcze ciemniejsza dzięki rumieńcom wywołanym emocjami walki, wyglądał więc zupełnie jak młody arabski wojownik. Świadom tego ojciec obrzucił go niechętnym spojrzeniem i rozkazał chłodno:

– Doprowadź się do porządku. A panów – zwrócił się do gości – poproszę o wcześniejsze udanie się na spoczynek. Jutro jedziemy do Araceny, a żeby zdążyć przed największym upałem, powinniśmy opuścić zamek o świcie. 

Álvaro spuścił głowę i cicho westchnął. Niewtajemniczonemu w sytuację don Damasowi zrobiło się go żal, powiedział więc niewinnie:

– Zatem syn waszej miłości będzie miał okazję do zademonstrowania nam swojej sztuki jeździeckiej.

Chłopak znieruchomiał z nadzieją w oczach, ale ojciec odpowiedział obojętnie:

– On nie pojedzie z nami.

Don Esteban, zrozumiawszy życzliwą intencję swego towarzysza, pospieszył z pomocą:

– Nie bądź taki srogi, Ángelu. Twojemu synowi też należy się jakaś rozrywka, zwłaszcza po tym, co pokazał nam dzisiaj. Naprawdę możesz być z niego dumny.

– Álvaro ma zakaz bywania w Aracenie.

– Każdy zakaz można uchylić. Chyba nic się nie stanie, jeżeli jutro, wyjątkowo…

– Nie odmawia się gościowi, Estebanie. Więc zgoda.

  1. Imię pochodzące od Matki Boskiej Różańcowej, gdyż formę Rosa wprowadziła dopiero kanonizacja św. Róży z Limy w r. 1617. Skądinąd św. Róża naprawdę miała na imię Isabel, a Różyczką nazwała ją w dzieciństwie indiańska niańka z powodu jej pięknej cery
  2. Hiszp.: mala sangre – dosłownie „zła krew”, czyli posiadanie Żydów lub Maurów wśród przodków, nieraz bardzo odległych. Z kolei określenie „limpieza de sangre” oznaczało czystość krwi, a ludzi mogących się nią wykazać nazywano starymi chrześcijanami. Paradoksalnie najwięcej ich znajdowało się wśród chłopów, gdyż ci rzadko wchodzili w związki z osobami innego wyznania. Jeszcze w XIX w. w niektórych regionach Hiszpanii podczas planowania małżeństwa zwyczajowo wymagano przedłożenia dokumentów zaświadczających o czystości krwi
  3. Młotkiem nazywa się rodzaj uskoku na głowni broni siecznej, oddzielającego część tępą od ostrej i przechodzącej w sztych, wówczas szerszy od pozostałej części głowni

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora
Copyright © Arael Zurli